Otwarcie sezonu operowego nowojorskiej Metropolitan Opera w Warszawskim kinie Praha miało cechy żywego spektaklu, bo poproszono nawet o wyłączenie telefonów komórkowych, nie robienie zdjęć i nie nagrywanie przedstawienia. Ci, którzy byli na warszawskiej „odsłonie" Tristana i Izoldy w Operze Narodowej mieli okazję do porównań, a także przyjrzenia się z bliska szczegółom inscenizacji, co w teatrze jest trudne do wyłowienia bez lornetki.

Przyznać trzeba, że realizacja transmisji od strony technicznej i artystycznej była perfekcyjna. Kamery trafiały bezbłędnie tam, gdzie trzeba, gdzie się coś ważnego działo z muzycznego i dramatycznego punktu widzenia. A działo się sporo, zważywszy na czas trwania transmisji, 18.00-23.10, z przerwami wypełnionymi wywiadami i reportażami.
Głównym bohaterem widowiska był dyrygent Sir Simon Rattle, dla którego prowadzenie opery Wagnera było nie tylko popisowym zadaniem technicznym, ale przed wszystkim kreacją artystyczną, wywołaniem emocji zapisanych w muzyce i pobudzenie doskonałego zespołu artystów MET do stworzenia atmosfery mrocznego dramatu psychologicznego. Słuchanie duetu miłosnego Tristana i Izoldy, czy finałowej miłosnej śmierci Izoldy, to były kluczowe „dania" wspaniałej uczty.

O śpiewakach kreujących partie solowe można się wyrażać wyłącznie z podziwem. Najtrudniejszą rolę miał tutaj Stuart Skelton jako Tristan, który w pierwszym akcie miewał niewielkie zawahania, ale w miarę rozwoju akcji jego głos wciąż piękny i mocny okrzepł intonacyjnie. Nina Stemme w roli Izoldy nie miała nawet chwili słabości, podobnie jak Ekaterina Gubanova jako Brangäne. Doskonałą głosowo i aktorsko kreację stworzył bas René Pape, jako Król Marek.
Wypada też wymienić świetnego wykonawcę roli Gorwenala – Evgeny Nikitina. Co do inscenizacji Mariusza Trelińskiego – dokonał on w przedstawieniu nowojorskim kilku korekt w stosunku do wcześniejszej „wersji warszawskiej". Przede wszystkim skasował ceremonię pogrzebową Tristana w stylu armii amerykańskiej, co wyszło spektaklowi na dobre, chociaż nie ustrzegło teatralnej narracji od kilku niedorzeczności.

Po drugie dodał nieco ciepła i elementów zbliżenia w spotkaniu kochanków na mostku kapitańskim okrętu, bo w wersji warszawskiej spotkanie to było zdecydowanie zbyt chłodne. Transmisja satelitarna wypunktowała dwa teatralne rekwizyty, które pojawiają się w spektaklu jako lajtmotyw: pistolet, co było nachalne i prostacko nawiązujące do filmów klasy B, oraz zapalniczkę, która miała bardziej znaczenie symboliczne i poetyckie. Niestety reżyserowi zabrakło pomysłów jak rozwiązać kwestię samobójstwa Izoldy (przez podcięcie żył).
Zrobiła to ona zdecydowanie za wcześnie, bo krwawiąca musiała jeszcze długo śpiewać, przyjmować gości, którzy formalnie przybyli, by ją ratować, ale mimo wyposażenia sceny we współczesną aparaturę medyczną, m.in. kroplówki, spokojnie wyszli z pomieszczenia, zamknęli za sobą drzwi i nie wezwali pomocy lekarskiej.

Są to jednak szczegóły, które nie dyskredytują całościowej wizji artystycznej przedstawienia, którego mocną stroną jest scenografia Borisa Kudlički, doskonałe i świetnie wpasowane w muzykę projekcje wideo Bartka Maciasa, i dosyć kontrowersyjne, „zwyczajne" kostiumy Marka Adamskiego. O ile od strony mundurowej są to wdzianka dosyć eleganckie, zwłaszcza Króla Marka, to paniom poskąpiono ładnych kreacji (vide: płaszcz Izoldy w I akcie), a zupełnym „odpałem" jest ułożenie Tristana na szpitalnym łóżku w bluzie od munduru.
Doniesienia z premiery wspominały o chłodnym i niechętnym przyjęciu reżysera przez publiczność i niektórych recenzentów. W transmisji spektaklu 8 października niewielkie buczenia odezwały się po II akcie, natomiast na finał publiczność zgotowało wykonawcom gorącą, stojącą owację. A więc sukces – także polskich realizatorów.
Joanna Tumiłowicz