W swojej „Historii opery” René Leibowitz napisał, że Carmen Bizeta symbolizuje i ogniskuje w sobie to wszystko, co w sztuce lirycznej jest najbardziej prestiżowe i udane, a zarazem banalne, być może nawet trywialne i wulgarne.

Francuski dyrygent, teoretyk i pedagog dodaje jeszcze, że mamy tu do czynienia z arcydziełem, które jest zdolne obudzić w nas najbardziej skrajne i niespójne wspomnienia i emocje, gdyż ono samo jest zbudowane z rozmaitych, czasem pozornie sprzecznych elementów. Dlatego też tak łatwo podlega najprzeróżniejszym interpretacjom i wykonaniom, które równie dobrze mogą ujawnić zalety, jak i słabości dzieła. Banałem jest już stwierdzenie, że Carmen należy do najbardziej popularnych oper na świecie i że bije wszelkie rekordy ilości często kontrowersyjnych adaptacji, imitacji, pastiszy oraz oczywiście ilości przedstawień.
W ten sposób w świadomości ogółu Bizet stał się autorem jednego arcydzieła, podczas gdy w rzeczywistości napisał ich dziesięć, że wspomnę tylko o Poławiaczach pereł, Pięknym dziewczęciu z Perth czy Djamileh. Kompozytor nie dożył zresztą czasów, kiedy piękna, dumna i wolna jak ptak Cyganka podbiła sceny wszystkich teatrów świata. Ich stali bywalcy doskonale wiedzą, że siła Carmen polega również i na tym, że dzieło to jest w stanie przetrzymać nawet najbardziej absurdalne i ekstrawaganckie traktowanie.

Zanurzano je już na przykład w kontekstach historycznych, ludowych, heroiczno-politycznych, feministycznych, integrystycznych i wielu innych. Nie to jednak jest najgorsze, bo wśród tych propozycji mogą się przecież znaleźć prawdziwe inscenizacyjne perły. Do katastrofy dochodzi wówczas, kiedy Carmen – podobnie jak inne dzieła – staje się zwykłym lub bardziej luksusowym produktem masowej konsumpcji, to znaczy nie obiektem refleksji, lecz handlu.

Spektakl operowy przypomina wówczas taśmę montażową, na której łączy się ze sobą dobierane wprawdzie według kryterium jakości, ale przecież kompletnie od siebie oderwane elementy: znanych solistów, atrakcyjne dekoracje, porządną orkiestrę, „medialnego” dyrygenta. Przy takim wyłącznie marketingowym podejściu teatr operowy może się zamienić w wypełnioną dźwiękami, ale pozbawioną prób szukania znaczeń i sensów przestrzeń. I właśnie dlatego, że już wielokrotnie oglądałem Carmen pokazaną jedynie jako ładnie zapakowany produkt handlowy, zrobiłem sobie dłuższą przerwę w chodzeniu na jej kolejne inscenizacje.
Jeśli tym razem dokonałem wyjątku i pojechałem do Opery w Awinionie, aby obejrzeć kolejną realizację dzieła Bizeta, to uczyniłem to jedynie ze względu na kreującą tytułową rolę Karine Deshayes.

Miałem już niejednokrotnie okazję pisać w tym miejscu o tej znajdującej się obecnie u szczytu swoich wokalnych możliwości artystce, która i tym razem całkowicie podbiła szczelnie wypełniającą widownię publiczność. Francuska mezzosopranistka urzeka wyrównaną we wszystkich rejestrach barwą świetnie prowadzonego głosu, nieprzeciętną umiejętnością rozkładania akcentów i dynamicznych niuansów, fascynującym dialogowaniem z towarzyszącymi jej instrumentami.

