Ach, zejdź do gondoli, kochaaanko, zejdź, błagam cię! Tak śpiewa jeden z bohaterów operetki Johanna Straussa Noc w Wenecji o imieniu Caramello. Nie jest to co prawda postać najważniejsza w tym spektaklu, jednak melodia jego arii zdobyła największą popularność wśród słuchaczy i stanowi wizytówkę muzyczną tego pełnego wdzięku dzieła.

Gdy słyszę tę Barcarolę zawsze przypomina mi się aksamitny tenor Ryszarda Karczykowskiego, którego międzynarodowa kariera ma wiele wspólnego z postacią Caramella. W Teatrze Wielkim w Łodzi rolę totumfackiego księcia Urbino powierzono Łukaszowi Gajowi, który spisał się zaledwie poprawnie, dusząc swój głos i cofając w trudniejszych miejscach, zamiast się popisać swobodą rodem z Italii. Dobrze, że rolę czołową, wspomnianego już Księcia Urbino objął inny tenor, dziś już z tytułem profesorskim, Janusz Ratajczak.
Głos piękny i dobrze postawiony, który na dłuższych nutach nabiera barwy szlachetnego kruszcu, a przy tym doskonale przygotowany wizerunkowo, w czym dopomogła mu zdecydowanie projektantka kostiumów Barbara Ptak. Profesor Ratajczak najlepiej wypada, gdy kreuje postacie kochanków charakterystycznych, jak chiński książę w „gorzkiej” operetce Kraina uśmiechu, czy jako Cygan Manru w operze Paderewskiego. Tutaj jednak potrafił zwycięsko przeistoczyć się w śródziemnomorskiego uwodziciela, który dzięki swej sławie ma nieograniczoną możliwość wyboru kochanek.

Przekonująca wokalnie i aktorsko była też rola producenta makaronu o imieniu Pappacoda, którą swoim słusznym barytonem stworzył Łukasz Motkowicz. W rolach weneckich patrycjuszy zobaczyliśmy zabawny tercet Przemysława Reznera, Krzysztofa Marciniaka i Roberta Ulatowskiego. Ten pierwszy, niezbyt lubiany przez miejscową społeczność dostojnik o nazwisku Delacqua stał się nawet przedmiotem drwin, które polegały na wielokrotnym powtarzaniu przez chór końcówki qua-qua-qua-qua w połączeniu z naśladowaniem palcami kwaczącej kaczki. Nie wiemy, co na to ministerialna cenzura, ale był to jeden ze śmielszych akcentów satyrycznych spektaklu. Inny zabawny greps, to zdejmowanie w obecności księcia i ustawianie na scenie obfitych krynolin przez eleganckie mieszkanki miasta. Zajrzyjmy więc do żeńskiej obsady spektaklu. W roli Barbary, którą gondolier swoim śpiewem wzywa do łodzi wystąpiła gwiazda Teatru Wielkiego Dorota Wójcik, nieustannie utrzymująca swój głos w znakomitej formie.
Towarzyszą jej dwie młodsze adeptki wokalistyki występujące gościnnie. Jako Annina – importowana przez nowego dyrektora Pawła Gabarę z Gliwic – subretkowa Anita Maszczyk, w górnych partiach dysponująca głosem swobodnym i dźwięcznym, w dole zaś nieco spłaszczonym i o charakterze musicalowym. Jako „głupiutka” Ciboletta – bardzo urodziwa i nieźle sobie radząca aktorsko Aleksandra Wiwała, która nad wyrównaniem swego głosu powinna jeszcze popracować, np. u Izabelli Kłosińskiej w Akademii Operowej przy Operze Narodowej w Warszawie.

Pewnym zaskoczeniem jest otworzona na parterze Teatru Wielkiego wystawa projektów kostiumów filmowych, operowych i operetkowych Barbary Ptak, z której wynika, że zachwycające kreacje wykonawców Nocy w Wenecji zostały przeniesione z Teatru Muzycznego w Gliwicach, gdzie operetka ta miała swoją premierę w 2012 roku. Można tylko mieć nadzieję, że reżyser przedstawienia Artur Hofman, jak też scenograf Grzegorz Policiński nie zrobili „kopii” spektaklu gliwickiego. Zaskakiwał nieco „napęd” pięknej i stylowej gondoli, która mimo poruszania wiosłem przez Caramella sunęła po scenie popychana przez dwóch marynarzy. Czyżby śpiewak nie przeszedł wioślarskiego szkolenia? Spośród realizatorów pochwalić należy bardzo zgrabną i pełną fantazji choreografię całego zespołu, łącznie z chórem, która była dziełem Zofii Rudnickiej. Całością dyrygował sprawnie i z symfonicznym rozmachem Wojciech Rodek.
Joanna Tumiłowicz