Słuchaniu muzyki Mozarta uwspółcześnienie akcji opery Łaskawość Tytusa nie przeszkadza. Może nawet daje reżyserowi Ivo Van Hove szereg dodatkowych możliwości uatrakcyjnienia przebiegu intrygi, bo pojawia się na scenie cały tabun sekretarek i asystentów. One podają kawę i posiłki, oni służą jako doradcy i wciąż sprawdzają coś na swoich iPadach czy smartfonach. Gdy w wyniku śledztwa okazuje się, że Sesto, przyjaciel Tytusa, chciał go zabić i tylko przez pomyłkę dźgnął nożem kogoś innego, współpracownicy podają cesarzowi (który wygląda raczej na szefa dużej korporacji) tablet ze zdjęciem zamachowca i czerwonym napisem WINNY (po polsku, choć opera jest śpiewana po włosku).
Zamiast tradycyjnego klawesynu w recytatywach odzywa się coś jak fortepian, co zostało w programie przedstawione jako pianoforte. Nie jest to na pewno Mozart historycznie poinformowany, ale Mozart uniwersalny, który swoimi dźwiękami towarzyszy sporom o obsadę stanowisk we władzy, jest obecny podczas policyjnego śledztwa, jak i w trakcie dialogów i monologów wewnętrznych szóstki bohaterów dramatu. Akcja rozgrywa się w pomieszczeniach biurowych i pokojach hotelowych, za którymi stoją rzędy krzeseł mających imitować i symbolizować trybuny cyrkowej areny Colosseum.
W scenografii Jana Versweyvelda dużą rolę odgrywa też ekran nad sceną, na który, jak podczas wystąpień muzyków pop lub polityków rzucane są zbliżenia twarzy bohaterów. Całe przedstawienie toczy się więc równolegle na scenie i na ekranie, który zbiera obrazy z co najmniej pięciu kamer, w tym jednej zawieszonej pod sufitem.

Orkiestrę Teatru Wielkiego - Opery Narodowej prowadzi w sposób zróżnicowany dynamicznie i w doborze temp Benjamin Bayl z Australii, który też całkiem stylowo kierował wcześniej wykonaniami opery barokowej Jean-Phillippe Rameau Pigmalion na deskach Warszawskiej Opery Kameralnej, ale cały pomysł przedstawienia został stworzony na potrzeby brukselskiej opery La Monnaie. Natomiast wśród wykonawców dominują polscy śpiewacy. Najlepiej brzmiał mezzosopranowy głos Anny Bernackiej w męskiej roli Annia, bo prócz pięknej barwy urzekała ona czystością intonacji i gracją w koloraturowych figuracjach. Bardzo poprawnie głosowo i aktorsko spisał się sprowadzony z importu tenor Charles Workman, który miał największą i najtrudniejszą partię Tytusa. Dobrze też wypadła w męskiej roli spiskowca Sesto włoska mezzosopranistka Anna Bonitatibus. Niezłe warunki głosowe i przygotowanie muzyczne zaprezentował w roli Publio bas Krzysztof Bączyk. Wreszcie jako Servilia swoje bardzo dobre kwalifikacje wokalne potwierdziła Katarzyna Trylnik.
Najbardziej problematyczna, ale też ekstremalnie trudna, z uwagi na rozległe skoki po skali głosu była partia Vitelli, której podjęła się osławiona wieloma znakomitymi kreacjami operowymi Ewa Vesin. Pod względem jakości wykonania nieco rozczarowuje, przyznać też trzeba, że kostiumy An d'Huys, zwłaszcza przeznaczone dla pań, nie pozwalają śpiewaczkom na swobodę ruchów i oddechów, są zdecydowanie zbyt opięte, co niestety nie dodaje uroku. Zaskakuje też trochę nazwisko osoby przygotowującej chór Teatru Wielkiego. Nie był to tym razem tradycyjnie Bogdan Gola, ale Marcovalerio Marletta. Zasadniczej różnicy jednak nie widać, ani nie słychać.

Komentatorzy zwracali uwagę na fakt, iż opera Łaskawość Tytusa nie zyskała popularności równej np. Weselu Figara, bo jest całkiem serio, na plus kompozytorowi zaliczali natomiast użycie klarnetu i bassethornu, które towarzyszą niektórym ariom. W istocie oba te instrumenty dęte brzmią interesująco, pięknie zespalają się z barwą ludzkich głosów, i strona muzyczna przedsięwzięcia dostarcza sporo satysfakcji słuchaczom. Strona teatralna, starając się być podobna do dziesiątków inscenizacji na setkach współczesnych scen na całym świecie, utwierdza nas w przekonaniu, że stajemy się niewolnikami konwencji „wideo”. Zapewne zmianę przyniesie kolejna ciekawostka techniczna, na którą już z utęsknieniem czekamy.
Joanna Tumiłowicz