Małżonkowie Orfeusz i Eurydyka bardzo się kochają. Kiedy ona umiera, on – pogrążony w rozpaczy – bierze lutnię i wyrusza do królestwa podziemi, czyli piekła. Zasłuchany w jego piękny śpiew i poruszony Pluton zgadza się oddać Orfeuszowi Eurydykę pod warunkiem, że ten ani razu nie obejrzy się za ukochaną żoną zanim nie dotrze do świata żywych. Orfeusz jednak nie wytrzymuje i odwraca się, na skutek czego traci Eurydykę już na zawsze.

W swojej opéra-bouffon Orfeusz w piekle (Orphée aux Enfers) ów znany nam wszystkim doskonale mit Jacques Offenbach odwraca do góry nogami. Otóż Orfeusz i Eurydyka nie mogą się już znieść. Ona nienawidzi muzyki swego uprawiającego zawód skrzypka męża, on zaś interesuje się głównie nimfami i manifestuje niepohamowaną radość na wieść, że jego małżonka została uprowadzona przez Plutona. Problem polega wszakże na tym, że wyrocznia zasad moralnych w osobie Opinii Publicznej zmusza wdowca do złożenia u Jupitera reklamacji i podjęcia zdecydowanych starań o zwrot skradzionej małżonki. W celu przeprowadzenia właściwego rozpoznania to cały Olimp wyrusza już do piekła.
Ponieważ jednak pilnowany przez Opinię Publiczną Orfeusz nie ośmiela się odwrócić, Jupiter musi uciec się do skutecznego podstępu: wali celnie piorunem w siedzenie dozorowanego bohatera, który oczywiście w tym momencie odruchowo spogląda za siebie. Dzięki temu bogowie mogą zatrzymać Eurydykę, bo ta osłodzi im „nieśmiertelną nudę nieśmiertelności”.

Takie przewrotne i kpiarskie wykorzystanie słynnego mitu wielokrotnie wywoływało skandale i niemalże histeryczne manifestacje oburzenia ze strony rzekomych obrońców prawdziwej sztuki. Oskarżali oni Offenbacha o prowokację, profanację liry Orfeusza, a nawet o obrazę ojczyzny. Nie potrafili oni lub może nie chcieli dostrzec, że kompozytor nie atakował mitu jako takiego, lecz jego nieuczciwe i szkodliwe nadużywanie przez różne, głównie polityczne, elity.

Przecież pokazanie publiczności, że w rzeczonej opéra-bouffon bogowie zachowują się podobnie jak uliczni prostacy, to był także sposób na przypomnienie jej, iż jest rządzona przez banalnego człowieczka, czyli przez Napoleona, który przebrał się za cesarza. A jeśli wszystkie postacie w Orfeuszu w piekle też bez przerwy się przebierają i oddają szalonej zabawie, to dlatego, że czyni tak całe ówczesne społeczeństwo. Offenbach wyraźnie unika jednak nadętego tonu moralizatorskiego i wykazuje nawet pewną wyrozumiałość w stosunku do politycznego reżimu, w którym przyszło mu żyć i tworzyć. Toteż trywialne, ocierające się często o obsceniczność sytuacje i aluzje, nagłe zwroty sytuacji i puszczanie oka do odbiorcy ma na celu przede wszystkim dostarczenie mu przedniej zabawy i pokazanie, że w gruncie rzeczy „wszyscy jesteśmy tacy sami”.
Skoro jednak pod względem treści i warstwy muzycznej Orfeusz w piekle opiera się na parodii, to oznacza, że jego pełne zrozumienie i właściwy odbiór wymaga od publiczności choćby podstawowej znajomości mitologii greckiej. A z tym w czasach współczesnych nie jest przecież najlepiej. Tym bardziej trzeba tutaj polegać na pomysłowości i talencie pochylających się nad tym dziełem reżyserów. Za niedościgniony wzorzec w tej materii można z pewnością uznać koprodukcję Lyonu i Genewy z 1997 roku, autorstwa Laurenta Pelly’ego, pod dyrekcją muzyczną Marka Minkowskiego.

Dużo dobrego można też powiedzieć na temat pokazywanej obecnie we francuskim mieście Nantes inscenizacji amerykańskiego reżysera Teda Huffmana (pokazanej już uprzednio w Nancy i Montpellier), atrakcyjnej pod względem wizualnym i zręcznie przekazującej wszystkie zawarte w Orfeuszu w piekle treści.

O ile bowiem stosowana dzisiaj tak często bez żadnego dramaturgicznego uzasadnienia i niejednokrotnie szkodząca operom aktualizacja wzbudza sprzeciw i irytację, o tyle w tym przypadku przeniesienie akcji w bliższe nam czasy sprawdza się znakomicie. I tak początek akcji rozgrywa się w holu jakiegoś luksusowego hotelu, którego styl Art Déco jest szczegółowo odtworzony przez duet scenografów: Clement et Sanôu, również odpowiedzialnych za kostiumy i oświetlenie. Bardzo szybko okazuje się, że ów hol symbolizuje ziemię, a widoczna w głębi winda pozwala bohaterom przenosić się do innych światów. Jadąc do góry docierają oni do przeznaczonej pewnie dla VIP-ów sali przyjęć, czyli Olimpu, gdzie wyraźnie króluje powszechna nuda. Zdecydowanie weselsza atmosfera panuje w kryjących cieszący się dużym powodzeniem bar podziemiach, czyli w piekle.
W tym przypominającym wyłożony marmurami pałac hotelu kręci się liczny personel oraz wmieszany weń i przebrany za windziarza Pluton, który podstępnie umieszcza w wielkiej donicy węża, licząc słusznie na to, że ukąsi on Eurydykę. Jej nagła śmierć nie jest zatem spowodowana – tak jak w oryginalnym libretcie – nieszczęśliwym wypadkiem, lecz perfidnym działaniem groźnego boga świata podziemnego.

