No proszę, wystarczy zaufać kompozytorowi i libreciście, wywieść akcję z pulsu muzyki, niczego na siłę nie uaktualniać, ani nie wyważać otwartych drzwi i to wystarczy by skonstruować piękne przedstawienie utrzymane w lekkim charakterze włoskiej commedia dell’arte, o czytelnej intrydze.

Tak właśnie wyreżyserował najnowszą inscenizację tej opery Jerzy Stuhr, debiutujący (jak widać, z sukcesem) w teatrze operowym. Akcja biegnie wartko, zabawne sytuacje wynikają jedna z drugiej, co zapewnia jej czytelność i dramaturgiczną zwartość. Wszystko co dzieje się na scenie jest podporządkowane muzyce, a sercowe perypetie bohaterów są potraktowane z należytym humorem i dystansem.
Na dodatek reżyser co chwilę puszcza „oko” do publiczności pilnie bacząc by niczego nie przedobrzyć, a wszystko utrzymać w dobrym tonie i guście.

Jeżeli dodamy do tego wyrazistość charakterologiczną każdej postaci, interesującą plastycznie scenografię Alicji Kokosińskiej (również debiutantki) oraz świetne, zrealizowane z lekkim przymrużeniem oka kostiumy Marii Balcerek, to otrzymamy w miarę pełny obraz krakowskiego przedstawienia. Piszę, w miarę pełny, bo jednak by je w pełni docenić trzeba je koniecznie zobaczyć. Don Pasquale to opera komiczna w trzech aktach. Jej siłą jest prostota i czytelność intrygi od pierwszego jej momentu.
Akcja rozgrywa się w Rzymie w XVIII wieku. Opowiada o podstępnym żarcie, który swojemu bogatemu wujowi zgotowali siostrzeniec Ernesto ze swoją ukochaną Noriną. Główny bohater Don Pasquale, to bogaty starzec, który szantażem próbuje odwieść siostrzeńca od małżeństwa z ubogą ukochaną.

Skoro siostrzeniec nie ustępuje, Don Pasquale sam się żeni wpadając w zastawioną misternie pułapkę. Norina i Ernesto przy pomocy zaprzyjaźnionego doktora Malatesty usiłują wystrychnąć Don Pasquale na dudka. Knują więc zabawną intrygę: Don Pasquale zawiera fikcyjny (o czym oczywiście nie ma zielonego pojęcia) ślub z potulną, łagodną i wychowaną w klasztorze Sofronią (o takiej żonie zawsze marzył, a który z panów – nie!), którą odgrywa Norina.
Tuż po podpisaniu ślubnego kontraktu, którego treść dyktowana jest jak recytatyw, Sofronia przemienia się w pełną wściekłości furię, doprowadzając rzekomego męża niemal do bankructwa, załamania nerwowego i sercowych palpitacji.

Czyż w tej sytuacji może dziwić fakt, że ten z ulgą przyjmuje do wiadomości, że ślub był tylko mistyfikacją? I tutaj pojawia się refleksja czy tylko o humor tutaj chodzi? Bo czyż zabawne jest to, że starszy człowiek marzy o małżeńskim szczęściu, o byciu na starość we dwoje? Czy zabawnym jest to, że oszukuje go jego własny przyjaciel - Malatesta i siostrzeniec Ernesto?
Siłą krakowskiego Don Pasquale jest jego rzetelny poziom muzyczny. Tomasz Tokarczyk prowadził premierowe przedstawienie precyzyjnie i z dużą wyobraźnią. Muzyka pod jego batutą ujmuje lekkością i rytmiczną dynamiką.

W świetnie dobranym kwartecie wykonawców na pierwszy plan wysunęli się panowie Grzegorz Szostak, szczerze śmieszny w swoich aktorskich poczynaniach jako tytułowy bohater oraz Mariusz Kwiecień znakomicie czujący się w roli doktora Malatesty kreślący postać swojego bohatera z lekkim przymrużeniem oka. W obu przypadkach efekt jaki osiągnęli był znakomity.

Ich kreacje aktorskie podbudowała znakomita kreacja wokalna, o której można powiedzieć krótko; pięknie brzmiące głosy prowadzone z ogromną swobodą i wszelkimi wymaganiami sztuki bel canta. Dzielnie im dotrzymywał kroku Andrzej Lampert w trudnej partii Ernesta. W partii Noriny – Sofronii oglądaliśmy Aleksandrę Flood, która podbijała serca publiczności wyrazistym kreśleniem obrazu swojej bohaterki.
Szkoda tylko, że nie w każdym momencie, jej głos o niewielkim wolumenie, był w stanie podołać wymaganiom tej partii.

Wartym podkreślenia jest fakt, że soliści potraktowali swoich bohaterów ze sporym dystansem, lekkim przymrużeniem oka, więc bawią się ich perypetiami z wdziękiem i humorem prezentując przy tym niezłe aktorskie vis comica co sprawia, że tworzą postaci rodem z commedia dell’arte. Świetnie w tej konwencji odnalazł się również Jerzy Stuhr grający, a nawet śpiewający podczas premiery rolę fałszywego Notariusza. Wszystko to zapewniło publiczności dobrą zabawę, a przecież o to właśnie w tej operze chodzi!
Adam Czopek