Czwarty weekend poświęconego muzyce barokowej festiwalu we francuskiej miejscowości Ambronay (5-7 październik) rozpoczął się koncertowym wykonaniem pięcioaktowej tragedii muzycznej André Cardinala Destouches’a (1672-1749) Semiramis z librettem Pierre-Charles’a Roya. Wydarzenie to przyciągnęło licznych miłośników muzyki dawnej oraz wielu przedstawicieli mediów szczególnie z tego powodu, iż chodzi tutaj o pierwszą prezentację rzeczonego dzieła w czasach współczesnych, które od swojej prapremiery w roku 1718 nigdy więcej się już nie pojawiło na scenie.

Zanim jednak zajmiemy się tą ze wszech miar zasługującą na uwagę kompozycją, warto przypomnieć sylwetkę jej twórcy. Początkowo kształcił się on pod kierunkiem jezuitów w paryskim Collège Louis-Le-Grand, a następnie rozpoczął karierę wojskową, z której jednak dość szybko zrezygnował, aby rozpocząć studia muzyczne u André Campry.

Jako kompozytor zadebiutował w 1697 roku na dworze w Wersalu operą pastoralno-heroiczną Issé. Starszy już król Ludwik XIV zachwycił się nią do tego stopnia, że nie zawahał się porównać talentu młodego twórcy z osiągnięciami Jean-Baptiste Lully’ego. Co ważne Issé stało się też wówczas podstawą repertuaru Opery Paryskiej, której Destouches stał się zresztą w niedługim czasie inspektorem generalnym, czyli w dzisiejszym rozumieniu – dyrektorem artystycznym. Owo prestiżowe stanowisko nie pomogło jednak kompozytorowi wpisać na trwałe swej opery Semiramis do repertuaru podległej mu placówki, w którym królowały wówczas pozycje uwielbianego nad Sekwaną Jean-Philippe’a Rameau.
Tym większą zatem teraz zasługą dwójki artystów: gambistki Margaux Blanchard oraz dyrygenta i flecisty Sylvaina Sartre’a jest podjęcie się trudnego przedsięwzięcia wydobycia z mroków zapomnienia tego fascynującego dzieła. Jego tytułową protagonistką jest znana z tradycji hellenistycznej i antycznej legendarna królowa babilońska, bohaterka licznych podań i legendarnych opowieści z terenów Bliskiego Wschodu. Obawiając się o tron i swoje życie opuszcza ona własnego syna, oddając zarazem w służbę bogom swą kuzynkę Amestris.

Semiramis zakochuje się w młodym nieznajomym Arsane, co wywołuje zazdrość Zoroastre. Po licznych perypetiach ten ostatni dokonuje swej zemsty, zaś gniew bogów zostaje wyciszony krwią królewską Semiramis, która ostatecznie ginie z ręki swego syna. Współczesnego słuchacza zaskoczyć może nowoczesna jak na tamte czasy - w których preferowano lekką rozrywkę - psychologia tytułowej postaci i jej skomplikowany charakter, świetnie oddany środkami muzycznymi.

Z okazji realizacji podczas Festival d’Ambronay, ta emanująca wielką siłą dramaturgiczną rola została powierzona holenderskiej sopranistce Judith Van Wanroij, której ciepło brzmiący głos w pełni oddawał zarówno bardziej subtelne, jak i mroczne cechy owej babilońskiej królowej. Obok niej wokalnym mistrzostwem zabłysnęła sopranistka Emmanuelle de Negri, ujmująca lekko i miękko brzmiącą górą, świetlistą emisją, muzyczną wrażliwością. Jej duety ze śpiewającym partię Arsane’a Mathiasem Vidalem poruszały patosem uzyskiwanym za pomocą wprowadzanych pomiędzy tymi dwoma głosami dysonansów oraz odpowiednio prowadzonego kontrapunktu.
Vidal udzielił też swoistej lekcji dykcji i umiejętności wydobywania maksimum ekspresji z podawanego tekstu. Wreszcie mocą i niepodważalnym autorytetem swego ciemnego basu porażał wcielający się w postać proroka i czarodzieja Zoroastre João Fernandes. Towarzyszący im zespół instrumentalny Les Ombres oraz Chór Concert Spirituel pod batutą Sylvaina Sartre’a odkryły przed słuchaczami całą innowacyjność muzyki Destouches’a, poszukującej przede wszystkim skuteczności dramaturgicznej, ekspresyjnej wiarygodności i cieniowania dźwiękowych subtelności.

