Czyli o sztuce dźwięku. To szersze pojęcie niż muzyka i lepiej oddające współczesne poszukiwania artystyczne w tym względzie, na zasadzie analogii do sztuk wizualnych. I tego rodzaju zjawiskom granicznym poświecony został tegoroczny, XV Festiwal Muzyki Współczesnej „Sacrum-Profanum”.

Za rodzaj laboratorium dźwiękowego uznać można twórczość rumuńskich spektralistów. Zwłaszcza „IV Kwartet smyczkowy” op. 33 „Infinite to be cannot be infinite, infinite anti-be could be infinite” Horaţiu Rădulescu posiada wyraźne tego rodzaju znamiona.
Przebieg muzyczny tej kompozycji wyznaczają interakcje w jakie wchodzą muzycy, w tym przypadku z Arditi Quartet, na bieżąco realizujący zapis nutowy, z materiałem, który powraca w wielokanałowej projekcji dźwiękowej, a stanowi poddane elektronicznemu przetworzeniu nagranie poprzednio wykonywanej przez nich fazy utworu. Dzięki temu nabiera on polifonicznego charakteru o złożonej fakturze kontrapunktycznej. Pod koniec wszakże wyzwala się jakby z pancerza elektronicznego i zyskuje na przejrzystości wskutek dochodzącego do głosu naturalnego pierwiastka akustycznego, albowiem stopniowo zanika nagłośnienie.

Utwór jest znacznych rozmiarów, trwa bowiem prawie godzinę. Niestety, kompozytor nie jest w stanie zapanować nad czasem i wypełnić go odpowiednio ukształtowaną formą, która ulega entropii pośród eksploracji brzmieniowych, nieuzyskujących wszakże wyrazistej struktury, spójnie zarysowanej architektoniki. Mamy jakby do czynienia ze studyjnym materiałem, czekającym dopiero na pełne uporządkowanie i opracowanie, a co za tym idzie nadanie mu mniej lub bardziej czytelnej formy, choć do pewnego stopnia jest to świadome zamierzenie tego artysty, w którego twórczości motyw nieskończoności wielokrotnie dochodzi do głosu.

Rozczarowującym natomiast okazał się „Biegun południowy” Iancu Dumitrescu, przeznaczony na dwie gitary, dwa marakasy i żywą elektronikę, w którym warstwa akustyczna w wykonaniu Stephena O’Malleya i Orena Ambarchiego ulega przekształceniom z zastosowaniem odpowiedniej aparatury. Doznany zawód wynagrodził „Occam Océan” Eliane Radigue, w którym muzyka z wolna wyłania się jakby z niebytu.
Na uniwersum dźwiękowe tej kompozycji składają się stojące tony lub akordy, uzyskiwane między innymi za sprawą techniki tremola (na przykład membrafonów), nieśpiesznie ewoluujące, a swym brzmieniem przypominające te generowane elektronicznie, choć w tym przypadku wydobywane z instrumentów akustycznych, choć nieraz w nietypowy sposób – na przykład za pomocą smyczka z gitar. Brzmienie rozbudowanego zespołu – l’Orchestre de Nouvelles Créations, Expérimentations et Improvisation Musicales pod dyrekcją Frédéricq Blondyego, tylko od czasu do czasu interweniującego w tok muzyczny – stopniowo narasta, by po osiągnięciu swego apogeum z powrotem jakby wygasać i ostatecznie zanurzyć się w ciszy.

W odniesieniu do tej kompozycji, jej urody i klimatu, zdaje się znajdować zastosowanie kategoria piękna, mogłoby się wydawać, że w dzisiejszych czasach całkowicie zapomniana i odłożona do lamusa. To bardzo twórczy przejaw minimalizmu, dzięki pierwiastkowi transowemu sprawiającego, że nie odczuwa się upływu czasu jako czegoś dojmującego. Nie da się tego powtórzyć o kompozycji „Skrzyżowania” Alvina Luciera, o wiele krótszej i uzyskującej podobne efekty dźwiękowe wyłącznie na drodze syntezy elektronicznej.

Do wspomnianego nurtu eksperymentalnego należał recital fortepianowy Vanessy Wagner, której w charakterze elektronicznego „oprawcy” przydano Murcofa. Ich występ był na żywo przetwarzany w formie duplikującego go na ekranie przekazu wideo, wskutek czego, a także sztucznego nagłośnienia, można raczej mówić w tym przypadku o instalacji dźwiękowej niż prezentacji emblematycznych dla nowoczesnej muzyki utworów fortepianowych, między innymi Johna Cage’a, Arvo Pärta, György Ligetiego, Mortona Feldmana, Wałentyna Sylwestrowa, Johna Adamsa i Philipa Glassa. Zestawienie to sprawiało wrażenie dość przypadkowego, a wybroniła się w nim przede wszystkim zjawiskowa „Gnosienne nr 3” Erica Satie.
Wyraźne znamiona performensu, co być może należałoby tłumaczyć jako występ, posiadał koncert Franke Aulbert, poruszającej się na pograniczu mowy, śpiewu i wykraczających poza nie form operowania głosem, oraz Małgorzaty Walentynowicz, grającej na fortepianie oraz samplerze.

„your name here” Jennifer Walshe to kompozycja kolażowa, łącząca pierwiastki wizualne z dźwiękowymi, a więc grę cieni na ekranie oddzielającym artystkę od publiczności z elektronicznie zwielokrotnionymi efektami szmerowymi, wydobywanymi ze skrzypiec oraz za pomocą głosu, a także ustępami odwołującymi się do przekazu werbalnego.
Najbardziej spektakularnym i śmiałym w tym programie stało się wykonanie utworu sprzed prawie stulecia, a mianowicie pochodzącej z 1919 roku i powstałej na fali dadaistycznych manifestacji „Sonaty erotycznej” Erwina Schulhoffa, autora sławnej opery „Płomienie”.

Przywołuje ona za pomocą środków akustycznych coitus z perspektywy doświadczającej go kobiety i wydawanych przez nią odgłosów, ujętych w ściśle określone przez kompozytora parametry, odnoszące się do wysokości, rytmu i tempa ich przebiegu, z teatralizowaną kodą, przedstawiającą wynikające z tego zabiegi higieniczne i mikcję. Kilkanaście lat później powstanie podobny eksperyment, tyle że uzyskany środkami czysto instrumentalnymi i pod względem muzycznym zrealizowany po mistrzowsku, kiedy Dmitrij Szostakowicz w operze „Lady Makbet mceńskiego powiatu” przywoła w ten sposób przebieg aktu seksualnego. O ile potępienie dzieła wynikało z przyczyn politycznych, to akurat oskarżenia o obsceniczność nie były znów takie bezpodstawne.

Z kolei w „X&X” Juliany Hodkinson i Nielsa Rensholdta mieliśmy do czynienia z rodzajem teatru instrumentalnego, ogrywającego czynności wykonawcze. Utwór składa się na przemian z wyciemnień, w czasie których mają miejsce akcje dźwiękowe, i rozjaśnień, kiedy, niczym u Witolda Szalonka „Symfonia rytuałów” czy Georga Brechta „Kwartet smyczkowy”, eksponuje się koncertowe obyczaje – na przykład przewracanie nut. Jak przystało na festiwal muzyki nowoczesnej, tegoroczne „Sacrum-Profanum” zawierało w równej mierze akcenty skandalizujące, co i artystycznie wypróbowane.
Lesław Czapliński