Opera Krakowska po raz pierwszy w swojej powojennej historii zmierzyła się z dziełem Ryszarda Wagnera, którego wystawienie jest zawsze dużym sprawdzianem dla całego zespołu. I przyznaję zespoły Opery Krakowskiej wyszły zwycięsko z tego sprawdzianu.

Premiera Tannhäusera wystawionego 9 czerwca okazała się ważnym wydarzeniem w historii krakowskiego Teatru, który, mam nadzieję, długo utrzyma to przedstawienie w repertuarze. Nie był to jednak pierwszy Tannhäuser w Krakowie. W 1934 roku wystawiono tę operę z Adą Sari w partii Elżbiety i Kazimierzem Czarneckim jako Tannhäuserem.
„Muzykę do Tannhäusera komponowałem i pisałem w rozdzierającym, rozbujałym podnieceniu, które wprawiło mi krew i nerwy w gorączkowe wrzenie... Cała moja natura, wszystkie moje pragnienia dążyły do jednego celu: pragnienia miłości, tej najprawdziwszej, wyrosłej na gruncie najpełniejszej zmysłowości ” – napisał Wagner w liście do Gaillarda.

To dlatego zarysowany tutaj konflikt dwóch światów sprawia, że romantyczny bohater ukazany jest jako człowiek uwikłany w dramatyczny dylemat walki między podnietami ducha, a zmysłowymi rozkoszami ciała. Właśnie ta dwoistość natury ludzkiej i rozważania nad tajemnicą czystej miłości prowadzącej do wybawienia, nadają temu dziełu uniwersalne przesłanie, po które z takim upodobaniem sięgają dzisiejsi reżyserzy podczas tworzenia kolejnych inscenizacji.

Na tym też oparł swoją inscenizację Laco Adamik, który z Tannhäuserem zmierzył się po raz drugi w swojej karierze. Jego krakowska inscenizacja jest zupełnie inna niż ta sprzed piętnastu lat w Bytomiu, czy lepsza!?
Tym razem tandem: Laco Adamik – reżyseria, Barbara Kędzierska – scenografia, przenosząc akcję ze średniowiecza w czasy nam znacznie bliższe (kostiumy wskazują na lata trzydzieste XX wieku) wykreowali interesujący plastycznie i zwarty dramaturgicznie spektakl o zderzeniu dwóch zupełnie różnych światów.

Biały i zimny świat Wenus jest kontrapunktem dla szaroczarnego świata Landgrafa i jego siostry Elżbiety. Usiłuje połączyć te światy postać głównego bohatera, który przez lata przebywał w świecie Wenus, skąd wrócił do opuszczonego przez laty świata i swojej pierwszej miłości – Elżbiety.

Jednak ani tam, ani tu nie czuje się człowiekiem w pełni szczęśliwym i spełnionym. Dowodzi tego w konkursie śpiewaczym na Wartburgu, gdzie głosi pochwałę żądzy i rozkoszy, czym sprowadza na siebie gniew pozostałych uczestników turnieju, a w efekcie wygnanie po przebaczenie. Elżbieta będzie czekać, aż ukochany powróci z pielgrzymki do Rzymu, gdzie powędrował po papieskie rozgrzeszenie. Mam wrażenie, że jest to opowieść o samotności i poszukiwaniu drogi do samego siebie.
A że przy tym sięgnął Adamik po różne symbole i to nie zawsze w pełni czytelne, to już inna sprawa. Zastanawia dresiarsko-punkowy trzyosobowy orszak Wenus, krzesła białe, czarne i jedno jedyne czerwone (dla kogo!?) oraz wprowadzenie kręcącego się bez celu lokaja, którego postać u Wagnera nie występuje.

Widziałbym też większą dynamikę w scenie wejścia gości na Wartburg i rozegrania śpiewaczego turnieju. Przeszkadzało mi również wycofywanie Elżbiety na obrzeża sceny w II akcie, i to w chwilach kiedy powinna być centralną postacią.

W wyrównanej obsadzie jaką udało się skompletować Operze Krakowskiej, sukces odniosła Wioletta Chodowicz w partii Elżbiety, urzekająca miękkim prowadzeniem frazy i delikatnością kreślenia dramatu głównej bohaterki. Szczególne brawa należą się jej za dziewczęcy urok arii Dich, teure Halle otwierającej II akt oraz za wzruszająco zaśpiewaną modlitwę Allmächt’ge Jungfrau z III aktu. Równie piękną wokalnie i wyrazistą aktorsko kreację stworzyła Ewa Vesin w partii władczej bogini Wenus.
Tomasz Kuk, w roli tytułowego bohatera uwikłanego w rozterki ducha i ciała, imponował mocnym głosem i wyczuciem wagnerowskiej frazy, ale nieco raził jednostajnością emocji i ekspresji. Mimo tego może tę kreację zapisać po stronie osobistych osiągnięć artystycznych.

Mariusz Godlewski jako Wolfram von Eschenbach imponował wyrazistością każdej frazy oraz pięknym nośnym głosem o interesującej barwie. Korzystne wrażenie pozostawił kreacją wokalno-aktorską Aleksander Teliga jako Landgraf.

Tomasz Tokarczuk prowadzi całość z dużą znajomością rzeczy eksponując romantyczny rodowód tego dzieła. Muzyka pod jego batutą ujmuje wyważoną dynamiką, W kilku miejscach przydałaby się jednak większa przejrzystość i spoistość brzmienia (uwertura i I akt). Można powiedzieć: to rzetelnie zagrany Wagner. Dyrygent dba nie tylko o wyraziste kształtowanie dramaturgii i ekspresji oraz precyzję ansambli, ale również o budowanie właściwego klimatu i proporcje brzmienia co pozwala śpiewakom na w miarę naturalne prowadzenie frazy. Dla pełnego obrazu premiery z 9 czerwca należy jeszcze dołożyć dobrze przygotowane i śpiewające chóry.
Adam Czopek
P.s. Czerwiec okazał się na polskich scenach w tym roku okresem wyjątkowo dla Ryszarda Wagnera łaskawy. Najpierw koncertowe wykonanie Tristana i Izoldy przygotowane 3 (I akt)i 4 (II i III akt) czerwca, przez Jacka Kaspszyka na zakończenie sezonu Filharmonii Narodowej, które kilka dni później 7 i 8 czerwca zaprezentowano to wykonanie również w Narodowym Forum Muzyki we Wrocławiu.

W partiach tytułowych wystąpili Michael Weinius (Tristan) oraz Jennifer Wilson (Izolda). 12 czerwca Teatr Wielki – Opera Narodowa, wystawił to wielkie dzieło po 95 latach jego nieobecności na stołecznej scenie (poprzednia premiera miała miejsce 24 stycznia 1921 roku) w reżyserii Mariusza Trelińskiego. Na stołecznej scenie w głównych rolach wystąpili: Melanie Diener (Izolda) i Jay Hunter (Tristan). Między Tristana we Wrocławiu i Warszawie 9 czerwca wpisała się Opera Krakowska ze swoim Tannhäuserem. O ile dobrze pamiętam coś takiego w przypadku dzieł Ryszarda Wagnera zdarzyło się na naszych scenach pierwszy raz.