Przegląd nowości

Czarujący pastisz Offenbacha w Opéra de Lyon

Opublikowano: poniedziałek, 28, grudzień 2015 12:16

Jacques Offenbach podziwiał zmysł teatralny pisarza Victorien Sardou i tylko szukał okazji, aby nawiązać z nim współpracę. Ten zamiar mógł się skonkretyzować dopiero w roku 1869, kiedy to ujrzała światło dzienne opéra-bouffe zatytułowana Le Roi Carotte (Król Marchewka), właśnie z librettem wspomnianego pisarza.

Le Roi Carotte 1

Przy wyborze tytułowej postaci (bardziej niż przy pisaniu całego libretta) Sardou czerpał inspirację z baśni Hoffmanna „Klein Zaches, genennt Zinnober” (na marginesie warto zresztą wspomnieć, że ów Kleinzach pojawił się również w powstałych później Opowieściach Hoffmanna). Pierwotna wersja opery miała niezwykle rozbudowane rozmiary – głównie ze względu na liczne i skomplikowane dialogi – składała się z dwudziestu czterech odsłon, przewidywała aż czterdzieści ról, w tym szesnaście pierwszoplanowych, setki kostiumów oraz nieustające zmiany dekoracji. Pomimo tych monumentalnych rozmiarów Król Marchewka od razu podbił wiele scen świata, z Wiedniem, Londynem i Nowym Jorkiem na czele, przede wszystkim z powodu oryginalności tematu oraz fajerwerku porywających odsłon i efektów specjalnych.


W roku 1872 autorzy zaproponowali w  paryskim Théâtre de la Gaité nową, ograniczoną do trzech aktów wersję dzieła, której jeszcze bardziej skróconej adaptacji dokonała teraz na potrzeby inscenizacji w Operze Lyońskiej Agathe Mélinand (dramaturg i reżyserka). Uwspółcześniła ona też dialogi, zręcznie, ale nie zawsze w sposób przekonujący.

Le Roi Carotte 2

Przypomnijmy tutaj bowiem, iż rzeczona opéra-bouffe została pierwotnie umieszczona w kontekście schyłku II Cesarstwa Francuskiego i stanowiła smakowitą satyrę społeczno-polityczną. Odnotować wszakże należy, że nawet prapremierowa publiczność nie potrafiła wychwycić zawartych w niej subtelności, zachwycając się przede wszystkim wizualną i muzyczną warstwą spektaklu.

Le Roi Carotte 3

Jego sukces nie był jednak w stanie zapobiec szybkiemu popadnięciu Króla Marchewki w zapomnienie, toteż jego obecne wystawienie w Lyonie jest w rzeczywistości przywróceniem tej atrakcyjnej pozycji do życia scenicznego. Jeśli chodzi o zawartą w libretcie historię, to w zasadzie sprowadza się ona do rozgrywających się w wyimaginowanym mieście Krokodyne przygód księcia Fridolina XXIV, który postanawia poślubić księżniczkę Cunégonde w celu podreperowania finansów królestwa. Na jego drodze staje jednak czarodziejka Coloquiente, ale ostatecznie Fridolin zostanie pozbawiony władzy przez Króla Marchewkę, wspieranego przez wspólników w postaci rzodkiewek.


Książę próbuje odzyskać władzę, tylko że stale napotyka jakieś przeszkody, których pokonywanie doprowadza jego i całą towarzyszącą mu ekipę (z dobrym duchem Robin-Luron i Rosée du Soir, uwięzioną przez czarodziejkę, ale uwolnioną za pomocą jedwabnego kłębka dziewczyną na czele) do Pompei.

Le Roi Carotte 4

Tam to bowiem znajduje się magiczny pierścień, którego zdobycie mogłoby doprowadzić ich do zwycięstwa. Ostatecznie ów pierścień do niczego się im nie przyda, ale przynajmniej staje się pretekstem do odbycia ciekawej wyprawy. Od współczesnego odbiorcy zrozumienie rozmaitych odniesień i aluzji zawartych w tym muzycznym pastiszu wymaga nie lada wysiłku i wytężonej uwagi.

