Gdański Teatr Szekspirowski może zadziwić każdego mieszkańca Trójmiasta i turystę. Jest to bowiem pomyślana z ogromnym rozmachem instytucja kultury, wszechstronne centrum artystyczno-edukacyjne.

Główny projektant Renato Rizzi przewidział tu prócz różnorodnych akcji teatralnych także działania muzyczne, wystawiennicze, festiwalowe, konferencyjne, kulinarne czy np. spacerowo-turystyczne, bo można za darmo wspiąć się na 6-metrowy mur i popatrzeć na Stare Miasto. Jednak nazwa – Teatr Szekspirowski – zobowiązuje.
Pierwszą własną produkcją była tutaj przed rokiem komedia Szekspira Wesołe Kumoszki z Windsoru, która obecnie doczekała się 50. przedstawienia. Temat znany dobrze publiczności operowej, bo Giuseppe Verdi i Otto Nicolai dodali do tej zabawnej historii swoją muzykę, w oryginale, choć ze współczesnym tłumaczeniem Stanisława Barańczaka, jest pieprzną i jarmarczną farsą oddającą ducha elżbietańskiej Anglii.

Publiczność wciągana przez aktorów do akcji jak w teatrze ulicznym, nie ma czasu na reakcję obronną, rzecz dzieje się w zawrotnym tempie, choć całość trwa prawie trzy godziny. Szekspir pisał długie teksty, które współcześni reżyserzy tną wedle własnych upodobań.
Ile „uciął" reżyser Paweł Aigner? Chyba niewiele. Scenę zaludnia ponad 20 aktorów, a niektórzy z nich muszą zagrać kilka postaci. Są wśród nich artyści znani z Teatru Wybrzeże, są też gościnnie zaproszeni z Łodzi i Wrocławia. Odwróceniem genderowej maniery teatru z czasów Szekspira jest świetna rola męska chimerycznego szlachcica Mizerka kreowana przez Dorotę Androsz.

Spektakl wzbogaca stylizowana na średniowieczną śpiewana muzyka Piotra Klimka, a dodatkowo dwa bębny tworzą nastrój i rytm poszczególnych scen – to też archaiczny element teatru jarmarcznego. Scenografia Magdaleny Gajewskiej jest w większości umowna, wszystko dzieje się na deskach podium i na wybiegu. Rekwizyty są dwa – nieśmiertelny kosz na bieliznę, w którym służba wynosi Falstaffa – Grzegorza Gzyla oraz miecze, którymi dosyć chwacko wywijają bohaterowie spektaklu. Natomiast kostiumy Zofii de Inez sprawiają wrażenie przerysowanych z podręczników mody elżbietańskiej.

Wesołe kumoszki z Windsoru grane są na tradycyjnie zaaranżowanej scenie typu elżbietańskiego, gdzie główna masa publiczności stoi na parterze, a na galeriach rozsiadają się osoby, które stać na droższe bilety. W kolekcji możliwości scenicznych są jeszcze wersje klasycznego włoskiego teatru tzw. pudełkowego i sceny ustawionej centralnie, jak arena cyrkowa. Przedstawienia mogą się też odbywać w innych miejscach zabudowanej murem przestrzeni stanowiącej swoiste miasto w mieście.
Z zewnątrz teatr wygląda jak ogromny czarny bunkier – do jego postawienia użyto ponad milion tradycyjną metodą wypalanych cegieł, w środku jest to jasnokremowo pomalowane wnętrze z różnymi, choć raczej skromnymi ciekawostkami architektonicznymi.

Najbardziej wyrafinowaną i niezwykle praktyczną w naszym klimacie, jest przypominający most zwodzony podnoszony dach sceny głównej. Wystarczą trzy minuty, aby wpuścić do teatru naturalne światło słoneczne. I to również zostało wykorzystane w pierwszej części przedstawienia Wesołe kumoszki z Windsoru.
Joanna Tumiłowicz