Spektakl był znakomicie dyrygowany przez Piotra Wajraka. Z energią i wdziękiem. Soliści reprezentowali bardzo zróżnicowany poziom. Leszek Skrla potwierdził swoją klasę jako Miecznik – bogaty głos, królewskie frazowanie, świetna postać. Z pań najlepsza była Cześnikowa Małgorzaty Ratajczak. Bogate i pełne brzmienie głosu w partii wbrew pozorom wcale niełatwej.

Sprawdzili się też młodzi śpiewacy: Łukasz Załęski jako Stefan pewnie i solidnie brzmiący, Janusz Żak – Zbigniew – dysponujący basem o pięknej barwie, Łukasz Jakubczak – Skołuba – także imponujący tembrem głosu, Bartłomiej Kłos jako znakomity Maciej i Szymon Rona – bardzo dobry Damazy. Katastrofą były Hanna i Jadwiga. Obie panie – zresztą śliczne – odesłałbym do chóru. Mają cienkie głosy, zupełnie nie spełniające wymagań wokalnych jakie stawiają te partie. Jadwiga powinna dysponować głębokim i ciepłym mezzosopranem (nawet altem), szczególnie w dumce.
A tu mieliśmy „nieco sopran”. Hanna była piskliwa. Nie zaśpiewała w ogóle popisowej arii, więc właściwie nie zaistniała. Zresztą na tej arii chyba by poległa. Arii Hanny, jednego z klejnotów arcydzieła Moniuszki, o którym jeden z największych krytyków muzycznych i muzykologów, Włoch Elvio Giudici pisał, że w oryginalny sposób wykorzystuje doświadczenia włoskiego belcanta, w tej inscenizacji nie ma z powodu kaprysu reżyserki.

Mówi o tym w wywiadzie zamieszczonym w programie. Nie spodobał jej się tekst. Uważam to za bezczelność. To tak jakby Aidy pozbawić arii nad Nilem albo Carmen Habanery. Terror reżyserów, niedouczonych zwykle, jest dla mnie nie do przyjęcia.

Wywody reżyserki, Natalii Babińskiej, dosyć dziwne, bo dotyczące uwspółcześnienia dzieła Moniuszki w duchu XIX wiecznego romantyzmu, są mętne. Tak jak mętne jest przesłanie spektaklu. Jak kiedyś mówiono: czeski film, czyli nikt nic nie wie. Jest parę ciekawych obrazów. To zasługa scenografii Diany Marszałek i Julii Skrzyneckiej. Także ładne kostiumy Martyny Kander. Ale inscenizacja jako całość jest po prostu denerwująca absurdalnymi pomysłami. W Prologu pojawia się niema, ale bardzo ruchliwa postać, którą wziąłem z powodu kostiumu za Damazego. Ale Damazym okazał się kto inny. A ta postać, raczej komiczna, chociaż jak doczytałem w programie to Zły Duch, plącze się po scenie przez całe przedstawienie i nie wiadomo właściwie po co.
Podobnie wędrują po scenie tancerka w białej sukience i facet w fioletowych kalesonach. Ze skrzydłami aniołów. Z wkładki obsadowej do programu wynika, że to chyba Rusałka i Rycerz. Mazura przesunięto wbrew woli kompozytora na koniec spektaklu. Choreografia była żałosna, z mazurem nie mająca nic wspólnego.

W dodatku Pani Reżyser wprowadziła (co za inwencja!) Śmierć na szczudłach, która kosą zatacza krąg nad publicznością. No tak. Wszyscy kiedyś umrzemy. Ale czy koniecznie nam trzeba o tym przypominać w operze komicznej.
Na koniec jedno bardzo zasadnicze spostrzeżenie. Bydgoski Festiwal Operowy, który ma już 25 lat to niezwykłe osiągnięcie dyrektora Opery Nova, Macieja Figasa. Miał odwagę w 1994 roku go zapoczątkować w będącym dopiero w budowie gmachu, a teraz to już 26-ta edycja. Cud w kraju, w którym tak często tradycja się rwała, a trzeba ją budować mozolnie i konsekwentnie, tworzyć HISTORIĘ. Towarzyszyłem mu od początku kibicując. I podziwiam dzisiaj jego poziom, bogactwo i rozmach. Także imprezy towarzyszące. W foyer mogliśmy obejrzeć imponującą wystawę fotograficzną wielkiego artysty Juliusza Multarzyńskiego poświęconą Marcelli Sembrich-Kochańskiej, jednej z najświetniejszych gwiazd w historii opery.
Piotr Nędzyński