Przegląd nowości

Ile Pendereckiego w Pendereckim?

Opublikowano: wtorek, 20, listopad 2018 14:45

Wspaniały festiwal przygotowany na jubileusz 85. lecia  przez Elżbietę Penderecką traktować trzeba jako przegląd twórczości kompozytora obejmujący dzieła z różnych okresów jego życia. Wiadomo, że po etapie dosyć radykalnego awangardowego zauroczenia przyszedł czas poszukiwań inspiracji w dorobku przeszłości, czy nawet wręcz odwrotu od nowinek stylistycznych, co chyba uchroniło twórcę od  pójścia na manowce i łatwiznę minimalizmu i repetytyzmu.

 

Penderecki,koncert 12-85

 

Zestawienie kompozycji starszych i nowszych pokazało, że Penderecki teraźniejszy i dawniejszy jest wciąż tym samym artystą, o bardzo bogatej osobowości, poszukującym w rozmaitych źródłach, a przy tym nie obojętnym na wydarzenia, jakich nam wciąż dostarcza historia. Na pewno nie można powiedzieć, że jego styl, wypracowywany przez lata, jest ubogi i w jakimś sensie sugeruje to konstrukcja programu festiwalowego, gdzie z założenia każdy utwór powierzono innemu dyrygentowi. W rezultacie w ciągu dwóch pierwszych wieczorów wystąpiło aż sześciu kapelmistrzów, co jest swoistym rekordem. Byli to: Dawid Runtz, Michał Klauza, Jacek Kaspszyk, Wojciech Rajski, Sergey Smbatyan i Andres Mustonen.


Mistrzowie batuty zmieniali się jak w kalejdoskopie – zaproszenie za pulpit dyrygencki w tym festiwalu można sobie było poczytywać za nie lada zaszczyt – a wraz z nimi jak w kalejdoskopie zmieniała się wykonywana muzyka. Ale nie do końca, bo prawie z każdego utworu wyłaniały się jakieś własne idiomy osobistego stylu Krzysztofa Pendereckiego, jego typowe zwroty i sposoby kształtowania formy muzycznej. W rezultacie już po paru taktach dowolnego utworu uważny słuchacz może rozpoznać nawet bez podpowiedzi – to Penderecki. Oczywiście te charakterystyczne idiomy pojawiały się na koncertach w różnym nasileniu, raz większym, raz mniejszym. Najmniej może (prawie wcale) było ich w otwierającym Festiwal krótkim Polonezie dla Niepodległej z 2018 roku. Utwór okolicznościowy, właściwie uroczysta polonezowa sekwencja zawierająca w sobie spokojny potoczysty rytm, jak w Polonezie z Hrabiny Moniuszki i niezwykle szybko dochodząca do patetycznej kulminacji z dużą liczbą dętych blaszanych (jak w Polonezie z Eugeniusza Oniegina Piotra Czajkowskiego), i prawie natychmiast ostre zakończenie. Może właśnie w zmienności nastrojów w tak krótkim odcinku czasu, krył się temperament twórczy Pendereckiego. Oczywiście kompozytor mógłby poświęcić całą symfonię idei poloneza, archetypowi narodowego tańca i jego rozmaitym przetworzeniom, ale w tak krótkim sygnale można było jedynie zaakcentować swoje patriotyczne zaangażowanie. Trzeba się pogodzić z faktem, że utwór nie wejdzie do repertuaru tradycyjnych zabaw „studniówkowych”, jak to się udało Wojciechowi Kilarowi z jego Polonezem z  Pana Tadeusza Andrzeja Wajdy. A była szansa: liczba STO – Polonez na 100-lecie Niepodległej dla młodzieży na sto dni przed ich obywatelską i edukacyjną dojrzałością. Kolejna pozycja II Koncert wiolonczelowy w wykonaniu Amida Peleda, pokazał już 100 procentowego Pendereckiego z jego ulubionym motywem znanym z dziesiątków innych kompozycji, czyli półtonowych pochodów dźwiękowych do dołu, potem do góry, raz trzy stopnie, raz cztery i więcej. Ten motyw w Koncercie wykorzystywany był niemalże obsesyjnie, a przerywały je erupcje bardzo głośnych interwencji tutti. Dla solisty, którym w prawykonaniu był słynny Mścisław Rostropowicz, podstawowym zadaniem stało się nawiązanie dialogu z orkiestrą, która nie dopuszczała do rozwinięcia się żadnej wiolonczelowej kantyleny. A więc ciągła nerwowość i ostinato. Nastrój zmienił się w niemalże postromantycznej kantacie Powiało na mnie morze snów. Była to poetycka podróż przez oceany wyobraźni, z urywkami z Norwida i Gałczyńskiego, Micińskiego i Tetmajera, Staffa i Wata, Herberta, Mickiewicza i Wierzyńskiego. Z trojga solistów na czoło wybijał się niezwykły głos Wioletty Chodowicz, a w patetycznych strofach Na Anioł Pański biją dzwony mocy dodawał Chór Filharmonii Narodowej. Rzecz była poświęcona Chopinowi, ale muzycznie kompozytor skorzystał – idąc pewnie za tekstami Tetmajera, które w podobny sposób wykorzystał twórca Harnasi – ze stylistyki Karola Szymanowskiego. Kantata zawierała jednakże rozsiane nieregularnie w partyturze typowe idiomatyczne zwroty, melizmaty wokalne i pochody instrumentalne, właściwe Krzysztofowi Pendereckiemu. Wokalny talent pokazał też kompozytor w bardzo oryginalnej VI Symfonii Chinesische Lieder. Postanowił w niej dokonać syntezy chińskich skal i melodyki z własną postromantyczną stylistyką. Już na początku dzieła flet z grupą instrumentów Sinfonii Varsovii zarysował koloryt dźwiękowy Państwa Środka, jednak w partii wokalnej oraz orkiestrowym towarzyszeniu szybko przenieśliśmy się do Europy. Radykalny skok na Wschód zapewniały nam przerywniki miedzy pieśniami grane na tradycyjnej „wioli” chińskiej o imieniu Erhu, które jednak nie miały wiele związku muzycznego z następującymi po nich „właściwymi” częściami Symfonii. Może takie wrażenie wywołał fakt, że chińskie poezje takich autorów jak Li-Tai-Po, Thu-Fu, Ly-Y-Han, Thang-Schi-Yie-Tsai and Tschan-Jo-Su, wysłuchaliśmy w tłumaczeniu na język niemiecki Hansa Bethge. I tak czar Orientu został nieco zniwelowany.


