Teatr Wielki w Łodzi wystawił nieśmiertelną Zemstę nietoperza Johanna Straussa – syna. Strauss skomponował tą operetkę namówiony przez żonę, której marzyło się by stał się on wiedeńskim odpowiednikiem paryskiego Offenbacha.

Komponował ją zresztą w gorączkowym pośpiechu zaledwie przez 42 dni – od końca sierpnia do początku października 1873 roku. Prapremiera odbyła się 5 kwietnia 1874 roku na scenie wiedeńskiego Theatre an der Wien z Marią Geistinger jako Rozalindą. Sukces jaki odniosła uchronił teatr przed bankructwem i sprawił, że utrzymała się na afiszu przez 68 wieczorów. Stając się szybko jedną z najpopularniejszych operetek (choć czasami określa się ją mianem opery komicznej) świata. Wybierając się na Zemstę należy pamiętać, że jest to rzecz o intrygach pokojówki udającej damę.
Fikcyjnych węgierskich hrabinach, nieprawdziwych francuskich markizach i dyrektorze wiedeńskiego więzienia, który incognito pojawia się na balu znudzonego oryginała księcia Orłowskiego, gdzie szaleje już jako markiz Renard, a nie Gabriel Eisenstein skazany wyrokiem sądu na 8 dni więzienia.

Motorem napędowym jest mściwy dr Falke, sprawca całej zabawnej intrygi, który w ten zabawny sposób zamierza ukarać tych którzy zostawili go po balu, w kostiumie nietoperza, na wiedeńskiej ulicy. Wszystko to jest tylko pretekstem do efektownych arii, pięknej muzyki ujmującej lekkością i śpiewnością kantyleny oraz muzycznym humorem, który perli się niczym najprzedniejszy francuski szampan.
Polska wersja ma dodatkowy walor; od 1932 roku jest grana z dowcipnym librettem Juliana Tuwima, które mimo upływu lat niewiele traci ze swojej poetyckiej atrakcyjności. Niestety i tego atutu, jak się szybko okazało, reżyser też nie potrafił wykorzystać. Urok melodii, galeria oryginalnych bohaterów, wdzięk arii i możliwość wplecenia do akcji wielu innych przebojów muzyki Johanna Straussa dają reżyserowi wręcz nieograniczone możliwości inscenizacyjne, szczególnie w II akcie. Szkoda tylko, że reżyserujący to przedstawienie Georgio Madia nie potrafił tego w pełni wykorzystać. Na operetkę trzeba mieć pomysł, trzeba mieć wizję, jak wskrzesić „starą idiotkę”, o której w ten sposób pisał Tuwim, a tutaj tego pomysłu zabrakło.
Wykreowane przez niego przedstawienie nie zaskakuje niczym nowym ograniczając się do starych, mocno już wyeksploatowanych, pomysłów inscenizacyjnych. Swoistym kuriozum była scenka podczas uwertury, w której wyprzedzając fakty, reżyser skutecznie zniweczył zaskakujące wyznanie Doktora Falke o planowanej tego wieczoru zemście nietoperza.

Przyznam też, że czekałem na baletowy „wystrzał”, wszak Madia to przede wszystkim uznany choreograf, a do inscenizacji wprowadzono dodatkowo dwie popisowe polki: Grzmoty i błyskawice oraz Piccicato. Niestety, to co zaproponował w tym przedstawieniu, jako choreograf, też nie przynosi mu chluby.

Generalnie przedstawieniu brakuje finezyjnej lekkości i atmosfery dobrej szampańskiej zabawy oraz wyraziście zarysowanych postaci. Na szczęście w części przykrył te reżyserskie niedoróbki trzeci akt będący przede wszystkim popisem aktorstwa Andrzeja Gałła, który z roli Froscha, zapijaczonego więziennego dozorcy, zrobił autentyczną perełkę. Jest śmieszny, a jednocześnie prawdziwy i naturalny w każdym ruchu i geście. Jego walka o utrzymanie pionowej pozycji i sposób podawania tekstu wywoływały salwy szczerego śmiechu. Trochę to jednak mało by tę realizację uznać za sukces łódzkiego Teatru Wielkiego. Muzyczne przygotowana przez Tadeusza Kozłowskiego premiera Zemsty nietoperza pozostawiła również pewien niedosyt.
Jak na mój gust, muzyce zabrakło nieco tanecznej lekkości i straussowskiej finezji. Wśród wielu wykonawców swoją obecność na scenie zaznaczyli interesującymi kreacjami, Joanna Woś jako posągowa Rozalina, Tomasz Rak w roli goniącego za rozrywkami Gabriela Eisensteina oraz Aleksandra Borkiewicz jako wdzięczna Adela.

Zanim jednak zasiedliśmy do oglądania i słuchania najnowszej inscenizacji operetki Straussa byliśmy świadkami miłej uroczystości nadania Joannie Woś tytułu honorowego obywatela Łodzi. Pani Woś, jak podano, jest jedyną kobietą w panteonie znakomitych łodzian. Artystka odebrała klucze do bram miasta z rąk prezydent Łodzi Hanny Zdanowskiej, marszałka województwa łódzkiego Witolda Stępnia i przewodniczącego Rady Miejskiej Tomasza Kacprzaka.
Adam Czopek