W dziesiątą rocznicę zainicjowanych przez Petera Gelba, naówczas nowego dyrektora nowojorskiej Metropolitan Opera, transmisji jej przedstawień do kin na świecie, w tym polskich, przypomniano tę już „historyczną”, od której wszystko się zaczęło. A był to Czarodziejski flet KV 620, zagrany po angielsku i z dość znacznymi skrótami.

Tę masońską przypowieść Emanuela Schikanedera – Wolfganga Amadeusa Mozarta w nowojorskiej Metropolitan Opera ustylizowano na chińskie widowiska cingcü, w świecie znane pod mianem opery pekińskiej. Do pewnego stopnia uzasadnieniem dla tego rozwiązania mogła być moda na chinoiserie czyli chińszczyznę w dobie rokoka, w zakresie sztuk plastycznych trwającego jeszcze w czasach powstania tego utworu, pod względem muzycznym należącego już do dojrzałego klasycyzmu. Za sprawą Julie Taylor, autorki nowojorskiej inscenizacji, będącej zarazem autorką kostiumów, Królowa Nocy występuje w kostiumie generała, z przypiętymi do ramion, udrapowanymi proporcami w barwie purpury, a zgodnie z ówczesną konwencją, śpiewając koloratury jednoznacznie określa się po stronie sił zła.
Pamina jawi się wschodnią pięknością, a Tamino występuje z charakterystycznym samurajskim kokiem i kataną przy boku. Wszyscy posiadają zaznaczone skośne oczy, co w przypadku chińskiej odtwórczyni Paminy nie wymagało dużego nakładu pracy ze strony charakteryzatora przy tworzeniu jej scenicznego wizerunku. Jedynie ptasznik Papageno pozostał w zasadzie pod swoją tradycyjną postacią, ubrany w ptasio pstry kostium.

Prawem kontrastu dekoracje George’a Tsypina stwarzają futurologiczną scenerię, w której konstrukcjach dominuje szkło i plastik. Pod względem muzycznym przygotowane i poprowadzone przez Jamesa Levine’a przedstawienie stało na wyjątkowo wyrównanym poziomie. Erika Miklósa imponowała precyzyjnym wycinaniem koloratur, a Ying Huang ujmowała krystalicznie czystym głosem i lirycznym sposobem ujęcia swojej partii. Podobny charakter posiada Tamino, którego wrażliwym wykonawcą okazał się Matthew Polenzani.
Nathan Gunn był nienaganny wokalnie jako Papageno, a jednocześnie samym śpiewem potrafił wydobyć całą vis comica odtwarzanej postaci, a więc skłonność do przechwałek, weryfikowanych prawie natychmiast przez sytuacje ujawniające tkwiące w nim pokłady tchórzostwa, niezdolność poskromienia niepohamowanego gadulstwa, popadanie w skrajne nastroje.

Stanowił niewątpliwie największą indywidualność tego wykonania. René Pape niewiele miał do zaproponowania w zakresie interpretacji partii i postaci Sarastra, reprezentanta sił światłości i arcykapłana świątyni Izydy, w rzeczywistości kryjącego w sobie inklinacje do stania się tyranem. Od dawna kusi mnie przepisanie tej historii w duchu odwrócenia ról, a więc rozumienia Królowej Nocy i jej otoczenia jako faktycznie obalonych dawnych, prawowitych władców tej krainy, reprezentujących odwieczne siły natury, a ustanowienie totalitarnego porządku Sarastra z jego umiłowaniem geometrii jako przejawu uzurpacji i zręcznego przerzucenia winy na pokonanych przeciwników. Ich potomkini oraz zabłąkany przybysz wskutek przemyślnego prania mózgu, czego przejawem są próby, którym zostają poddani, stają się w końcu nowymi, posłusznymi wyznawcami tej utopii.
Lesław Czapliński