Od wielu lat dobrym zwyczajem nawet największych scen operowych na świecie jest wystawianie w okresie karnawału najpiękniejszych operetek klasycznych. Najczęściej sięga się wówczas po Zemstę nietoperza Johanna Straussa co czynią od lat Opera Wiedeńska, Bayerische Staastsoper w Monachium oraz Covent Garden w Londynie albo Wesołą wdówkę Franciszka Lehára, którą w ubiegłym karnawale wystawiła Metropolitan Opera w Nowym Jorku. Jednak pojawiają się w tym kontekście i inne lubiane operetki.

Do tej tradycji nawiązał właśnie Teatr Wielki w Łodzi i przygotował premierę Nocy w Wenecji Johanna Straussa. Na wyrażoną jeszcze we wrześniu prośbę Bogusława Kaczyńskiego dołożono do tego przedstawienia „niesłusznie pomijaną” arię Księcia Wspaniała Wenecjo. Janusz Ratajczak uczynił z niej jeden z atutów swojej kreacji
W końcu operetka nigdy nie rościła sobie pretensji do poruszania i zbawiania ludzkich sumień, ale do zabawy, i w tym względzie łódzka premiera Nocy w Wenecji spełniła swoje zadanie. Na scenie króluje uśmiech, dobry humor i bajecznie kolorowe kostiumy oraz taniec w interesującym układzie Zofii Rudnickiej. Przedstawienie ma właściwą lekkość, dobrze wyważoną dynamikę i tempo oraz wyrazistość scenicznych sytuacji. Reżyser Artur Hofman, zadbał o wartkość akcji i dobrą charakterystykę poszczególnych bohaterów. Zresztą czytelność wszystkich wątków i zawiązanych intryg wystawiają reżyserowi dobre świadectwo.

Szkoda tylko, że efektowna scenografia Grzegorza Policińskiego nie wykorzystała w pełni scenicznej przestrzeni co pozbawiło inscenizację szerokiego oddechu. A przecież łódzka scena ma wymiary pozwalające poszaleć w tym względzie, a tak mamy przedstawienie ograniczające się w zasadzie do nieco głębszego proscenium. Jednak tym co zdominowało całe przedstawienie są kostiumy autorstwa Barbary Ptak, która kolejny raz udowodniła, że ma nieograniczoną fantazję w ich projektowaniu. Ich przepych i równie udane maski błyszczące nie tylko cekinami, zachwycające feerią barw ale też odrobiną humoru i dystansu do operetkowej rzeczywistości są tym co dominuje nad całością. To one nadają ton całej inscenizacji, szczególnie w drugiej części przedstawienia, gdzie zabawa rozkręca się na całego zmierzając w beztroskiej zabawie do szczęśliwego finału weneckiego karnawału.
W obsadzie na pierwszy plan wysunął się Janusz Ratajczak w roli księcia Urbino. Można powiedzieć, że był klasą dla samego siebie. Wykreował postać księcia, któremu tylko amory w głowie, ale uczynił to z lekką przesadą jednocześnie traktując swojego bohatera ze sporym dystansem do operetkowej rzeczywistości. Zaprezentował przy tym nie tylko sceniczny temperament, ale również świetną vis comica. Jeżeli dodamy do tego piękne brzmienie prowadzonego z dużą kulturą głosu i dobrą dykcję, to otrzymamy pełny obraz scenicznych dokonań Janusza Ratajczaka w tej roli.

Dzielnie mu dotrzymywała kroku Anita Maszczyk w roli Anniny, która pięknie śpiewała i z wdziękiem się poruszała, na dodatek z widoczną radością bawiła się przygodami swojej bohaterki. Pozostając przy plusach obsady należy jeszcze wspomnieć o udanej kreacji Przemysława Reznera, który z roli senatora Dalaqua zrobił prawdziwy majstersztyk humoru. Reszta wykonawców zmagała się ze swoimi rolami najlepiej jak potrafiła, a że nie zawsze….! To już inna sprawa. Ta drobna uwaga nie zmienia w zasadzie pozytywnego odbioru całości, więc nie ma się co dziwić gorącej owacji jaką zgotowała publiczność wykonawcom po zakończeniu premiery z Expressem. Dla pełnego obrazu jeszcze słowo o poziomie muzycznym, nad którym czuwał Wojciech Rodek, który prowadził przedstawienie z temperamentem, i dbałością o straussowską lekkość muzyki
Adam Czopek