Podkreślić także należy, że klimaty poszczególnych aktów dzieła oraz uczucia i emocje kolejnych protagonistów były efektownie wzmacniane przez prowadzoną przez Nathalie Perrier grę świateł, które zostały w scenie śmierci Semiramis niemalże zupełnie wyłączone, pogrążając wnętrze głównej nawy opactwa i wypełniającą je szczelnie publiczność w emanujących dramatyzmem ciemnościach. Następny dzień, nazwany „Dniem kosmicznym”, został skonstruowany z wydarzeń o wyjątkowo zróżnicowanym charakterze. Pierwszym z nich był przeniknięty atmosferą intymności i melancholii recital amerykańskiego lutnisty Hopkinsona Smitha, który zaproponował program poświęcony muzyce angielskiej z szesnastego wieku, czyli z ery elżbietańskiej. Na ów wysmakowany program, ułożony pod hasłem „Heavenly Fantasy” (Niebiańska Fantazja), złożyły się utwory takich kompozytorów jak Anthony Holborne, John Dowland, John Johnson czy William Byrd. Pomimo ich odmiennego charakteru łączy je niezwykła finezja faktury, szlachetność fraz melodycznych, elegancja i szczególnego rodzaju rozmarzenie. Można tylko żałować, że wymagający dużego skupienia i nieustannej koncentracji recital został zaplanowany w obszernej przestrzeni nawie opactwa, w której obcowanie ze sztuką Holborne’a stało się zadaniem dosyć trudnym, albowiem niektóre dźwięki po prostu do naszych uszu nie docierały. Przestrzeń ta okazała się natomiast wymarzonym miejscem dla koncertu zatytułowanego „Conversation avec le ciel” (Rozmowa z niebem), podczas którego prowadzony przez pochodzącego z Izraela dyrygenta Itaya Jedlina zespół Le Concert Etranger przeniósł słuchaczy w świat niemieckiej muzyki sakralnej z osiemnastego wieku. W ich uduchowionym wykonaniu zabrzmiały utwory kompozytorów wyznania luterańskiego, będące muzycznym wsparciem modlitwy wiernych i wyrazem podejmowanych przez nich prób nawiązania kontaktu ze Stwórcą.
Pogrążony w żarliwej modlitwie człowiek ma nadzieję, że Bóg o nim nie zapomina, że go życzliwie wysłucha, wzmocni w wierze, zlituje się nad nim, wybaczy grzechy, obroni przed wrogami, uchroni od nieszczęść i ostatecznie doprowadzi do zbawienia. Na początku usłyszeliśmy zatem wyrażający rozpacz zagubionego człowieka madrygał Claudio Monteverdiego, po którym rozległa się pocieszająca i wyciszająca strwożoną duszę odpowiedź Boga w motecie Samuela Scheidta.

Na ogół błagania zagubionej jednostki pozostają jednak bez odpowiedzi, a zamiast Stwórcy głos zabiera Jezus lub zgromadzenie wiernych, o czym opowiedziały kolejne wykonane przez Le Concert Etranger motety, tym razem autorstwa Andreasa Hammerchmidta. W utworach tego niemieckiego kompozytora uwagę przykuwał zajmująco prowadzony dialog muzyczny, osiągany za pomocą nagłego „urywania” partii wokalnych, ich zręcznego przeplatania czy wprowadzania ciekawych kontrastów pomiędzy głosem solowym i partiami chóralnymi.

