Pomysł nieco diabelski, aby miejsce akcji gorzkiej i nieco brutalnej komedii Miarka za miarkę umieścić na nieźle zrekonstruowanej przez scenografa Gintarasa Makarevičiusa sali polskiego Sejmu. Tym bardziej, że autorami inscenizacji byli niemal w całości bracia Litwini z reżyserem Oskarasem Koršunovasem na czele. Taki oto groteskowy prezent od sąsiadów miałby być dla nas pewnie morałem, może krytyką, może mało subtelnie przekazaną charakterystyką.

Bowiem nie tylko realia wizualne przypominają najbardziej reprezentacyjną część Polski, ale także tekst Szekspira bogato inkrustowany tak skrzydlatymi wypowiedziami polskich polityków, jak np. Jest pan zerem, Nie byłem sobą, Tego nie było w programie obrad, oraz wianuszkiem obraźliwych docinków, epitetów, wreszcie chóralnym skandowaniem: Hańba, hańba, hańba. Najwyraźniej autor musiał się sporo naczytać i nasłuchać naszej pożal się boże debaty politycznej i doskonale rozumie wszelkie niuanse i odcienie polskiego chamstwa słownego.

Dramat w nowym tłumaczeniu Piotra Kamińskiego jest tutaj mocno zdeformowaną opowieścią o władzy, jej agresywności i absurdach. Szekspir pyta, czy rządzący mogą być sprawiedliwi i moralni, czy też wykorzystują moralność, by zdobyć i sprawować władzę. Natomiast Koršunovas pyta w pewnym momencie wręcz – co jest ważniejsze, prawo czy sprawiedliwość, co oczywiście wzbudza owacje części sali. Druga połowa zastyga w niemałym zgorszeniu, także dlatego, że dawno nie było u nas przedstawienia tak jawnie i bezpardonowo antyklerykalnego, gdzie wymachuje się bezsensownie krzyżem i różańcem, przywołuje stereotypy seksualnych ekscesów u duchowieństwa, a wszystko to w atmosferze nieustannych wrzasków, chaosu, bałaganu na owej wyimaginowanej sejmowej sali obrad, w której nad jednym z wejść wisi, także już kilkakrotnie oprotestowywany krzyż.
Nie zabrakło również reminiscencji prowokacji rosyjskich dziewcząt z Pussy Riot, czy dosyć wulgarnych ewolucji na...lasce marszałkowskiej. Kilka słów należy się autorowi muzyki do spektaklu Antanas Jasenka. To profesjonalnie narastający dźwiękowy szum czy też dudnienie, jak w filmach grozy, poza tym podkreślanie każdego zamknięcia drzwi wzmocnionym klapnięciem elektronicznej perkusji, wreszcie mocny metalic w scenie kulminacyjnej, gdzie pojawiają się nagie torsy dziewcząt.

Próbując zobiektywizować ocenę wartości tego przedstawienia, wydaje się, że przyjęta konwencja groteski i przedrzeźniania naszej rzeczywistości, przy której Szekspir był jedynie pretekstem, doprowadziła twórców do przesady. Dla wykonawców ten tryb narracji stał się jednak poważnym wyzwaniem scenicznym. Nieustanne skakanie po sejmowych schodach, barierkach, mównicach i oparciach foteli wymagało małpiej sprawności, która mogłaby skończyć się bolesnym upadkiem.

Zmierzenie się z tak karkołomnymi zadaniami budzi jednak podziw i uznanie. Na tym tle zajaśniało kilka aktorskich gwiazd i to wcale nie w rolach pierwszoplanowych. Te były zagrane chyba celowo dosyć bezbarwnie, co cechuje zresztą większość naszej klasy politycznej. Panowie w standardowych ciemnych garniturach, panie też raczej mało kolorowo sprawiły, że na ich tle zajaśniały kreacje Pompeja – Janusza R. Nowickiego, czy Pani Przewalska – Agnieszki Warchulskiej. Do nich dołączali miejscami zabawni Piana – Tomasz Budyta i Łokieć – Łukasz Wójcik. Czy w takim zwierciadle powinni się przejrzeć nasi politycy? Dla nich pewnie teatr jest ostatnim miejscem, które wybraliby na wieczorną wizytę.
Joanna Tumiłowicz