Przegląd nowości

„Katia Kabanova” Janaczka w Opéra d’Avignon

Opublikowano: niedziela, 04, grudzień 2016 20:08

Trzyaktowa opera Leoša Janaczka Katia Kabanova, wykreowana w Brnie w 1921 roku, oparta jest na cieszącym się dużym powodzeniem dramacie Aleksandra Ostrowskiego „Burza” i tak jak jej pierwowzór odmalowuje te same realia społeczne. Kompozytor, który nie mógł znaleźć wspólnego języka z librecistami, zdecydował się samodzielnie dokonać adaptacji tekstu, wykorzystując czeskie tłumaczenie dokonane przez Červinkę.

Katia Kabanova 1

Podobnie jak u Ostrowskiego akcja opery sytuuje się zatem około roku 1860 i odzwierciedla ponury obraz kobiecego losu na rosyjskiej prowincji. Katia staje się tutaj archetypem kobiety, ofiary nieludzkich zasad swojej własnej - choć wtłoczonej jej już od dziecięcych lat do głowy przez otoczenie – moralności.Tkwiąca w ukartowanym zwyczajowo małżeństwie bohaterka, nieustannie prześladowana przez bezlitosną i autorytatywną teściową, której bierny i słaby psychicznie mąż Katii nie ośmiela się przeciwstawić, marzy o wyrwaniu się z trawionej duszną i okrutną atmosferą wioski.


Śni o normalnym, szczęśliwym i czyniącym ją wolną życiu, kocha się potajemnie i z wzajemnością w młodym Borysie, ale prześladowana przez zakłamaną teściową i dręczona wyrzutami sumienia popełnia w finale samobójstwo rzucając się do rzeki.

Katia Kabanova 2

Kreacja dzieła została przyjęta niezbyt życzliwie, w przeciwieństwie do prezentacji w Berlinie, po której Janaczek odebrał gratulacje od takich postaci jak Schönberg, Zemlinsky i Schreker. Kariera Katii Kabanovej rozpoczęła się jednak dopiero po II wojnie światowej, choć wciąż trudno powiedzieć, że dzieło to zajmuje w repertuarze teatrów lirycznych należne mu miejsce. Tym większe zatem zainteresowanie wzbudziła wystawiana właśnie w Awinionie produkcja (przygotowana w koprodukcji z Operą w Tulonie), którą z talentem i rzadko spotykanym zrozumieniem ducha owej pozycji przygotowała francuska reżyserka Nadine Duffaut. Jej wstrząsająca wizja wykorzystuje bardzo ograniczone, wręcz minimalistyczne środki sceniczne i w dużej mierze opiera się na budowaniu poruszających klimatów, w czym duży udział ma fantastycznie ustawiona reżyseria światła. Jej autorem jest zmarły niedawno Jacques Chatelet, któremu pamięci owo przedstawienie zostało poświęcone. Jest ono pokazywane bez przerwy, co jest jak najbardziej słuszną decyzją, służącą utrzymaniu wciąż rosnącego napięcia i prowadzeniu ciągłej narracji dramaturgicznej. Na początku spektaklu, na opuszczonej jeszcze kurtynie, wyświetlany jest wizerunek chrystusowej twarzy, jakby dla ukazania niemalże religijnego wymiaru losu Katii i podkreślenia pokutniczego wymiaru jej samobójczego gestu. Na zanurzonej prawie całkowicie w szarej poświacie scenie rozciąga się spowijająca wszystko mgła, z której wyłania się rower, na którym nauczyciel Wania Kudriasz (Julien Dran) wyśpiewuje swój podziw dla Wołgi. Lewa i prawa strona sceny zamknięte są lustrzanymi ścianami, w których wszyscy protagoniści przyglądają się sami sobie i które jednocześnie zamykają ich, jak w więzieniu, w nacechowanym bezdusznością świecie. Horyzont sceniczny wypełnia zaś białe płótno, symbol niewinności i tęsknoty za lepszą przyszłością. Po prawej stronie tak zaprojektowanej przestrzeni lekko podwyższony kąt sceniczny został wypełniony wodą, przywołującą wszechobecną w tym dziele rzekę. To stamtąd też wypływa ta powoli się rozciągająca i wszystko ogarniająca mgła, mogąca też symbolizować rozlewnie i niespiesznie się przesuwające fale Wołgi, obojętnego świadka ludzkich dramatów. Zjawiskowo prowadzone światła nadają tej scenerii zimny i jakby nie z tego świata aspekt, groźny i bezlitosny. To właśnie w tej wodzie-mgle zanurza się szukająca śmierci Katia, którą następnie Dikoj przynosi już martwą na rękach i kładzie u stóp mieszkańców wioski.


