Przegląd nowości

40. Innsbrucker Festwochen Der Alten Music

Opublikowano: sobota, 03, wrzesień 2016 15:20

Położone w dolinie rzeki Inn austriackie miasto Innsbruck, stolica kraju związkowego Tyrol, kojarzy się powszechnie z zawodami sportowymi. Nic w tym dziwnego skoro dwukrotnie było ono organizatorem zimowych igrzysk olimpijskich (w latach 1964 i 1976), a także mistrzostw świata w narciarstwie klasycznym (1933).

Innsbruck 1

Innsbruck był też jednym z miast organizującym Euro 2008. Warto wszakże podkreślić, że w tym liczącym ponad sto dwadzieścia tysięcy mieszkańców ośrodku o zdecydowanie studenckim charakterze, szczycącym się doskonale zachowanym średniowiecznym układem urbanistycznym i licznymi zabytkami, przykuwa uwagę dynamicznie się rozwijające życie muzyczne. Sprzyjają temu dysponujące doskonałą akustyką sale wspomnianych obiektów historycznych oraz zaangażowanie wspierających tę formę sztuki władz lokalnych.


Niewątpliwie to właśnie dlatego, po wielu latach sporadycznego organizowania w zamku Ambras różnego typu koncertów, w roku 1976 powołano w Innsbrucku z inicjatywy brytyjskiego dyrygenta Howarda Armana Festiwal Muzyki Dawnej (Innsbrucker Festwochen der Alten Music). Od roku 2010 jego dyrektorem artystycznym jest włoski dyrygent Alessandro De Marchi, który zastąpił na tym stanowisku René Jacobsa. Dzięki niemu przyjeżdżająca tutaj każdego roku z różnych stron publiczność ma okazję od połowy lipca do końca sierpnia odkrywać starannie przygotowany program, którego istotną część stanowią pozycje mało znane lub utwory dopiero wydobywane z czeluści zapomnienia. Na czterdziestą rocznicę istnienia rzeczonego festiwalu De Marchi postanowił nawiązać do obejmującego trzysta lat historii muzyki - od szesnastego do osiemnastego wieku - repertuaru z pierwszej edycji manifestacji, wzbogacając go o fascynujące kreacje operowe. Ponadto zaprosił do występu René Jacobsa, który przed czterdziestoma laty był bohaterem inauguracyjnego koncertu festiwalu.

Innsbruck 2

Centralnym miejscem goszczącym przedstawienia operowe i koncerty jest zabytkowy, bo pochodzący z siedemnastego wieku, Tiroler Landestheater, wznoszący się na tle przepięknie otaczających całe miasto Alp. To w tym teatrze miałem możliwość obejrzeć świetną realizację wciąż jeszcze zbyt rzadko wystawianej - zwłaszcza w kompletnej wersji - dwuaktowej dramma giocoso Domenico Cimarosy Il matrimonio segreto (Potajemne małżeństwo), wykreowanej w wiedeńskim Burgtheater w 1792 roku. Legenda mówi, że obecnemu na widowni cesarzowi Leopoldowi II nie dość było trzech godzin przedstawienia, w związku z czym zażądał on natychmiastowego powtórzenia spektaklu, do czego podobno doszło dopiero na drugim przedstawieniu. De Marchi zaproponował zatem festiwalowym gościom kompletną wersję (okrojoną jedynie o jedną arię tenorową) tego powstałego zaledwie parę miesięcy po śmierci Mozarta dzieła. Zostało ono nam zaprezentowane w subtelnej reżyserii Renauda Douceta, w scenografii i z kostiumami André Barbe’a, których walory skutecznie wydobywało oświetlenie Ralpha Koppa. Zabawna historia opery opowiada o komicznych perypetiach Karoliny i Paolino, którzy pobrali się w tajemnicy i nie mogą z tego powodu skonsumować ich małżeństwa, gdyż groziłoby to ujawnieniem zawartego związku. Wokół dwójki zakochanych krążą barwne postaci pochodzące z gatunku commedia dell’arte: Geronimo – ojciec Karoliny, bogaty i chciwy kupiec, hrabia Robinson – angielski konkurent, figlarna i zazdrosna Elisetta – starsza siostra Karoliny czy siostra Geronimo czyli ciotka Fidalma – bogata wdowa również wzdychająca do młodego Paolino. Wszyscy protagoniści kłócą się, przekrzykują i wyśmiewają w ariach, duetach i ansamblach o porywającej dynamice, ale nie pozbawionych też poetyckich akcentów. Ich zachowania reżyser skojarzył z atmosferą kurnika i to właśnie siedzibę najróżniejszego ptactwa domowego (kogutów, kur, kurczaków, perliczek…) odtworzył na scenie, oczywiście przebierając solistów za przedstawicieli ptasiego gatunku. Zaś ich z polotem poprowadzone działania aktorskie umieścił na tle scenografii przypominającej estetykę czarno-białych komiksów.