Po utrzymanych w podobnie mistycznym klimacie kompozycjach takich twórców jak Johann Hermann Schein, Heinrich Ignaz Franz von Biber, Johann Resenmüller wysłuchaliśmy na zakończenie Hemmt eure Tränenflut Nikolausa Bruhnsa, utworu, który wprowadził wreszcie atmosferę pewnego wyciszenia w obliczu śmierci i wiarę w życie pozagrobowe. W kompletnie inny nastrój, odbiegający od tematyki dnia, wprowadził nas koncert mający miejsce we wzniesionym nieopodal opactwa namiocie, którego bohaterką była świetnie bywalcom rzeczonego festiwalu znana argentyńska śpiewaczka Mariana Flores.
Akompaniował jej pochodzący również z Argentyny pianista i gitarzysta Quito Gato. Podczas tego wieczoru można było usłyszeć reprezentujące kraj ich pochodzenia pieśni ludowe o niezwykle intymnym charakterze. Wszystkie one powstały w dwudziestym wieku i złożyły się na swoisty hołd złożony argentyńskim kobietom. Wymienieni artyści podzielili cały program na trzy części, w trakcie których przedstawiony został repertuar odnoszący się do poszczególnych regionów ich ojczyzny. Na początku zabrzmiały więc ekspresyjne pieśni charakterystyczne dla prowincji Cuyo, z której właśnie pochodzi Mariana Flores, a następnie pięć nasyconych uczuciami pieśni przywołujących „Mujer provinciana”, czyli w tym przypadku kobietę z północno-zachodniej prowincji Argentyny.

Ta kobieta jest symbolem odwagi i walki o wolność (przed najazdem hiszpańskim) oraz wartości rodzinnych. W trzeciej części programu, zatytułowanej „Mujer de Buenos Aires” usłyszeliśmy emanujące namiętnością i żarliwymi emocjami tanga (w tym również tango pochodzące z Marii de Buenos Aires Astora Piazzolli), które tańczą mieszkanki stolicy. We wszystkich wykonywanych pieśniach Mariana Flores oczarowała i wzruszyła publiczność swoim niebywałym zaangażowaniem i temperamentem, subtelnością, liryzmem i udzielającą się wszystkim nastrojowością zjawiskowo brzmiącego sopranu, z którym współgrały delikatne dźwięki wydobywające się spod palców Quito Gato. Argentyńska artystka już od dawna marzyła o takim kameralnym i intymnym spotkaniu z bywalcami Festival d’Ambronay, dobrze się więc stało, że te marzenie udało jej się wreszcie urzeczywistnić. Ów pełen emocji dzień można było zakończyć udając się w późnych godzinach do nastrojowo oświetlonej za pomocą świec nawy opactwa, aby poddać się tam bez reszty sztuce młodego zespołu Sollazzo Ensemble, interpretującego średniowieczne utwory przywołujące mające różne symboliczne znaczenia gwiazdy. Prezentowane kompozycje – eksponujące na zmianę fragmenty instrumentalne lub interwencje wokalne – pozwoliły zachwycić się bogatym i atrakcyjnie ozdabianym stylem, oryginalną polifonią i zaskakującym ciekawymi formułami rytmem. Wiele pozytywnych wrażeń dostarczył spójnie brzmiący i bezbłędnie ze sobą współpracujący kwartet wokalny, interpretujący motety takich twórców jak Bartolino da Padova, Johannes de Florentia, Giovanni da Firenze czy Andrea da Firenze. Po krótkiej nocy słuchacze zostali następnego dnia zaproszeni na koncert innego zespołu: Ensemble Il Quadro Animato, który zabrał ich na wyimaginowaną podróż muzyczną, ilustrującą stylistyczną ewolucję późnego baroku, ze szczególnym uwzględnieniem jego dwóch najwybitniejszych przedstawicieli: Johanna Christiana Bacha oraz Carla Philipa Emanuela Bacha.
Trzeba przyznać, że była to podróż fascynująca, pozwalająca publiczności odkrywać odważne innowacje i eksperymenty dźwiękowe, nowe formy i struktury oraz oryginalne barwy muzyczne. Ostatnim wydarzeniem festiwalu, bardzo tutaj oczekiwanym, było spotkanie z Chórem i Orkiestrą Ghisleri z Padwy, które pod dyrekcją swego szefa i założyciela Giulio Prandiego przygotowały program zatytułowany „Opera Sacra”, zawierający dzieła Niccolò Jommelliego i Jeana-Baptiste’a Pergolèse.

