Była to fascynująca premiera dzieła rzadko w Polsce wykonywanego, a należącego dzisiaj do kanonu repertuarowego teatrów operowych świata. Polskie prawykonanie „Jenufy” miało miejsce właśnie w Poznaniu w roku 1926, a więc dokładnie 90 lat temu. W okresie powojennym wystawiono ją w Operze Wrocławskiej (1953 rok) i Warszawskiej Operze Kameralnej (2004 rok).

Poznańska inscenizacja powstała w koprodukcji z Theatre de la Monnaie w Brukseli, Teatro Comunale w Bolonii i Teatru Bolszoj w Moskwie. Reżyserem i scenografem jest pochodzący z Łotwy Alvis Hermanis, dzisiaj jeden z najciekawszych twórców inscenizacji operowych (m.in. na Festiwalu w Salzburgu).
Hermanis mówi otwarcie, że w operze szuka piękna i dlatego parę lat temu porzucił jako reżyser teatr dramatyczny. Piękno w operze narzuca sama muzyka, która jest jego synonimem. To pogląd przez wielu zapomniany bądż celowo wręcz odrzucany, ale mnie osobiście bardzo bliski. Kocham muzykę operową, bo jest piękna (z nielicznymi wyjątkami).

Hermanis bardziej nawet niż przez reżyserię wypowiada się przez scenografię, tworząc sugestywne obrazy wyrażające to, co zawarte jest w muzyce i tekście libretta.

Pierwszy i trzeci akt opery pokazują nam barwne morawskie kostiumy ludowe, przepięknie stylizowane, a w tle festiwal obrazów jednego z najsłynniejszych morawskich malarzy modernizmu, Alfonsa Muchy, w formie projekcji. Jest jeszcze trzecia płaszczyzna: balet poruszający się w układach przypominających Niżyńskiego z oryginalnej choreografii „Święta Wiosny” Strawińskiego. W ponurym akcie II jesteśmy w wiejskiej chacie Kościelnichy, gdzieś w latach 70-tych ubiegłego wieku (na stole stoi staroświecki już dzisiaj telewizor).
Śpiewacy - aktorzy grają realistycznie i są świetnie prowadzeni wytrawną ręką człowieka teatru. Wszyscy tworzą bardzo przekonujące psychologicznie postacie. Na czoło wysuwa się oczywiście odtwórczyni partii Kościelnichy, będącej wbrew powszechnie przyjętemu tytułowi, główną bohaterką opery, której oryginalny tytuł, do dzisiaj używany w Czechach i na Morawach, brzmi: „Jej pasierbica”.

Barbara Kubiak stwarza wstrząsającą wyrazem scenicznym i budzącą współczucie postać kobiety, która zabija maleńkie dziecko swojej przybranej córki, aby ratować jej doczesne szczęście kosztem własnego życia wiecznego. A jest osobą gorąco wierzącą. Kościelnicha skusiła najsłynniejsze śpiewaczki świata będące w tej same fazie kariery scenicznej, co Barbara Kubiak. Skutek jest podobny.

Mordercza i niewygodnie napisana partia nie pozwala na ukazanie piękna głosu, kantyleny, ale za to daje możliwości ekspresji wokalnej rzadko spotykane i Barbara Kubiak w pełni to wykorzystała. Wzruszającą Jenufą była Monika Mych-Nowicka, której głos szczególnie pięknie brzmiał w licznych w tej partii śpiewnych fragmentach lirycznych.
Znakomici byli obaj tenorzy: Rafał Bartmiński jako szlachetny i bez pamięci zakochany Laca i Piotr Friebe w partii lekkomyślnego, a w istocie bezmyślnego i okrutnego, chociaż uwodzicielskiego Stevy. Bartmiński ma głos o bardziej aksamitnej barwie, Friebe mocny i jędrny, co oddawało dobrze ich charaktery. Wszystkie mniejsze role zostały bardzo dobrze obsadzone. Popisał się także chór.

Na najwyższe pochwały zasługują orkiestra i dyrygent, Gabriel Chmura. Wyrazistość kapryśnych rytmów i barwność instrumentacji opery Janáčka zostały oddane w całej pełni. Rzadko kiedy muzyka tego kompozytora, który - przyznam szczerze - wcale nie należy do moich ulubionych, wydała mi się tak piękna.
Piotr Nędzyński