Okres angielskiego renesansu stał się dla Gaetano Donizettiego źródłem inspiracji do stworzenia tego, co Anglo-Saksoni nazwali „Tudor Ringiem”, w nawiązaniu do Ringu Wagnera. Oczywiście prawdą jest, że rządy Elżbiety I i Henryka VIII są tłem akcji takich oper jak Roberto Devereux, Maria Stuarda i Anna Bolena, jednak przecież niezależnie od wspólnych im cech, owe trzy dzieła nie stanowiły w zamyśle kompozytora spójnie zaplanowanej trylogii.

Maria Stuarda powstała na zamówienie teatru San Carlo w Neapolu, w oparciu o tragedię Schillera, która posłużyła młodemu Giuseppe Bardari do zręcznego zredagowania libretta. Premiera opery - wyposażonej jeszcze wówczas w tytuł Buonedelmonte - odbyła się w październiku 1834 roku, ale po paru przedstawieniach z polecenia króla Neapolu zdjęto ją z afisza.

Z kolei wznowienie dzieła miesiąc później w zmodyfikowanej formie nie spotkało się z przychylnością publiczności. Powrót do oryginalnej wersji następnego roku w mediolańskiej La Scali również nie zakończył się sukcesem i Maria Stuarda znikła na prawie trzydzieści lat z repertuaru, aż do przypomnienia jej ponownie w Neapolu, również w oryginalnej wersji, która stanowi podstawę wszystkich współczesnych wykonań. Mają one miejsce głównie na terenie Włoch, ale już na przykład na scenach francuskich Maria Stuarda jest prawdziwym rarytasem.
I już choćby z tego powodu warto było się wybrać do Opery w Awinionie, w której rzeczone dzieło zaprezentowano w wersji koncertowej. Powiedzmy szczerze, że taka forma prezentacji oper staje się coraz powszechniejszą praktyką i to z dwóch podstawowych powodów.

Dla teatrów jest to doskonały sposób na podreperowanie i tak już mocno okrojonych budżetów, zaś publiczność ma dzięki temu okazję skoncentrować się na muzyce, unikając nie zawsze jej przypadających do gustu, a niestety często zupełnie chybionych inscenizacji. I właśnie zaprezentowana dwukrotnie w Operze w Awinionie koncertowa realizacja dzieła Donizettiego wznieciła entuzjazm szczelnie wypełniających widownię słuchaczy, których oczarowała bezbłędnie dobrana obsada wokalna oraz prowadzący całe wykonanie włoski dyrygent Luciano Acocella. Zanim jednak przejdę do omówienia tego wyjątkowego wydarzenia artystycznego, przypomnę w paru słowach historię tytułowej bohaterki opery. Otóż Maria Stuart już jako sześciomiesięczne dziecko została królową Szkotów, a następnie - poprzez swoje małżeństwo z Franciszkiem II – królową Francji.
Wyszła po raz drugi za mąż za swego kuzyna Henri Stuarta, zamordowanego później przez Bathwella, jej kochanka, którego po tej dokonanej zbrodni wzięła sobie za trzeciego męża. Na skutek wybuchu skierowanego przeciwko niej powstania Maria Stuart abdykowała i schroniła się w Anglii, gdzie spiskowała przeciwko swej kuzynce Elżbiecie I, która ostatecznie oddała dumną przeciwniczkę pod topór kata.

Ta złożona intryga z schillerowskiego oryginału została przez Donizettiego i jego librecistę maksymalnie uproszczona, co doprowadziło do wyeliminowania wielu postaci i ukazania wydanego przez Elżbietę wyroku śmierci jedynie jako rezultatu szalonej zazdrości o miłość młodego szlachcica Leicestera. I tak oto głównym tematem opery stał się śmiertelny konflikt pomiędzy tytułową bohaterką i jej prześladowczynią. Każda z nich została przez kompozytora „wyposażona” w wokalne numery popisowe, które stawiają ich wykonawczyniom duże wymagania i nastręczają różnego rodzaju trudności. Na szczęście ku ogromnej satysfakcji publiczności w Awinionie śpiewające owe partie artystki nie tylko, że pokonywały owe trudności z imponującą łatwością i błyskotliwością, to jeszcze w dodatku stworzyły niezapomniane kreacje sceniczne, pomimo - jako się rzekło - pozbawionej inscenizacji wersji koncertowej.
Rola tytułowa została powierzona Patrizii Ciofi, doskonale w Awinionie znanej i niezwykle tutaj cenionej za wiele wybitnych występów, jak choćby trzy lata temu w partii Traviaty. Również i w tym przypadku włoska sopranistka porwała słuchaczy brawurowym wykonaniem utrzymanych w tradycji romantycznego bel canto arii i plastycznym frazowaniem, a zarazem poruszyła umiejętnością pokazania wrażliwej i czułej strony charakteru nieugiętej i gotowej na śmierć kobiety.

Z kolei w dość niewdzięcznej roli pałającej żądzą zemsty królowej Elżbiety francuska mezzosopranistka Karine Deshayes, wydająca się być u szczytu swoich wokalnych możliwości, wznieca entuzjastyczne reakcje mistrzowskim prowadzeniem swego aksamitno-ciemnego i pięknie nasyconego głosu, doskonale też sobie radzącego w wyższych partiach skali. W jej śpiewie słyszy się na przemian zmysłowość oraz zazdrość i poniżenie, a jednocześnie nienawiść i nieugiętą wolę fizycznego pozbycia się rywalki w zdobywaniu serca Leicestera.
Tego ostatniego, rozdartego pomiędzy dwiema kobietami, z których kocha tylko jedną, ucieleśnia hiszpański, wyjątkowo ekspresyjny tenor Ismaël Jordi, potrafiący sugestywnie ukazać dramat znajdującego się pomiędzy dwiema przeciwniczkami i zupełnie w tej sytuacji bezradnego mężczyzny. Mocne przeziębienie nie pozwoliło Jordiemu na pełne rozwinięcie wokalnych „skrzydeł”, ale jego zaangażowanie w przekazywanie zawartych na styku słowa i muzyki treści wzbudzało szczery szacunek.

W obsadzie wykonawczej znaleźli się ponadto dysponujący szlachetnym i elegancko prezentowanym basem Michele Pertusi w roli Talbota, powiernika i spowiednika królowej Elżbiety, baryton Yann Toussaint jako ucieleśniający rację stanu Cecil oraz obsadzona w roli zdesperowanej służącej Anne Kennedy sopranistka Ludivine Gombert.

Stojący na czele Orkiestry Opery w Awinionie i świetnie brzmiącego chóru Luciano Acocella potrafił wydobywać z każdej partii wokalnej i każdego fragmentu instrumentalnego zmienne uczucia i gwałtowne, nie pozbawione też przemocy namiętności, nieustannie czuwając nad utrzymaniem nieubłaganie narastającego napięcia dramatycznego. Publiczność Awinionu miała zatem w końcu okazję i - zważywszy na poziom wykonania - również i szczęście poznać tę ze wszech miar zasługującą na stałe miejsce w repertuarze operę.
Leszek Bernat