Przegląd nowości

Wiarołomstwo uknute z premedytacją

Opublikowano: piątek, 08, kwiecień 2016 00:01

Benjamin Franklin Pinkerton, porucznik marynarki Stanów Zjednoczonych, od samego początku nie zamierza dochować wierności japońskiej gejszy, którą ma niebawem poślubić. Zanim jeszcze przybędzie orszak weselny z Cho-cho-san, w rozmowie z konsulem Sharplessem wznosi toast za swoją przyszłą, prawdziwą żonę amerykańską. Ona sama pojawi się w finale opery.

Madama,Met 5

Z kolei trzy lata później, Cho-cho-san, chcąc przekonać Sharplessa, by wpłynął na powrót Pinkertona, pokazuje mu ich dziecko, czym, nieświadoma, wydaje na siebie wyrok, przypieczętowując swój los. Pinkerton zjawi się ponownie, ale nie by powrócić do niej, lecz odebrać jej dziecko, tak że ostatni akt przemienia się w rodzaj wyjątkowo wyrachowanej egzekucji, skoro ma zostać pozbawiona wszystkiego: miłości i godności wraz z utratą imienia żony oraz uczestniczącej w tym wszystkim zwycięskiej rywalki – Kate Pinkerton – a także dziecka.


Inscenizacja Anthonyego Minghelli w nowojorskiej Metropolitan Opera (oglądanej 2 kwietnia w krakowskim kinie „Kijów”, należącym do Apollo-Film) nawiązuje do japońskiej tradycji teatralnej oraz ikonograficznej, ale czyni to na sposób hollywoodzki, a więc wydobywając głównie pierwiastek czysto widowiskowy.

Madama,Met 6

Wzorem starojapońskiego teatru lalek bunraku animują kukiełkę synka Cho-cho-san oraz przesuwają dekoracje „niewidoczni” maszyniści sceny – ubrani na czarno i z zasłoniętymi twarzami.

Madama,Met 7

Na dawne drzeworyty stylizowana jest także rodzina Cho-cho-san w scenie ślubu, a przybywający w drugim akcie nowy konkurent – książę Yamadori – oznaką godności którego jest trzymany nad nim parasol, cierpiący wszakże na swoiste elephantiosis. Jego upozowanie na samuraja jest o tyle jednak anachroniczne, że stroje Amerykanów wskazują na początek dwudziestego stulecia jako czas akcji. Uniesieniom miłosnego duetu Pinkertona i Cho-cho-san towarzyszy opuszczenie z nadscenia licznych lampionów oraz sypiący się deszcz kawałków papierów – kiedyś darte programy zrzucano na zakończenie przedstawień w Met jako wyraz szczytowego aplauzu.


Razi natomiast ocierająca się o kicz tandetność czerwonych papierowych kwiatów, którymi w „kwietnym duecie” Cho-cho-san ze swoją służącą Suzuki przystrajają dom na powitanie powracającego Pinkertona.

Madama,Met 8

Kolejne akty poprzedzone są przez pantomimiczne scenki: w przypadku dwóch pierwszych zanim rozbrzmi muzyka, w trzecim na tle granego przez orkiestrę intermezza. A więc Cho-cho-san z rozwiniętym niczym skrzydła czerwonym obi, co stanowi zapowiedź krwawego finału, kiedy popełni seppuku, przedstawione właśnie w taki niedosłowny sposób. Przed drugim aktem jest to pożegnalny pocałunek z Pinkertonem, przesuwający się parawan na chwilę ich zasłania, a po jego zniknięciu Cho-cho-san klęczy już przed pustym krzesłem. Przed trzecim odgrywająca Pinkertona mimiczna postać z wachlarzem wchodzi w niemą interakcję z Cho-cho-san.


Warto było przyjść i obejrzeć, a przede wszystkim wysłuchać tego przedstawienia dla Kristine Opolais, odtwórczyni tytułowej roli. Łotewska śpiewaczka faktycznie dźwiga je na swych „barkach”, a ściślej biorąc „krtani”. Piękny i znakomicie ustawiony głos, nienaganna emisja i technika prowadzenia frazy.

Madama,Met 9

Wyróżniają ją doskonale słyszalne, a przy tym nic nietrącące ze swej subtelności piana pianissima, a kiedy trzeba artystka sięga z równą swobodą po dramatyczne forte, w jej wykonaniu pozbawionego wszelkich, najmniejszych nawet oznak wysiłku, rozwibrowanej ostrości brzmienia. Szczególnie przejmująco zabrzmiał w jej interpretacji sekwencyjnie wznoszący się lament „Chi vide mai a bimbo”. Wszystko to predestynuje ją do okrzyknięcia primadonną assoluta naszych czasów.


Dzielnie sekundowała jej Maria Zifchak jako wierna służąca Suzuki. Pulchna uroda nie stanowi tu dysonansu, lecz uwiarygodnia dobroduszny charakter kobiety, w pełni oddanej swojej pani. Również pod względem barwy głosów obydwie śpiewaczki tworzyły dobrany ansambl.

Madama,Met 10

Partie werystyczne najlepiej odpowiadają obecnym możliwościom głosowym Roberta Alagni i tylko w przypadku najwyższych tonów zakrada się pewne niepożądane drżenie. Poza tym francuski tenor nadal dostarczyć może audytorium wiele satysfakcji wokalnej natury, na przykład w lirycznym arioso Addio fiorito asil w trzecim akcie, kiedy w postaci zdają się budzić pierwsze oznaki bardziej ludzkich uczuć.

Madama,Met 11

Bardzo sprawnie poprowadził spektakl Karel Mark Chichon, kładąc większy nacisk na akcenty melodramatyczne niż liryczne, a także uświadomił mi autentyczne zakorzenienie Pucciniego, a szerzej weryzmu, we włoskiej tradycji operowej, a zwłaszcza w spuściźnie Giuseppe Verdiego, który zresztą autora „Cyganerii” uznał za swego godnego następcę. W tym przypadku dotyczyło to zwłaszcza powinowactw, również muzycznych, pomiędzy sceną z Bonzą i jego klątwą a wtargnięciem upokorzonego ojca – hrabiego Monterone w „Rigoletcie”.

                                                                               Lesław Czapliński