Ciepły i doskonale brzmiący dół skali, mocna średnica i z zadziwiającą łatwością brana góra w połączeniu z mistrzostwem nadawania każdemu śpiewanemu słowu odpowiedniego znaczenia i kolorytu składają się na sztukę wokalną najwyższych lotów. Tym razem Karine Deshayes miała za partnera Floriana Laconi, który w partii kaprala Don Joségo nie do końca stanął na wysokości zadania. Już w pierwszym akcie grzeszył - szczególnie w lirycznych fragmentach – wątpliwej jakości intonacją i ułomną emisją. Z czasem jego zdecydowanie rozgrzewający się głos brzmiał coraz lepiej, choć niekiedy wyciskana góra wywoływała w odbiorze pewien dyskomfort. W zamian Laconi rewanżował się niebywałym zaangażowaniem scenicznym, które w finale wyzwoliło u odbiorców szczere wzruszenie.
Niespodziewanym odkryciem było dla mnie słuchanie młodego Christiana Helmera, który w roli Escamilla zachwycał ładnie nasyconym barytonem i szlachetnością gry scenicznej. Nie zawiodła też pięknie prowadząca frazę Ludivine Gombert jako Micaëla oraz tworzące perfekcyjnie zgraną parę Clémence Tilquin (Frasquita) i Albane Carrère (Mercedes).

Poza tym oprócz mało przekonującego, zarówno wokalnie, jak i aktorsko, Philippe’a-Nicolasa Martina w partii Moralesa, obsadę z powodzeniem dopełniali Thomas Daer (Zuniga), Philippe Ermetier (Dancairo) i Raphaël Brémard (Remendado). Bez zarzutu prezentował się miejscowy chór oraz śpiewający z dużym przejęciem oraz imponującą precyzją zespół dziecięcy. Nad całością wykonania czuwał utrzymujący świetny kontakt z orkiestrą i sceną francuski dyrygent Laurent Campellone, którego talent w wydobywaniu barw instrumentalnych, harmonicznych pomysłów i wszelkich smakowitych szczegółów partytury zasługuje na najwyższe uznanie.

Warstwa inscenizacyjna Louisa Désiré – którą mieli już okazję oglądać goście ostatniej edycji Festiwalu Chorégies d’Orange – zawiera ciekawe idee, ale także i słabe strony. Niewątpliwie brakuje w niej starannie przemyślanej, skutecznie przeprowadzonej i będącej w stanie przykuć uwagę widza gry scenicznej, co szczególnie w operze opartej o pełne emocji i zmysłowości relacje bohaterów stanowi duży mankament.
Nie do końca też przekonuje pomysł na zabudowanie przestrzeni scenicznej. Otóż podstawową koncepcją dramaturgiczną spektaklu jest pokazanie z góry zmierzającej do tragicznego finału historii Carmen, której przeznaczenie zostaje wytyczone przez ślepy los, symbolizowany tutaj kartami do gry. Dlatego potężnej wielkości karty wypełniają nie tylko sceniczny horyzont, ale także leżą na ziemi, co sprawia solistom i chórowi spore problemy z przemieszczaniem się.

Wpływa to na brak swobody ich gry i na budowanie zbyt statycznych scen. Natomiast trzeba przyznać, że zanurzanie tej niemalże minimalistycznej scenografii w ciemnym oświetleniu jest w pełni uzasadnione, gdyż wzmaga poczucie czyhającego na słynną Cygankę zagrożenia. Ciekawym pomysłem jest wyznaczanie kolejnych przestrzeni scenicznych za pomocą wbijanych w podłogę banderillas lub zarzucenie na Carmen przez Escamiila czerwonej peleryny torreadora, której kolor zapowiada symbolicznie jej śmierć z ręki Don Joségo.

Głównym założeniem Désirégo jest też pozbawienie opery Bizeta tak często ją przytłaczającej kiczowato-folklorystycznej otoczki i rzeczywiście dobrze mu się to udaje. A że jego wizja nie jest w stanie rozpalić wyobraźni widza i całkowicie go wciągnąć w opowiadaną historię? No cóż, nie każdy może być Peterem Brookiem, którego zbudowana na kanwie rzeczonego dzieła sztuka teatralna „Tragedia Carmen” i nakręcony na jej podstawie film były trudnymi do osiągnięcia przykładami poszukiwania w pozornie doskonale znanym dziele głęboko ukrytych sensów i treści.
Leszek Bernat