Powieść Antoine’a Prévosta „Historia kawalera des Grieux i Manon Lescaut”, wydana w 1731 roku, zainspirowała na przestrzeni trzydziestu siedmiu lat powstanie aż trzech oper. Najpierw powstało dzieło Daniela-François-Esprit Aubera (1856), następnie Julesa Masseneta (1884) i wreszcie Giacomo Pucciniego (1893).

O ile jednak te dwie ostatnie pozycje zajmują stałe miejsce w repertuarze lirycznym i cieszą się niezmiennie dużym powodzeniem, o tyle wykreowana w paryskiej Opéra Comique Manon Lescaut Aubera już przy okazji kreacji dość szybko znikła z afisza, a i obecnie niezmiernie rzadko pojawia się na scenie. Trzeba było czekać aż do roku 1974 na jej pierwsze nagranie płytowe, dokonane przez dyrygenta Jean-Pierre’a Marty’ego, i aż do roku 1990 żeby to dzieło powróciło do teatru swych scenicznych narodzin. Z kolei w roku 1984 próbowano je wskrzesić w Weronie, ale ostatecznie w powszechnej świadomości melomanów funkcjonuje już tylko znana „aria ze śmiechem” z pierwszego aktu.
Przyczyny takiego stanu rzeczy wydają się dość oczywiste i łatwe do zrozumienia. Przede wszystkim chodzi tutaj o efekt pracy dwóch nie najmłodszych już artystów, gdyż w momencie kreacji uznany librecista Eugène Scribe miał już sześćdziesiąt pięć lat, zaś cieszący się równie zasłużonym prestiżem kompozytor – siedemdziesiąt cztery lata.

Trzeba przyznać, że ich duet funkcjonował przez długi okres czasu w intensywnym rytmie, albowiem współpraca tych dwóch osobowości zaowocowała aż trzydziestoma ośmioma pozycjami, co na pewno bije wszelkie możliwe rekordy. Szkopuł w tym, że w przypadku omawianej opery zderzyli się oni z wyjątkowo ostrą konkurencją, ponieważ tuż przed jej kreacją wystawiono Nieszpory sycylijskie Verdiego, a Offenbach zainaugurował paryski teatr Bouffes-Parisiens operetką młodego Bizeta: Doktor Miracle.

Oznacza to, że coraz bardziej rosły wpływy włoskiego belcanta i że pojawiło się nowe pokolenie ciekawych i zdolnych kompozytorów francuskich, nie zapominając jednocześnie o wybijającym się coraz bardziej Wagnerze. Drugiej przyczyny ograniczonego powodzenia Manon Lescaut Aubera trzeba upatrywać w dziwacznie skonstruowanym i kulawym pod względem dramaturgicznym libretcie, co przysparza reżyserom wielu trudnych do rozwiązania problemów.
Scribe dokonał bowiem bardzo luźnej adaptacji powieści Prévosta, zachowując wiernie tylko dwie podstawowe cechy charakteru Manon: wierność kawalerowi Des Grieux i upodobanie do luksusu. Z kolei dwa pierwsze akty stanowią opis obyczajowości czasów Scribe’a, a nie tej z epoki autora powieści. Jeśli zaś chodzi o poszczególne postaci, to rola kawalera Des Grieux została tu znacznie ograniczona na rzecz tytułowej bohaterki.

Natomiast twórcy wprowadzili niewystępującą u Prévosta osobę Marguerite, dzielnej i uczciwej przyjaciółki Manon. Pierwszą wykonawczynią partii tej ostatniej była pochodząca z belgijskiego Liège Marie Cabel, podziwiana za lekki i zdolny do niezrównanej wirtuozerii głos. Można zatem przypuszczać, że wspomnienie tej śpiewaczki było jednym z argumentów przemawiających za tym, że dyrektor Opery w Liège Stefano Mazzonis di Pralafera zdecydował się na wystawienie opery Aubera w swoim teatrze. Należy mu się niewątpliwie uznanie za tę dość ryzykowną inicjatywę, natomiast od razu należy też powiedzieć, że sposób jej wcielenia w życie nie do końca przekonał publiczność.
Sporo wątpliwości wzbudza inscenizacja francuskiego reżysera Paul-Emile’a Fourny’ego, który zaprosił do współpracy scenografa Benoït Dugardyna i kostiumolożkę Giovanne Florentini. Otóż postanowili oni rozegrać akcję opery w jednorodnej oprawie scenograficznej, ograniczającej się do przywołania perspektywy ogromnej biblioteki uniwersyteckiej.

