Bardzo oryginalny pod każdym względem koncert zafundowała słuchaczom Polska Orkiestra Sinfonia Iuventus. Opery rosyjskiego kompozytora Antona Rubinsteina Mojżesz nie znają sami Rosjanie, nie mówiąc o reszcie świata, a właśnie w Polsce postanowił ją przygotować w wersji koncertowej sędziwy Michaił Jurowski, zaś patronatu temu wykonaniu udzieliło UNESCO.

Na estradzie Filharmonii Narodowej spotkało się grono wykonawców przerastające co najmniej dwukrotnie skład orkiestry. Wystąpiło 20 solistów, narrator, dwa chóry, w tym prawie 100-osobowy Filharmonii Narodowej oraz Chór Dziecięcy Artos im. Władysława Skoraczewskiego. Dyrygent wyszperał gdzieś partyturę zapomnianego dzieła, które nie doczekało się nigdy wersji scenicznej, a pierwsze wykonanie koncertowe jeszcze w XIX wieku odbyło się w Rydze.
Kompozytor licząc pewnie na międzynarodowy sukces napisał ją do libretta niemieckiego, ale popularności mimo to nie zdobył. Coś w tych promocyjnych zabiegach jest z wysiłków Syzyfa, bo także nasz kompozytor Ludomir Różycki swą operę Eros i Psyche po raz pierwszy wystawił w tłumaczeniu na język niemiecki w Berlinie, ale na szczęście dziś w Teatrze Wielkim – Operze Narodowej śpiewa się ją po polsku. Czy Mojżesz mógłby być śpiewany po rosyjsku? Pewnie tak, bowiem melodyka arii i recytatywów dobrze przyjęłaby poetykę mowy Puszkina, i choć Anton Rubinstein swego czasu odżegnywał się od narodowego nurtu propagowanego przez Glinkę i Potężną Gromadkę, to jednak „rosyjskość” jego muzyki jest niezaprzeczalna. Słychać ją w patetycznych sekwencjach orkiestrowych i lirycznych partiach chóralnych.

Opera składa się z ośmiu obrazów i przedstawia chronologicznie dzieje Mojżesza, który wyprowadził lud żydowski z niewoli egipskiej i dostarczył mu tablice z Dziesięciorgiem Przykazań. Kompozytor opierając swoje dzieło na starotestamentowej opowieści nie próbował raczej nawiązywać do muzyki synagogalnej, odzywają się tutaj natomiast echa chorałów Bacha gdy np. chór śpiewa Singet dem Herrn. W pierwszym obrazie, gdy koszyk z puszczonym na wodę małym Mojżeszem wyławia Asnath, córka faraona, słychać natomiast wschodnie skale i melizmaty. Trudno jednak uznać to za jakąś rekonstrukcję muzyki starożytnego Egiptu. Muzykolodzy doszukują się w takich wypadkach, a głównym materiałem do badań jest tutaj najbardziej znana opera Rubinsteina Demon, echa wysłuchiwanych w dzieciństwie melodii mołdawskich, bo na tych terenach urodził się kompozytor. Właśnie to coraz bardziej popularne dzieło sceniczne może być przewodnikiem muzycznym po operze Mojżesz. Tutaj też Rubinstein wykorzystał wiele ze swoich specyficznych zwrotów muzycznych, np. charakterystycznych progresji orkiestrowych, równoległych oktaw w instrumentach smyczkowych, czy figuracji mających budować nastrój grozy czy wzrost napięcia. Ktoś, kto poznał dobrze operę Demon szybko odnajdzie charakterystyczny dla Rubinsteina styl muzyczny. Śpiew dziewcząt z orszaku egipskiej księżniczki Asnath bliźniaczo przypomina chóry towarzyszące kaukaskiej księżniczce Tamarze z opery Demon. Nie zmienia to faktu, że muzyka Mojżesza zawiera, podobnie jak muzyka Demona, wiele pięknych miejsc, choć w całości może się wydać nieco przegadana, zwłaszcza gdy pozbawiona jest oprawy scenicznej na jaką zasługuje. Do tych wspaniałych przykładów muzycznej inwencji należą z pewnością monologi i arie Mojżesza, które w tym wykonaniu powierzono niezawodnemu Stanisławowi Kuflyukowi. Soliście towarzyszy często wyłącznie odpowiednio zharmonizowany zespół wiolonczel albo w innych miejscach tylko grupa puzonów. To nadawało partii solisty szczególnej oryginalności.
Najwyraźniej kompozytor lubował się w używaniu w niektórych scenach małych ansambli złożonych z samych solistów. Tak było w przypadku śpiewu responsoryjnego a cappela między głównymi bohaterami a czterema kapłanami lewickimi, którzy odpowiadając swym partnerom śpiewali dosyć trudne harmonicznie układy czterogłosowe. Tutaj dyrygenta zawiodła chyba muzyczna intuicja, bo owi kapłani byli rozmieszczeni daleko w chórze i oddzieleni orkiestrą od solistów stojących na przodzie. Cała ta sekwencja miejscami rozjeżdżała się intonacyjnie, bo jedni i drudzy słabo się słyszeli, choć przyznać trzeba, że chórzyści Daniel Woźniak, Emil Zwoliński, Krzysztof Chalimoniuk i Andrzej Kozłowski trzymali się dzielnie i w każdej odpowiedzi wracali do właściwej pozycji. Znakomicie poradził sobie z partią solową chórzysta Tomasz Warmijak kreujący role dowódcy wojsk i posłańca.

