Przedstawienie transmitowane na żywo z Metropolitan Opera do sieci kin w Polsce, przybliżane widzom m.in. przez firmę Cikanek w Kinie Praha w Warszawie, należy do najlepszych realizacji dzieła Giacomo Pucciniego. Zachowuje idealną równowagę między nowoczesnością i tradycją, autentyzmem japońskiego miejsca akcji i umownością sceny.

A przy tym stanowi dowód, jak doskonałą wykonawczynią roli gejszy Cio-Cio-San jest łotewska sopranistka Kristine Opolais. Jej głos brzmi pewnie, ma wystarczająco dużo ciepła i blasku, by móc pokazać wszelakie uczucia, miłość, radość, smutek, oddanie, rezygnację i gniew. Wspaniały sopran wspomaga do kwadratu dojrzała, przemyślana gra aktorska. Jej partner, z dużo większym dorobkiem scenicznym – przypomnijmy, że swego czasu kreowany na następcę Luciano Pavarottiego – wypada na tle Cio-Cio-San raczej jednowymiarowo.
Dobrze panuje nad swym lirycznym głosem trochę twardawym w brzmieniu, wspomaga kreację odpowiednią mimiką, ale pojawia się na początku i na końcu dramatu, natomiast całe przedstawienie spoczywa tutaj na odtwórczyni roli tytułowej. Nie było to przedstawienie premierowe, jedynie zaproszono nowych odtwórców głównych ról.

Warto jednak zwrócić uwagę na inscenizację nieżyjącego już Anthony’ego Minghelli, która potrafiła stosując środki z tradycyjnego teatru japońskiego, stworzyć nastrój egzotyki, w której dramat młodziutkiej gejszy stał się szczególnie autentyczny i przejmujący. Scena miłosna Madame Butterfly i Pinkertona, która odbywa się wśród poruszających się lampionów, a także rozdzierający żal ostatniego spotkania gejszy z synem, a właściwie drewnianą kukiełką dowiodły, że środki wyrazu jakimi dysponuje stara sztuka japońska to wciąż jeszcze nie do końca poznany arsenał. Animacja lalkarska w odróżnieniu od wynajmowanych na potrzeby przedstawień prawdziwych dzieci, dysponuje wiele większą skalą możliwości artystycznych i wbrew pozorom, bardziej działa na zmysły.
Zaangażowanie Zespołu Blind Summit Theatre a także grupy tancerzy kultywujących dalekowschodnie pomysły choreograficzne były strzałem w dziesiątkę. To zasługa Carolyn Choa, która także pilnowała pomysłów reżyserskich twórcy przedstawienia. Gorzej wypadła bardzo uproszczona, surowa scenografia Michaela Levine. Kostiumy Han Fenga natomiast były niemal w 100 procentach wierne epoce, w której kompozytor umieścił bohaterów opery. Poza parą głównych wykonawców warto zauważyć wspaniale dobranych odtwórców ról drugoplanowych.

Maria Zifchak pełniła rolę Suzuki, zaś Dwayne Croft był amerykańskim konsulem. W partii Kate Pinkerton zobaczyliśmy i usłyszeliśmy rzadko u nas wspominaną Polkę Edytę Kulczak. Polskich akcentów było w przedstawieniu więcej, jeśli wspomnieć, że Roberto Alagna obecnie jest mężem naszej Aleksandry Kurzak, natomiast w przerwie spektaklu zobaczyliśmy nadawany bezpośrednio z MET krótki wywiad z Mariuszem Kwietniem na temat kolejnej premiery operowej.

W partii obrotnego Goro wystąpił dosyć poprawny Tony Stevenson, nieco autentyzmu wizualnego w japońskiego księcia Yamadori próbował zaszczepić ze zmiennym szczęściem mocno i twardo brzmiący bas Yunpeng Wang. Wreszcie na krótko pokazał się charakterystyczny w swej bezkompromisowości wuj Cio-Cio-San (Bonzo) – Stefan Szkafarowsky. Przedstawieniem dyrygował z nerwem i kolorystycznym wyczuciem orkiestry Karel Mark Chichon, co było dodatkowym bonusem dla publiczności zgromadzonej w kinach na całym świecie.
Joanna Tumiłowicz