W trakcie uwertury odziani w anglo-saksońskie mundurki oraz wyposażeni w tornistry i laptopy studenci i studentki przychodzą tu konsultować rozmaite książki, co staje się dla nich również okazją do prowadzenia męsko-damskich gier i zaczepek. Scena ta trwa wyjątkowo długo i wraz z upływem czasu tchnie irytującą powtarzalnością i godną pożałowania monotonią.

Następnie wszystkie postaci przywdziewają atrakcyjne i urzekające z plastycznego punktu widzenia kostiumy historyczne. Na zakończenie opery w głębi sceny pojawia się ogromna księga, otwarta na stronie ukazującej mapę Luizjany, miejsce zesłania Manon, do którego podąża również kierujący się uczuciem Des Grieux. Zaś w finale jedna ze studentek wręcza pracownikowi biblioteki książkę Prévosta opowiadającą właśnie historię rzeczonej pary kochanków. Tym samym do widza zostaje wysłany sygnał informujący go o tym, że to wszystko, co widział na scenie, rozegrało się tak naprawdę w wyobraźni czytającej ten literacki tekst studentki.
Mamy tu zatem do czynienia z banalną ilustracją, która nawet nie usiłuje nawiązać jakiegoś kontaktu z zawartymi w libretcie „smaczkami”, to znaczy zabawnymi, a nieraz przesiąkniętymi ironią replikami. W dodatku nie ma tutaj żadnej próby dokonania łagodnego przejścia od lekkiego nastroju całej opery do zaskakująco dramatycznego w swej wymowie finału, podczas którego tytułowa bohaterka umiera z pragnienia.

Zaskoczeniem dla publiczności może być też obsadzenie w niektórych rolach przybyłych z zagranicy solistów, którzy niezupełnie sobie radzą z językiem francuskim. W niepozbawionej dialogowanych epizodów (i tak już niemiłosiernie przez reżysera skróconych) operze, w której tekst odgrywa istotną funkcję, takie dobranie obsady stanowi duży problem. Gwiazdą nowej produkcji miała być koreańska sopranistka Sumi Jo, wszakże jej zdominowany mechaniczną i pozbawioną ekspresji wirtuozerią występ mocno rozczarowuje.
Mistrzowskie, ale niesłużące budowaniu roli wokalizowanie w połączeniu z zupełnie niezrozumiałymi dialogami mówionymi w żaden sposób nie składają się na przekonującą postać sceniczną. Z językiem francuskim nie może sobie też poradzić holenderski baryton Wiard Witholt w partii markiza d’Hérigny, chociaż jego głosowi nie brakuje uroku i ładnego zabarwienia, a także występujący jako Gervais Belg Denzil Delaere, również czarujący nieprzeciętnymi walorami wokalnymi.

Włoch Enrico Casari w mało eksponowanej roli kawalera Des Grieux ujmuje plastycznym frazowaniem, choć rozczarowuje ograniczonym wolumenem. W tej sytuacji jedynie Roger Joakim jako Lescaut i śpiewająca partię Marguerite Sabine Conzen zachwycają precyzyjna deklamacją, idealną emisją i celnie charakteryzującą rzeczone postacie grą sceniczną.

Na szczęście pozostaje jeszcze dyrygent, który prowadząc ze znawstwem Orkiestrę i Chór Opery w Liège wydobywa z partytury Aubera energię (zwłaszcza w trzecim akcie), wdzięk i lekkość, pozwalając smyczkom oraz instrumentom dętym drewnianym na pokazanie całego zawartego w ich interwencjach muzycznego piękna. Pozostaje wszakże następujące pytanie: czy te smakowite momenty dźwiękowego uroku są w stanie zapewnić w przyszłości sukces operze, która może jednak nie bez powodu znajduje się na repertuarowym marginesie sztuki lirycznej?
Leszek Bernat