Jeśli ktoś się doszukiwał czaru oczekiwania na Święta Bożego Narodzenia w II Symfonii Krzysztofa Pendereckiego, to jego pragnienia zaspokoiło dyskretne czterokrotne napomnienie kolędy Cicha noc. Jednak cały utwór zdecydowanie post-Mahlerowski i post-Wagnerowski, był niezwykle mroczny, miejscami tragiczny i dramatyczny. W Symfonii tej, której data powstania 1980 mówi każdemu Polakowi bardzo wiele, mamy znów pełnię rozwiniętego języka muzycznego, wypracowanego prze kompozytora po odejściu od ideałów awangardy. Czy jednak na Festiwalu wieńczącym jubileusz 85-lecia najważniejszego autora we współczesnej polskiej muzyce musimy za każdym razem konfrontować daty powstania dzieł i dedykacje, a nie po prostu słuchać i podziwiać niezwykłą wyobraźnię twórcy? 

 

Penderecki,koncert 12-69

 

Takie refleksje nasunęły się podczas wykonania Koncertu fortepianowego Zmartwychwstanie. To był swego czasu jeden z najgoręcej krytykowanych utworów Mistrza, a autorem muzycznych filipik był nie byle kto, bo natchniony muzykolog Andrzej Chłopecki. Zarzucił on twórcy Koncertu pisanie pod publiczkę, tani sentymentalizm, nieznośny patos, kiczowatość. Jeszcze inni znajdywali w utworze podobieństwach do Beethovena, Chopina, Schumanna, Liszta, Brucknera, Brahmsa, Czajkowskiego, Griega, Paderewskiego, Mahlera, Rachmaninowa, Ravela, Karłowicza, Bartóka, Enescu, Prokofiewa i Szostakowicza. Rzeczywiście Krzysztof Penderecki pod wrażeniem tragedii ataku na WTC w Nowym Jorku dopisał do komponowanego capriccio patetyczny chorał powtarzany aż trzy razy i nagranie audio bicia dzwonów w Katerze w Reims, co wydłużyło kompozycję o drugie tyle, ale czy twórca ma pozostać obojętnym na wydarzenia, które go otaczają? I ciekawa rzecz – czas wygładza kanty i unieważnia spory. Dziś słuchamy Koncertu fortepianowego w niejakim oddaleniu czasowym od tamtych wydarzeń. Mamy zresztą zupełnie inne problemy, a Koncert Krzysztofa Pendereckiego jest po prostu dziełem, które opiera się upływowi czasu, jest bogate estetycznie, doskonałe kompozycyjnie, atrakcyjne dla słuchaczy i solisty. Grała tym razem Muza Rubackyte z Litwy, grała posługując się nutami, co świadczy, że kompozycji nie ma w swoim stałym repertuarze. Podobnie było z wiolonczelistą Amidem Peledem. A zatem z popularyzacją muzyki Krzysztofa Pendereckiego jest jeszcze trochę do zrobienia.                                                                           

                                                                                  Joanna Tumiłowicz