Równie ascetyczny obraz towarzyszy wszystkim rozgrywającym się we wnętrzu epizodom. Wówczas z góry zjeżdża jasna platforma, na której umieszczony jest jedynie stół, para krzeseł, kościelna ławka. Dodajmy jeszcze, że z tą zimną i szarą kolorystyką ostro kontrastują ubiory wszystkich protagonistów (autorstwa Danièle Barraud), wśród których szczególnie wyróżnia się płaszcz Katii, a jego czerwony kolor można odczytać jako metaforę jej cierpienia i ostatecznego odkupienia.

Katia Kabanova 3

W roi tytułowej wprost niesamowitą kreację buduje niemiecka sopranistka Christina Carvin, o zniewalającej osobowości scenicznej i nieprzeciętnych zdolnościach aktorskich. Obok ewidentnego poszukiwania przez tę protagonistkę przyjemności i zaspokojenia tłumionych pragnień pojawia się jeszcze u niej coś trudnego do zdefiniowania, jakiś brak równowagi. Ciekawe zresztą, że śmierć Katii nie przybiera u Janaczka formy rozbudowanej i spektakularnej sceny. W warstwie muzycznej nie ma tu żadnego dramatyzowania, tak jakby ta nieszczęśliwa dziewczyna zmarła po nic, bez nadziei na zmartwychwstanie. Idealne stopienie ekspresji wokalnej z grą aktorską wzbudza u Christiny Carvin wyrazy najwyższego uznania. W pamięci pozostaną sceny jej bezpardonowej konfrontacji z toksycznie negatywną postacią Kabanichy, bigotki i hipokrytki, która w interpretacji świetnej mezzosopranistki Marie-Ange Todorovitch zdradza też ukryte pod brutalnością i okrucieństwem duchowe rany, doznane zapewne w odległej przeszłości. Wokalnym autorytetem i atrakcyjnie brzmiącym basem wyróżnia się też Nicolas Cavallier jako kupiec Dikoj, a powiew niewinnej świeżości i ujmującego wdzięku wprowadza Ludivine Gombert, śpiewająca pewnie prowadzonym i świetnie wyszkolonym sopranem partię Warwary. Nie sposób wymienić tutaj wszystkich wykonawców, toteż wystarczy tylko zaznaczyć, iż żaden z nie wzbudza nawet najmniejszych zastrzeżeń i że udział każdego z nich w tak rewelacyjnie kreowanym obrazie scenicznym wywołuje wyjątkowo pozytywne reakcje wzruszonej publiczności. Na zakończenie trzeba jeszcze wspomnieć o ogromnej pracy, jaką w przygotowanie nieprzyzwyczajonej do tego typu repertuaru orkiestry włożył francuski dyrygent Jean-Yves Ossonce. Potrafi on tak subtelnie, wrażliwie i sugestywnie tkać często rwaną i zaskakującą jakby nagłym zapadaniem się w pustkę materię muzyczną, że uważny słuchacz może sobie z łatwością wyobrazić, do jakiego stopnia Janaczek utożsamiał się z cierpiącymi i wciąż poszukującymi miłości kobietami. Utrzymaną na tak wysokim poziomie realizacją Opera w Awinionie złożyła czeskiemu twórcy w pełni zasłużony hołd.

                                                                               Leszek Bernat