Przegląd nowości

Premiera „Strasznego dworu” w Operze Bałtyckiej w Gdańsku

Opublikowano: piątek, 08, styczeń 2016 21:24

Generalnie nie wierzę w sens tak zwanego uwspółcześniania arcydzieł operowych poprzez inscenizacje nie mające wiele wspólnego z zamiarami głównego twórcy, czyli kompozytora, który wcześniej, przed napisaniem muzyki, wybrał sobie temat i librecistę.

Straszny,Gdansk 1

Prowadzi to do licznych absurdów, których nieraz bywałem świadkiem. „Juliusz Cezar” Haendla pokazany jako konflikt izraelsko-palestyński z tytułowym bohaterem przebranym za Mosze Dajana (jedno oko zasłonięte czarną opaską) i Ptolomeuszem w arafatce z kałasznikowem w ręku oraz słuchawkami w uszach, podrygującym w rytm dość skocznej zaiste muzyki, nie był jeszcze szczytem nonsensu, pomimo że obaj śpiewali kontratenorami, a jakże. Były to już bowiem lata 80-te w Theatre de la Monnaie w Brukseli i z modą na tzw. „współczesne” inscenizacje zapanowała równolegle moda na stylowo barokowe wykonania muzyczne, więc z braku kastratów męczyli siebie i słuchaczy kontratenorzy. Potem bywało gorzej. Pamiętam „Don Carlosa” Verdiego w pewnym teatrze niemieckim, którego inscenizator umyślił sobie pokazać dzieło jako współczesną tragedię rodzinną w typie telenoweli.


Rzecz rozgrywała się przy basenie jakiegoś okazałego domu, prawdopodobnie w Kalifornii, gdzie król Filip (tzn. chyba tamtejszy gubernator) śpiewał swój tragiczny monolog o żonie, co go nigdy nie kochała („Ella giammai m’amo”) ubrany w gaciokąpielówki, leżąc na leżaku i opalając się.

Straszny,Gdansk 2

Potem odwiedził go podobnie przyodziany sąsiad (u Verdiego Wielki Inkwizytor, tam chyba szef miejscowej mafii) i mocno się kłócili o trzeciego sąsiada. Następnie wbiegała żona (Królowa Elżbieta) w kostiumie kąpielowym i szarpała się z małżonkiem o torebkę zawierającą klejnoty oraz zdjęcie domniemanego kochanka (Don Carlosa), po czym mdlała zgodnie z librettem, a na ratunek przybiegali inni sąsiedzi: Eboli w kwiecistej, letniej sukience, objuczona zakupami z pobliskiego marketu (to ta, co przedtem podle i złośliwie ukradła torebkę i podrzuciła zazdrosnemu małżonkowi), jak również rzeczony Trzeci Sąsiad, czyli Markiz Posa oskarżany wcześniej o odchylenie lewicowo-liberalne przez Drugiego. Po wspólnym i wyjątkowo zgodnym ocuceniu Żony przez Męża i Trzeciego Sąsiada, sąsiadka Eboli rzucała jej pod nogi swoje zakupy, wyznawała winy i w słynnej arii „O don fatale” przeklinała swoją urodę (a była wyjątkowo tłusta i brzydka) oraz komunikowała o decyzji pójścia, zgodnie z librettem, do klasztoru.


Opowiadam tylko pierwszą część IV aktu, ale zapewniam, że przedtem było równie śmiesznie, a potem nie wiem, bo wyszedłem z teatru. Cały ten wstęp jest mi potrzebny, aby stwierdzić, że nie zawsze z owym uwspółcześnianiem tak być musi jak w opowiedzianych przypadkach, bo czasem życie toczące się wokół nas, szczególnie polityczno-społeczne, stanowi rzeczywiście punkt odniesienia, do którego spektakl jest trafnym komentarzem. Dotyczy to właśnie gdańskiego „Strasznego dworu” w inscenizacji Marka Weissa.

Straszny,Gdansk 3

Przenosimy się w nim dwukrotnie w czasie. Jeszcze przed Intradą brzmi hejnał z Wieży Mariackiej, a następnie widzimy młodego Stefana w krakowskim mieszkaniu, którego wystrój podobnie jak kostium bohatera sugerują epokę nieodżałowanego cesarza Franciszka Józefa. Wraz z rozpoczęciem Prologu pojawiają się rycerze, wśród nich paru husarzy na koniach. Rzecz dzieje się zatem (tak zrozumiałem) w wyobrażni młodego obywatela c.k. Galicji. Akcja przebiega dalej mniej więcej zgodnie z librettem, chociaż amputowano uroczy chór dziewcząt otwierający Akt I, w epoce niewyrażnie określonej rodzajem kostiumów, ale niewątpliwie w I Rzeczypospolitej. Zaskakujące i z pewnością najważniejsze ideowo jest zakończenie przedstawienia.