Chodzi tu o dwóch kompozytorów pochodzących z Neapolu, których utwory są doskonałym przykładem nowego stylu w muzyce religijnej. Opiera się on na eksponowaniu urody głosu solisty, oscylowaniu pomiędzy liryzmem i dźwiękową lekkością, wreszcie na połączeniu energetycznych i zdecydowanych interwencji chóru z przejrzystymi i błyskotliwymi partiami instrumentalnymi.

Otóż te wszystkie zabiegi miały na celu wzniecenie u wiernych silnych emocji religijnych. Wykonana na początku Msza D-dur Pergolèse została zaprezentowana po raz pierwszy w neapolitańskim kościele Santa Maria della Stella w roku 1732, a dwa lata później zabrzmiała w nieco zmienionej wersji w rzymskim kościele San Lorenzo in Lucina. Prandi wybrał na festiwal w Ambronay właśnie tę drugą wersję, która pod jego zjawiskową dyrekcją porwała publiczność intensywną dramaturgią i urzekającymi barwami w Kyrie, interpretowanym przez chór Ghislieri z niezwykłą precyzją i stopliwością idealnie brzmiących głosów. Te same cechy charakteryzowały wykonanie Et in terra paxi Glorii, po których nastąpiło punktowane zdecydowanym rytmem Qui tollis i oparte na podwójnej fudze Cum Sancto Spiritu.
Zbiorowa muzykalność całego zespołu, nieskazitelna intonacja i pełne zrozumienie podawanego tekstu oraz fantastycznie wysoki poziom partii solowych, śpiewanych przez sopranistkę Francescę Boncompagni i mezzosopranistkę Martę Fumagali, zasługują na najwyższy podziw.

Podobnie zresztą jak wręcz hipnotyzujące wykonanie praktycznie nieznanego Dixit Dominus Jommelliego, poprowadzonego z pamięci (podobnie jak wzmiankowana Msza) przez Giulio Prandiego w sposób żywiołowy i spontaniczny, co wszakże nie przeszkodziło dyrygentowi w cieniowaniu szczegółów, wydobywaniu szerokiej palety niuansów i podkreślaniu teatralnego charakteru całej kompozycji.

Trudno się zatem dziwić, że rozentuzjazmowana publiczność niemalże zmusiła włoskich artystów do obdarowania jej aż trzema bisami. W ten sposób kolejno zabrzmiały słynne Stabat mater Pergolèse w wersji Antonio Salieriego, Dixit dominus Baldassare Galuppiego oraz – na zakończenie – jeszcze raz Sancto Spiritu z wykonanej uprzednio Mszy Pergolèse. Imponujący poziom tych interpretacji oraz ich wysoka temperatura emocjonalna wywołała zachwyt słuchaczy, którzy podziękowali włoskim artystom długotrwałą owacją na stojąco. Na zakończenie trzeba jeszcze przypomnieć, że w przyszłym roku Festival d’Ambronay będzie świętował czterdziestą rocznicę swego istnienia, co zapewne zaowocuje wieloma wyjątkowymi wydarzeniami artystycznymi, na które z pewnością warto się będzie wybrać.
Leszek Bernat