ONI z Teatru Polskiego są gorzkim proroctwem, co się stanie ze sztuką, gdy ktoś zechce nią ręcznie sterować. Na scenie kameralnej, z definicji niewielkiej rozmiarami, mamy tego przykłady, bo zastosowano tu nieszczęsne techniczne urządzenie, które tylko pozornie pomaga wysłyszeć wypowiadane słowa.

Na obecnym stadium rozwoju te malutkie mikrofony przypięte do twarzy muszą mieć jeszcze dodatkowo podłączone urządzenie nadawcze, też niewielkie, ale na tyle kłopotliwe, że aktorzy muszą je gdzieś schować. A jeśli ci aktorzy publicznie się obnażają, co dziś jest niemalże kostiumologiczną regułą, muszą zachować chociaż skrawek okrycia, i jest to tzw. dół kostiumu czyli majtki. Głupio byłoby się ich pozbyć, więc aktorzy ONYCH cierpią, ale paradują „ubrani” przed publicznością. Inną niedogodnością włączenia mikroportów jest dezorientacja publiczności.
Jeśli pojawia się dialog dwóch kobiet, to choć dobrze słyszymy słowa nie możemy się zorientować, czy w danym momencie mówi pani z lewej czy pani z prawej, co dla zrozumienia sensu intrygi ma jednak zasadnicze znaczenie. Jakie było zaskoczenie, gdy w finale przedstawienia główna postać tragifarsy Pan Kalikst Bałandaszek kreowana przez Adama Szczyszczaja odrzuca techniczną protezę głosu i przemawia w sposób naturalny. Słychać równie dobrze, w co trudno uwierzyć, tak bardzo poddaliśmy się złudzeniu, że bez mikrofonu się nie da.

Spektakl w reżyserii młodego debiutanta Oskara Sadowskiego dostarcza jeszcze kilku innych zaskoczeń. Nagranie wideo nocnej manifestacji wrocławskich narodowców odbieramy jako integralną część dialogów Witkacego, który petryfikuje tak popularny w Polsce podział na MY i ONI. Spektakl burzy złudzenia, że ONI są mocno zakonspirowani, niewidzialni i tajemniczy, kiedy widzimy i słyszymy ich zorganizowane i całkiem realne wrzaski. Takie zakończenie przedstawienia uświadomiło nam, że ci, którzy wszystko niszczą są tu i teraz i zagrażają każdemu, kto ma inne zdanie. Do kategorii złudzeń słuchowych należy też potraktowana jako absurdalny muzyczny „numer” aria Butterfly z opery Giacomo Pucciniego, którą jakoby wykonuje na scenie Hrabina Spika Tremendosa w osobie Anny Ilczuk. Oczywiście dźwięk jest podawany z urządzeń elektronicznych, a aktorka tylko dramatycznie rozkłada ręce. Nie byłoby Witkacego, bez groteskowych dodatków wizualnych. Scena udekorowana kiczowatymi czerwonymi różami współgra z plakatem wykorzystującym ten odpustowy ornament, tutaj będący dziełem autorki scenografii Karoliny Pająk. Kostiumy Pauli Grocholskiej ukazują postmodernistyczny rozgardiasz. Przesadnie uroczysta suknia z długim trenem sąsiaduje ze stylizowanym na szaty liturgiczne szlafrokiem i hełmem z Gwiezdnych Wojen. No i są jeszcze wspomniane już majtki, obowiązkowy detal techniczny.
Joanna Tumiłowicz