Le Roi Carotte 8

I można domniemywać, że mało który z widzów taki wysiłek w ogóle podejmuje, poddając się raczej szaleńczemu wirowi wciągającej niezliczoną ilością gagów, zabawnych absurdów i zaskakujących zawirowań akcji inscenizacji, której autorem jest specjalizujący się w tego typu repertuarze francuski reżyser Laurent Pelly. Nie ma tutaj miejsca na nadmiar liryzmu czy patosu, a aspekt feeryczny ustępuje miejsca totalnej bufonadzie, w której typowe dla opéra-bouffe schematy zostają ukazane w karykaturalnym świetle.


Na przykład towarzysze księcia Fridolina znajdują się nagle bez powodu na łonie natury, pośród much, pszczół, trzmieli, koników polnych czy mrówek,  jakby w rzeczywistości krainy czarów. Ponowne pojawienie się tej drużyny w przejętym przez Króla Marchewkę księstwie oznacza koniec rządów tego warzywnego tyrana, który nie powraca – tak jak w libretcie – do ziemi, lecz ginie przemielony w ogromnej maszynce.

Le Roi Carotte 5

Ważną rolę odgrywają tutaj imponujące pomysłowością dekoracje Chantal Thomas: ogromne księgi, z których wychodzą kolejni protagoniści, obracające się wokół własnej osi i w ten sposób otwierające nowe perspektywy dla wyobraźni widza półki, skrytki i szufladki wprowadzonych do wystroju pałacu przez Króla Marchewkę mebli, rekonstrukcja Pompei za pomocą komicznie zaplanowanych żywych obrazów.

Le Roi Carotte 7

Owa scenografia nabiera życia za sprawą świetnie prowadzonej przez Joëla Adama reżyserii świetlnej, a plastyczności całej wizji doskonale też służą zaprojektowane przez samego Laurenta Pelly’ego kostiumy, które z przednim poczuciem humoru charakteryzują poszczególne postaci. Sukces całej realizacji spoczywa jednak na barkach…i głosach bezbłędnie skompletowanej pod względem wokalnym i aktorskim (co w tym przypadku jest niesłychanie ważne) ekipy wykonawczej.


Rolę księcia Fridolina brawurowo interpretuje doświadczony w tego typu repertuarze tenor Yann Beuron, zaś czarującą księżniczką Cunégonde, oscylującą pomiędzy rejestrami liryzmu i zaplanowanej dosadności, jest Antoinette Dennefeld. Mezzosopranową partię Rubin-Luron śpiewa jasnym i plastycznie prowadzonym głosem Julie Boulianne, a sopranistka Chloé Briot subtelnie wciela się w postać Rosée du Soir.

Le Roi Carotte 6

Entuzjazm wznieca występ tenora Christophe’a Mortagne’a, który jako tytułowy Król Marchewka potrafi się świetnie odnaleźć zarówno w pełnych fantazji, jak i realistycznych klimatach. Ponadto nie zawodzą baryton Jean-Sébastien Bou w roli Pipertuncka, szefa policji i tajemnic, oraz drugi baryton - Boris Grappe jako „koronny nekromanta” Truck. Wszystkie działania sceniczne tych solistów, podobnie jak idealnie się w tej wariackiej konwencji odnajdujących chórzystów, są przez reżysera dopracowane w najdrobniejszych szczegółach i funkcjonują z dokładnością szwajcarskiego zegarka. Niczego też nie można zarzucić interpretacji prowadzącego Orkiestrę Opery Lyońskiej Victora Aviata, który z wielką energią, zaangażowaniem i wyczuwalną radością realizuje tę naszpikowaną kontrastami, muzycznymi niespodziankami i dźwiękowymi gagami partyturę Offenbacha, przeplataną - jako się już rzekło powyżej - uwspółcześnionymi dialogami. Doprawdy odpowiednie to do świątecznej atmosfery przedstawienie.

                                                                                 Leszek Bernat