Już od paru lat Opera Lyońska zaprasza w marcu swoją publiczność na składający się zawsze z trzech pozycji festiwal operowy, skonstruowany wokół precyzyjnie nakreślonej tematyki. W tym roku został on poświęcony Giuseppe Verdiemu i prezentował kolejno następujące dzieła włoskiego kompozytora: Makbet, Don Carlos i koncertowa wersja Attili.

W przypadku pierwszej z tych pozycji chodzi o pokazaną już na lyońskiej scenie w 2012 roku inscenizację belgijskiego reżysera Ivo van Hove, która została teraz przypomniana z udziałem innej obsady wykonawczej i nowego szefa muzycznego rzeczonej placówki, jakim jest włoski dyrygent Daniele Rustioni. Powiedzmy od razu, że mamy tu do czynienia z wizją osadzoną w obecnych czasach, bliższą wrażliwości i doświadczeniom współczesnych widzów.
Wiemy wprawdzie doskonale, że dokonywanie transpozycji czasowych czy aktualizacji dzieł operowych, jeśli nie jest poprzedzone dogłębną analizą treści tych ostatnich i świadomością mądrze wytyczonych celów, doprowadza często do dramaturgicznych absurdów i dewastacji warstwy znaczeniowej nie tylko libretta, ale także samej muzyki.

Przykłady na takie niefortunne wpadki można by niestety mnożyć w nieskończoność, ale na szczęście nową inscenizację Makbeta w Lyonie trzeba w tym negatywnym kontekście uznać za pozytywny wyjątek. Dla Ivo Van Hove uwspółcześnienie opery Verdiego stało się bowiem wyraźnie motywującym wyzwaniem intelektualnym i artystycznym, pozwalającym na stworzenie spójnej, intrygującej i przekonującej wizji. Jest to na pewno jedna z ciekawszych propozycji odczytania dzieła Verdiego, jakie na przestrzeni paru ostatnich lat pojawiły się w teatrach europejskich.

Rozgrywająca się w średniowiecznej Szkocji posępna historia naznaczonej podstępnymi morderstwami walki o królewski tron została tutaj przeniesiona na współczesny teren zaspokajania żądzy władzy, jakim nie są już dzisiaj nawet polityczne salony, lecz „świątynie” wielkiego kapitału, czyli finansowe giełdy. To w nich zasiadają często połączeni mafijnymi układami nowi barbarzyńcy, potencjalni przestępcy w białych kołnierzykach, pozbawieni skrupułów i moralności panowie świata, którzy zamiast krwi na rękach, mają często na sumieniu tragiczne losy popadających w skrajną biedę jednostek i społeczeństw.
Cała akcja opery przebiega w jednej oprawie scenograficznej (wymyślonej przez Jana Versweywelda) ukazującej zawieszoną na szczycie nowojorskiego wieżowca przepastną salę giełdową, w której pokaźna grupa business women - czyli dokonujących plugawych czynów czarownic - pilnie śledzi pokazujące się na ustawionych w długie rzędy ekranach wykazy i cyfry, swoiste kody proroctw zwiastujących nadchodzące nieszczęścia.

Symbolem piekła jest tutaj widoczny w głębi wizerunek Empire State Building, zaś służących wiedźmom do zaklinania rzeczywistości przedmiotów - telefony komórkowe, za pomocą których informują się one nawzajem o rozgrywających się wydarzeniach. Nad tym rojem spekulantek giełdowych króluje odziany w markowy garnitur (autor kostiumów - Wojciech Dziedzic) szef-trader Makbet, popychany do kolejnych zbrodni przez swoja żądną krwi małżonkę.
Ohydne zabójstwo króla Duncana podczas jego snu, a także egzekucję Banka - dokonaną tutaj w zimnej i ponurej scenerii podziemnego parkingu przez zamaskowanych i płatnych morderców - możemy śledzić na rzucanych na wysokie ściany projekcjach wideo (Tal Yarden).

Ich czarno-białe zabarwienie i wykorzystująca technikę negatywu taśmy filmowej forma wpływa na odrealnienie pokazywanych epizodów i nadanie im charakteru obrazów jakby powstających w chorej wyobraźni głównego protagonisty. Podobny zabieg Van Hove stosuje również w scenie uczty z drugiego aktu - zamienionej w gromadzącą cały bankowy personel bankiet - kiedy to prześladujący Makbeta duch Banka ukazuje mu się jednocześnie na wszystkich ekranach intensywnie świecących monitorów.

