Tryptyk baletowy przygotowany na rocznice urodzin i działalności artystycznej Krzysztofa Pastora zapowiadał się okazale i tak też wypadł. Pomysł zakładał, że kierowany przez niego zespół Polskiego Baletu Narodowego pokaże swe kompetencje we wszystkich głównych stylach tanecznych, w klasyce, neoklasyce i modern. Z pewnością przygotowanie do tej prezentacji nie było łatwe, zespół pracował z trzema różnymi choreografami, a każdy miał trochę inne wymagania.

To wymagało ogromnej dyscypliny, wysiłku ciała i pamięci. Najbardziej sztywno wypadły Sylfidy, bo to baletowy zabytek, tutaj występujący pod nazwą Chopiniana. Muzyka naszego fortepianowego wieszcza zinstrumentowana przez rosyjskich twórców XIX wieku, w tym Głazunowa, brzmi w sumie dosyć dziwnie, zaś układ taneczny Michaiła Fokina stwarza dla wszystkich konieczność dopasowania się do obowiązującego kanonu. Jeden mężczyzna, dwie, a w Warszawie trzy solistki oraz zespół 16 tancerek, które tworzą ruchome tło mające charakter zmiennej dekoracji.
Wszystko zaczyna się od jakże popularnego w XIX wieku „żywego obrazu”- nieruchomej kompozycji złożonej z symetrycznie upozowanych tancerzy, oczywiście w centralnym punkcie z męskim przedstawicielem gatunku, a całość tej „sceny” złożonej z 6 postaci otoczona jest wianuszkiem identycznie ubranych na biało „sylfid” czyli leśno-jeziorowych duszków ze skrzydełkami. Takim samym obrazem spektakl się kończy, balet zastyga w sztucznie narzuconej pozie, co przypomina niezbyt gustowne pamiątki z porcelany. Siedzący za mną w teatrze mężczyzna w pewnym momencie zaśmiał się i zaraz umilkł zganiony przez partnerkę.

Z nadawanych przez Polskie Radio reportaży z przygotowań do premiery dowiedzieliśmy się, że Chopiniana to trudny orzech do zgryzienia, bo wymagający nieustannego naprężenia mięśni, zaś sam taniec powinien sprawiać jak na ironię wrażenie sennego płynięcia postaci po powierzchni niby jeziora, całkiem lekkiego i swobodnego. Tancerki ciągle na puentach drobią więc nóżkami by się powoli posuwać po scenie, a my patrzymy, jak im to wychodzi. Otóż w Polskim Balecie Narodowym jest jedna solistka, która jest w stanie płynnie wykonać te wszystkie ewolucje. To Japonka Yuka Ebihara. Partnerował jej sumiennie Pierwszy Tancerz Maksim Woitiul.
Odpowiedzialny za rekonstrukcję Fokinowskiej składanki – podczas prapremiery wyciągnięto z magazynów Teatru Maryjskiego w Petersburgu dekoracje z kilku innych widowisk – rosyjski choreograf Alexei Fadeyechev pochwalił zespół PBN mówiąc, że było „prawie” dobrze.

Drugi element tryptyku – Bolero – przygotował szef zespołu Krzysztof Pastor. Było to autentyczne wydarzenie pod każdym względem, choć też częściowo przeniesione z Amsterdamu z 2012 roku. Muzyka Ravela jakby stworzona do tańca, z umiejętnie stopniowanym napięciem i kończąca ten słynny poemat wybuchem energii, została w sposób twórczy, mechanistyczno-geometryczny rozpracowana przez choreografa. Doskonałe było samo wykonanie orkiestrowe dzieła pod batutą Marcina Nałęcz-Niesiołowskiego, nowego dyrektora Opery Wrocławskiej. Kapelmistrz jednocześnie bardzo inteligentnie dopasowywał tempo poszczególnych fraz do rytmu figur realizowanych przez tancerzy. Czołowa para – Chinara Alizade i Paweł Koncewoj uzupełniana przez posiłkowych solistów oraz traktowany jak jedna maszyna zespół wykonali zamysł Pastora w sposób dynamiczny, perfekcyjny. Nie ma powodu dokładać do tego wspaniałego układu jakichś historii i fabuł. Nie chodziło tutaj ani o opowieść miłosną ani o inny dramat, dramat wzięty z literatury, ruchy artystów nie miały sugerować żadnych ludzkich czynności.
Choreografa interesował wyłącznie żywioł tańca, który narasta i prowadzi do imponującego choć całkiem abstrakcyjnego finału, a jest wspomagany umiejętnie zbudowaną oprawą kolorystyczną, która z żółtości powoli przechodzi w czerwień, a nawet purpurę. Brawo Ravel, Brawo Pastor i jego idea czystej formy tańca.

Trzeci odcinek wieczoru był znów składanką przygotowaną dla londyńskiego Royal Ballet w 2006 roku przez Wayne’a McGregora do muzyki kilku autorów zaaranżowanej na orkiestrę symfoniczną przez Joby Talbota. Rytmiczne przetworzenia trójdźwięków harmonicznych, miejscami przypominające Leonarda Bernsteina, nie były żadnym muzycznym odkryciem, w spektaklu istotne były natomiast dwie rzeczy, zgodne z tytułem Chroma zmiany koloru tła inicjowane światłami (odpowiedzialna Lucy Carter) oraz ciekawe, wyraźnie modernistyczne układy taneczne. Tutaj szybkość wykonywania poszczególnych ewolucji była jednym ze środków artystycznego wyrazu. Osobnym ważnym atutem spektaklu była ujęta w duży biały prostokąt scenografia Johna Pawsona. Jak trudne to było przedsięwzięcie świadczyła liczba różnych asystentów i współpracowników odpowiedzialnych za realizację tego dosyć nowoczesnego, ale jednak historycznego, bo liczącego już 10 lat przedstawienia. Mało trafne wydawały mi się tylko typowo uniseksowe kostiumy zaprojektowane przez Moritza Junge, a zwłaszcza różowa damska koszulka na ramiączkach głównego solisty. Jednak Chroma to był również przedstawiciel idei czystej formy, bez żadnych asocjacji i odniesień do realiów życia ludzkiego, co zresztą stanowi coraz częstsze zmartwienie humanistów. Niech się martwią, a my mogliśmy sobie obejrzeć czysty taniec.
Joanna Tumiłowicz