Anton Rubinstein napisał swoją operę właściwie wyłącznie dla mocnych głosów bohaterskich. Najbardziej właściwym punktem obsady był tutaj Torsten Kerl, któremu powierzono partię Faraona oraz Głosu Boga. W tej drugiej roli tenora ukryto w „szafie organów”, a dla większego wrażenia wzmocniono elektronicznie. Tutaj intuicja Michaiła Jurowskiego oraz dyrektora Chóru Filharmonii Narodowej Bartosza Michałowskiego, okazała się strzałem w dziesiątkę. Mocnym głosem, choć o zbyt ostrym brzmieniu, posługiwała się Evelina Dobraceva jako Asnath. W podwójnej roli – starego Izraelity i Jozuego – wystąpił Adam Zdunikowski. Niewielkie role powierzono naszemu mocnemu basowi Piotrowi Nowackiemu i mocnemu tenorowi Tomaszowi Kukowi. Wśród wykonawców pojawiły się Małgorzata Walewska i Monika Lendzion-Porczyńska. Chen Reiss jako „córka” Walewskiej zmagała się z trudną rolą Miriam. Wykonawców ról solowych sprowadzonych z zagranicy było jeszcze dużo więcej. Warto natomiast zwrócić uwagę na chłopięcego alta Leona Maruta, który z podziwu godnym spokojem i determinacją powtarzał Moses, Moses, choć forte orkiestry nie dawało mu wielkich szans. Operze, która trwała prawie 4 godziny, pomógł ogromnie Jerzy Trela, który przytaczał co jakiś czas po polsku kolejne fragmenty biblijnej przypowieści. Jego wspaniała podobizna znalazła się też na plakacie zapowiadającym koncert, co sugerowało, iż właśnie ten znakomity aktor zagra Mojżesza. Rzecz w tym, że była to karkołomna rola dla śpiewaka, której aktor dramatyczny nie mógłby się podjąć. W całości wykonania koncertowego przydałoby się więcej napięcia, zwłaszcza w śpiewie i markowanej grze aktorskiej wokalistów. Dobrze spisał się Chór Filharmonii Narodowej, ustawiony tym razem dosyć dziwnie – głosy męskie przed żeńskimi. Niestety w dramatycznych wysokich tonach sopranów słychać było nadmierny wysiłek, ale to tylko jeszcze jeden dowód, że Anton Rubinstein do łatwych kompozytorów nie należy. Nie zmienia to faktu, że nauczyciel Czajkowskiego wart jest uwagi, więc niektóre polskie teatry operowe już zapowiadają premierę Demona.
Zobaczymy, posłuchamy.
Joanna Tumiłowicz