Podkreślić należy, że cały ten oryginalny wystrój plastyczny imponuje artystycznym smakiem i taktem, nigdy nie popadając w pustą bufonadę czy tak często irytującą w teatrach wulgarność. Przeciwnie, świadczy on o niezwykłym wyczuciu i uważnym wsłuchiwaniu się reżysera w muzykę.

Innsbruck 3

W bezbłędnie dobranej obsadzie wykonawczej dominowały basy Donato Di Stefano w roli Geronimo i śpiewającego partię hrabiego Robinsona Renato Girolami, którzy wywierali duże wrażenie w równej mierze idealnym frazowaniem, gęstą barwą głosu, co nieprzeciętną muzykalnością. Nie zawiodły też sopranistka Giulia Semenzato kreująca postać Karoliny i mezzosopranistka Klara Eck w roli jej siostry Elisetty. Obsadzona pierwotnie w partii Fidalmy Vesselina Kasarova musiała zostać w ostatniej chwili zastąpiona przez Ariannę Vendittelli, która pokonywała swe arie w iście mozartowskim stylu.


Jedynie Jesús Alvarez w roli Paolino nieco rozczarował matowym brzmieniem nie zawsze idealnie prowadzonego tenora, co podobno było skutkiem czasowej niedyspozycji tego skądinąd ciekawego artysty. Triumfatorem wieczoru był jednak stojący na czele swego zespołu Academia Montis Regalis Alessandro De Marchi, który interpretując dzieło Cimarosy dał fantastyczną lekcję teatru muzycznego, wyrafinowania dźwiękowego, niuansowania barw i zjawiskowej artykulacji, wyczucia rytmu i kontrastów, umiejętności szlachetnego przeplatania humoru z poezją.

Innsbruck 4

Drugim najważniejszym wydarzeniem tegorocznej edycji festiwalu była światowa kreacja opery Pietro Antonio Cestiego (1623-1669) Le nozze in sogno (Ślub we śnie), której partytura została odkryta w zbiorach paryskiej Biblioteki Narodowej i dopiero niedawno przypisana temu kompozytorowi.

Innsbruck 5

Wydaje się, że nareszcie jego dzieła powracają na sceny teatrów operowych, o czym świadczy wystawienie Orontei (trzyaktowej dramma musicale) podczas zeszłorocznego festiwalu w Budapeszcie. Wprawdzie niewiele wiemy o życiu Cestiego, ale z licznych świadectw można się dowiedzieć, iż to właśnie w Innsbrucku spędził najowocniejsze lata swojej kariery. Dlatego też Alessandro De Marchi postanowił uczcić czterdziestolecie prowadzonej przezeń manifestacji wskrzeszeniem wspomnianej Le nozze in sogno, którą z niebytu wydobył amerykański muzyk i muzykolog Alan Curtis, wspierany przez muzykologów Nicolę Michelassiego i Salomé Vueltę Garcię z Uniwersytetu we Florencji. To Curtis miał prowadzić tegoroczne przedstawienia, ale jego nagła śmierć w zeszłym roku spowodowała, iż za pulpitem dyrygenckim zastąpił go włoski kapelmistrz Enrico Onofri.


Zresztą w związku z opisanymi okolicznościami całe przedsięwzięcie zostało w naturalnym odruchu poświęcone pamięci Curtisa. Pod względem muzycznym rzeczona realizacja dostarczyła wielu pozytywnych wrażeń. Przede wszystkim Onofri, prowadzący od klawesynu Ensemble Innsbruck Barock (trzynastu muzyków pochodzących z Uniwersytetu w Salzburgu), potrafił wydobyć z partytury Cestiego szeroki wachlarz efektów dźwiękowych i atmosfer, od komizmu do akcentów patetycznych, od parodii do fantastyki. Wykazał też dogłębną znajomość barokowej retoryki. Obsada solistów składała się w większości z laureatów zeszłorocznej edycji rozgrywającego się w ramach Innsbrucker Festwochen der Alten Music Konkursu Wokalnego imienia Cestiego (to jeszcze jeden sposób na uhonorowanie tego związanego z historią miasta kompozytora). Szczery entuzjazm wywołał występ włoskiej sopranistki Arianny Venditteli (Lucinda) demonstrującej ujmującą sztukę swobodnego i niezwykle plastycznego frazowania. Obok niej palmę pierwszeństwa zdobyli wenezuelski kontratenor Rodrigo Sosa Dal Pozzo, śpiewający z dużą wrażliwością rolę Flammira, oraz kreujący postać Leilo Bradley Smith. Podobać się też mogli sprawni wokalnie i aktorsko Yulia Sokolik (Emilia), Rocco Cavaluzzi (Pancrazio), Ludwig Obst (Fronzo), Konstantin Derri (Scorbio), Francisco Fernández-Rueda (Filandra) czy Jeffrey Francis (Teodoro/Mose).