Otóż stanowi go Mazur, którego przeniesiono z właściwego mu miejsca przed sceną finałową opery (chór „Gospodarzu, gospodarzu!” oraz opowiadanie Miecznika „Przed stoma lat mój zacny dziad”)  i potraktowano jako rodzaj puenty.

Straszny,Gdansk 4

Mazura do słów chóru „Hej! Zagrajcie siarczyście, rżnijcie nam od ucha…” tańczą otóż ni mniej ni więcej tylko młodzi Powstańcy Warszawscy z biało-czerwonymi opaskami. Wszystko to wygląda na chichot historii, odpowiednik chocholego tańca z „Wesela” Wyspiańskiego. Chcieliście wesołej muzyki, dostatku i zabawy, a macie… Macie to, co macie. Dodatkowy, istotny akcent stanowi data premiery, wybrana nieprzypadkowo: 13 grudnia. To ważne przedstawienie. Tym bardziej, że ma wiele walorów muzycznych, co w operze jest moim zdaniem jednak najistotniejsze. Przede wszystkim kierownictwo muzyczne spoczęło w rękach arcymistrza operowej batuty, Tadeusza Kozłowskiego. Zawsze mamy zatem „tempi giusti” i doskonałą współpracę ze śpiewakami.


Wśród solistów wyróżniało się kilkoro. Aleksandra Kubas wykonała brawurowo i w całości (co niestety rzadko się zdarza) arcytrudną, koloraturową arię Hanny, jeden z klejnotów Moniuszkowskiej partytury. Ta aria bywa czasem całkowicie wycinana, bo utarło się przekonanie (za profesorem Witoldem Rudzińskim), że jest nieudana, a tymczasem obcy komentatorzy, jak n.p. Elvio Giudici, autor fundamentalnej książki „L’opera In CD e video” (prawie 2500 stron drobnego druku), stawia ją na równi z największymi osiągnięciami mistrzów włoskiego belcanta: Rossiniego, Belliniego i Donizettiego, podkreślając przy tym oryginalność  inwencji polskiego kompozytora. No, ale dla przeciętnych sopranów jest po prostu zbyt trudna.

Straszny,Gdansk 5

Znakomity był Paweł Skałuba w partii Stefana. Ciepły, szlachetny głos tenorowy, pełna żaru interpretacja. Świetny był także młody bas Adam Palka jako Zbigniew. Piękna barwa, wyraziste frazowanie, chociaż przydałoby się więcej niuansów dynamicznych. Wróżę mu wielką karierę. Bardzo podobała mi się Katarzyna Hołysz w partii Cześnikowej. To zresztą luksusowa obsada, skoro słusznie powierzono tę drugorzędnie zwykle traktowaną rolę śpiewaczce mającej w repertuarze największe partie sopranowe, a wcześniej mezzosopranowe.


Kłania się Antonina Kawecka z fenomenalnego nagrania „Strasznego dworu” pod dyrekcją Waleriana Bierdiajewa z 1954 roku z zespołem Opery Poznańskiej. Urocza była także i bardzo obiecująca wokalnie młoda Karolina Sikora w partii Jadwigi.

Straszny,Gdansk 6

Trochę gorzej wypadli pozostali soliści. Mikołaj Zalasiński (Miecznik) to wybitny artysta, ale śpiewał tego dnia nieco niedbale i z przesadną zamaszystością, kosztem czystości  frazy. Adam Zdunikowski (Damazy) i Zbigniew Macias (Maciej) stworzyli wyraziste postacie, ale brzmienie ich głosów jest dzisiaj tylko cieniem dawnej świetności. Nie wiem, co się dzieje z głosem bardzo lubianego przeze mnie Daniela Borowskiego (Skołuba), którego 10 lat temu gościłem w moim programie TV „Wokół Wielkiej  Sceny”. Jego piękny bas stał się rozchwiany (ang. wobbly), a intonacja była mocno podejrzana. Chór, orkiestra, balet reprezentowali dobry poziom. Opera jest sztuką tak trudną, że prawie nie zdarza się, aby wszystko było doskonałe. Wystarczy parę świetnych elementów i już możemy być zadowoleni. Gdański „Straszny dwór” ma ważne przesłanie od reżysera i wiele walorów muzycznych oraz wizualnych, w tym scenografię Hanny Szymczak i choreografię Emila Wesołowskiego. Ja wyszedłem z teatru bardzo usatysfakcjonowany.

                                                                              Piotr Nędzyński