Najmocniejsze wrażenie wywiera jednak akt czwarty, w którym tęskniący za straconą ojczyzną szkoccy wygnańcy zamieniają się w wizji Van Hove’a w uczestników manifestacji „Oburzonych”, przeciwników globalizacji i bezwzględnego kapitalizmu. Do giełdowej sali wpuszcza ich krążąca od samego początku przedstawienia po scenie sprzątaczka, symbolizująca przeciętnych obywateli pogardzanych przez wielką finansjerę, niemy świadek dokonywanych w jej obecności operacji i malwersacji, która teraz może wreszcie dołączyć do słynnego ruchu Occupy Wall Street, pokazywanego w swoim czasie przez wszystkie telewizje świata.
Migawki z ich akcji protestacyjnych są wyświetlane w głębi sceny, podobnie zresztą jak chwytane na żywo przez kamerę niezwykle ekspresyjne i poruszające (tym razem już barwne) ujęcia twarzy solistów i wcielających się w ignorowanych dotąd, a teraz walczących o swoją godność ludzi chórzystów.

Optymistyczny i pełen rodzącej się nadziei wydźwięk tego finału (realizatorzy spektaklu wybrali drugą wersję opery z 1865 roku) pozostaje w ostrej opozycji wobec niepokojącego widoku Lady Makbet, przemierzającej giełdową salę w lunatycznym śnie, i jej jakby nieprzytomnego męża o błędnym spojrzeniu, leżącego jak kloszard na ziemi pod kocem w rozpiętej koszuli i już bez krawata, traktowanego tutaj jako atrybut władzy mafijnej finansjery.

Dodajmy jeszcze, że Makduf nie mści się za śmierć swojej żony i dzieci, a zamiast zabić ich oprawcę, wielkodusznie podaje pokonanemu i zdruzgotanemu Makbetowi wodę. Nie ma zatem w tym obrazie żadnej przemocy, lecz raczej „życzeniowa” perspektywa obalenia rządów traderów przez solidarny i domagający się wreszcie swoich podstawowych praw lud. W nie do końca przekonująco dobranej obsadzie wykonawczej rozczarowanie wywołuje występ włoskiej sopranistki Susanny Branchini, która w trudnej roli Lady Makbet zmaga się - zwłaszcza na początku spektaklu - z utrzymaniem właściwej intonacji i zdradza problemy z emisją nierówno prowadzonego głosu.
Po przerwie jej sopran brzmiał już nieco lepiej, ale i tak w zderzeniu z wokalnymi wymaganiami tej partii Branchini poległa z kretesem. Drugim słabym elementem zespołu solistów jest wiele razy wzniecający głosowymi problemami niepokój u słuchaczy tenor Arseny Yakovlev w roli Makdufa, niebędący nawet w stanie zaśpiewać poprawnie wszystkich dźwięków w dole skali. Przyznam szczerze, że takie wpadki obsadowe są w Operze Lyońskiej niezwykłą rzadkością i niemile zaskakującym ewenementem.

Na szczęście doskonałym Makbetem okazuje się być azerbejdżański baryton Elchin Azizov, śpiewak o dużym wolumenie głosu, świetnej dykcji i umiejętności komunikowania zmiennych emocji. Dobrze też brzmi ciemny i głęboki bas Riccardo Zanellato w roli Banko.

Jak zawsze szczery podziw wzbudza operujący szeroką dynamiką i dopracowaną barwą chór, pracujący pod kierunkiem Marco Ozbica, oraz demonstrująca świetną formę Orchestre de l’Opéra de Lyon. W jej porywającej interpretacji, pod batutą jakby natchnionego Daniele Rustioniego, romantyczne porywy i liryczne wzloty w połączeniu z wyrafinowaniem dźwiękowym nie pozostawiają nikogo obojętnym. To oryginalne przedstawienie, ukazujące słynne dzieło Verdiego w odmiennej perspektywie i nowym świetle, jest godną uwagi propozycją szukania dróg do odświeżania recepcji gatunku operowego, zaś kierowanej przez Serge’a Dorny’ego placówce w Lyonie wystawia po raz kolejny jak najlepsze świadectwo w zakresie twórczego podejścia do proponowanych publiczności realizacji.
Leszek Bernat