Innsbruck 6

Libretto Le nozze in sogno, autorstwa Pietro Susiniego, jest w dużej mierze „przegadane” i to niezależnie od wymuszających szybki rytm akcji „numerów”. Niemniej cechuje go duże zróżnicowanie sytuacyjne i gatunkowe, a także zdecydowanie humorystyczne zacięcie. Rozgrywająca się we włoskim Livorno akcja jest wyjątkowo skomplikowana i zagmatwana, a jej głównym wątkiem jest popularny w tamtych czasach temat perypetii miłosno-małżeńskich. W zakresie inscenizacyjnym z dziełem Cestiego dość nieudolnie próbował sobie poradzić reżyser Alessio Pizzech, którego zadanie było dodatkowo utrudnione tym, że przedstawienie zostało pokazane na dziedzińcu tutejszego Uniwersytetu. Interesującym pomysłem okazało się przeniesienie akcji opery w bliższe nam czasy i rozgrywanie jej w scenografii (Davide Amadei) przypominającej port handlowy. Trudno natomiast było zaakceptować ograniczenie akcji scenicznej do niewybrednych gagów o niejednokrotnie seksualnej konotacji, frenetycznych gestów, dziwacznej mimiki i męczącej nadpobudliwości wszystkich wykonawców. To dlatego, pomimo na siłę wprowadzanych przez reżysera „atrakcji” (na przykład wypuszczanie w powietrze baloników), spektakl czasami się nieznośnie dłużył. Wielka to szkoda, bo odkrywanie nieznanego dzieła na tak prestiżowym festiwalu zasługiwało na lepsze traktowanie pod względem inscenizacyjnym. Poza opisanymi realizacjami operowymi miałem jeszcze okazję uczestniczyć w uroczystym koncercie, jaki Alessandro De Marchi poprowadził w przepięknym, będącym siedzibą najstarszej w Europie szkoły chóralnej kościele Stiftskirche Wilten.


W programie owego poświęconego pamięci Nikolausa Harnoncourta koncertu znalazły się Vesperae solennes de Confessore KV 339 i Msza Koronacyjna C-Dur Mozarta. Pomimo dość trudnych warunków akustycznych stojący na czele Academii Montis Regalis De Marchi oraz kwartet solistów (Christina Gansch, Emilie Renard, Rupert Charlesworth i Marcell Bakonyi) potrafili wykreować podniosłą, uduchowioną i pełną skupienia atmosferę, która głęboko poruszyła licznie wypełniających nawę słuchaczy.

Innsbruck 7

Zgoła odmienną atmosferę miał występ dziesięcioosobowej grupy z Bergen, działającej pod wymowną nazwą The Early Joke Barokksolistene. Zaproponowała ona w sali Tiroler Landestheater szaleńczy wieczór zaprogramowany wokół siedemnasto - i osiemnastowiecznej muzyki, tzw. poważnej i popularnej, czerpiącej ze źródeł weneckich, lipskich, nowojorskich i londyńskich.

Innsbruck 8

Pod wodzą skrzypka Bjarte Eikego zabrzmiały porywające dynamizmem, jazzowymi i kabaretowymi rytmami oraz często potężnym wolumenem komiczne parodie utworów Mainerio, Falconieriego, Vivaldiego, Telemanna, P. D. Q. Bacha (czyli w rzeczywistości Petera Schickelego), Purcella, a także tradycyjnej muzyki Anglii, Szkocji, Irlandii czy Skandynawii. Mieliśmy tu do czynienia z porywającym i przesiąkniętym autoironią seansem muzycznym, który oburzył nadętych purystów (na przerwie opuścili oni salę), a pozostałą część widowni wprawił w entuzjastyczny zachwyt. Po raz kolejny okazało się, że muzyka dawna potrafi też kreować radosne i pełne swobody klimaty. 

                                                                                       Leszek Bernat