Do świetnych pomysłów można też zaliczyć uczynienie z Opinii Publicznej sprzątaczki, która energicznymi gestami obsesyjnie „zmiata” szczotką otaczające ją niemoralności. Celnym zabiegiem jest ukazanie bogów Olimpu w postaci odzianych w karykaturalne złote stroje obleśnych grubasów, z tłustymi rękami i nogami, nadmuchanymi i zwisającymi biustami, wręcz wylewającymi się brzuchami. Komiczna aparycja tych osobników kojarzy się z reklamowymi wizerunkami produkującej opony firmy Michelin lub może ze słynną figurką Wenus z Willendorfu z rozbudowanymi atrybutami płodności.
W rzeczywistości reżyser kpi sobie w ten sposób z obscenicznego wyglądu pożerających nieprawdopodobne ilości jedzenia i pijących bez umiaru „panów” tego świata, mistrzów szaleńczej konsumpcji korzystających z niezasłużonych przywilejów. Tym samym wprowadza – przecież zgodnie z zamiarem Offenbacha – wątek polityczny. Ciekawe, że ci wszyscy bogowie bardzo chętnie opuszczają Olimp, aby z pośpiechem udać się do oferującego im znacznie atrakcyjniejsze rozrywki świata podziemnego.

A ten z kolei jest dzięki wyobraźni reżysera Teda Huffmana zaludniony człekopodobnymi istotami – pomiędzy którymi dostrzegamy między innymi różnego rodzaju płazy, ptaki i skorupiaki, żaby, indyki – tworzące zaangażowany w akcję chór. Nie brakuje tu też przyjmującego postać niedźwiedzia Johna Styxa, czyli byłego króla Beocji zdeklasowanego do roli piekielnego kamerdynera, oraz towarzyszących Plutonowi trzech psów-cerberów, które oprócz strzeżenia wejścia do świata zmarłych wspierają niecne działania swego pana.

Wszyscy oni są wyposażeni w barwne i cieszące oko stroje, wszyscy też poruszają się w tworzących swoistą choreografię układach (ustawionych przez Yarę Travieso). W połączeniu z pomysłową grą aktorską i niezwykle dynamicznym, a czasem wręcz żywiołowym, prowadzeniem akcji powstaje porywające i tryskające przednim humorem widowisko. Każda z ról jest doskonale charakteryzowana w zakresie wokalnym, co zawdzięczamy młodemu, świetnie wyszkolonemu i zdradzającemu nieprzeciętną vis comica zespołowi wykonawców. Co ważne, czuje się, że jego członkowie stanowią idealnie zgraną i doskonale się ze sobą czującą grupę przyjaciół, toteż nic dziwnego, iż ich entuzjazm i radość udzielają się zachwyconym widzom.
Franck Leguérinel daje prawdziwy popis najwyższej klasy gry scenicznej, a świetne brzmienie jego nasyconego barytonu idzie o lepsze z bezbłędną dykcją, co w przypadku opery, w której tekst odgrywa tak ważną rolę, ma trudne do przecenienia znaczenie. Mathias Vidal w roli Plutona wznieca wśród publiczności salwy śmiechu, a zarazem podziw dla niezwykłych umiejętności swobodnego poruszania się w górze skali lekko prowadzonego tenorowego głosu.

W rolach tytułowych idealnie ze sobą współpracują sopranistka Sarah Aristidou oraz tenor Sébastien Droy, zaś nad całym towarzystwem czuwa groźnie wymachująca szczotką mezzosopranistka Doris Lamprecht, wcielająca się w Opinię Publiczną. Niemałą satysfakcję sprawia słuchanie młodych przedstawicieli francuskiej wokalistyki w osobach sopranistek Jennifer Courcier (Kupidyn), Anaïs Constans (Diana), Mathilde Nicolaus (Minerwa), mezzosopranistek Lucie Roche (Wenus) i Edwige Bourdy (Junona) oraz barytona Marca Mauillona (Merkury). Nie ma w tej obsadzie słabych, czy choćby wzbudzających najmniejsze wątpliwości czy zastrzeżenia ogniw.

Stojący na czele tej licznej obsady i Orchestre National des Pays de La Loire dyrygent Laurent Campellone nadaje wykonaniu radosną energię, rytmiczny puls i tak ważną w tym przypadku lekkość, wydobywając jednocześnie z partytury Offenbacha smakowite szczegóły i niuanse oraz współgrające z akcją barwy muzyczne. Jednym słowem dyrektor Angers Nantes Opera Jean-Paul Davois sprawił tą produkcją swojej wiernej publiczności wyjątkową przyjemność, za którą ta ostatnia podziękowała jemu i całemu zespołowi wykonawców entuzjastycznymi owacjami.
Leszek Bernat