W trylogii Verdiowskich arcydzieł to - obok Rigoletta i Trubadura - Traviata przyjęła najbardziej niekonwencjonalny i współczesny charakter. To bowiem właśnie w niej kompozytor zerwał z tradycją oper historycznych, dominującą w pierwszej połowie siedemnastego wieku, i ukazał w świetle reflektorów prawdziwe uczucia i namiętności protagonistów.

Co ważne, pokazał też zasiadającym na widowni widzom patologiczne cechy społeczeństwa, do którego oni sami przecież należeli. Trudno się zatem dziwić, że opera ta nie od razu odniosła należny jej sukces. Obecnie mamy do czynienia z odwrotną sytuacją, gdyż nawet osoby nie przekraczające progów teatru lirycznego są w stanie zanucić choćby drobny fragment którejś ze słynnych arii rzeczonego arcydzieła. Pojawia się ono regularnie na wszystkich scenach świata i zapewnia operowym teatrom przyzwoity dochód, co w dzisiejszych czasach nie jest przecież sprawą oczywistą. Z tego faktu wynika jednak niebezpieczeństwo - często potwierdzane w praktyce - wystawiania Traviaty w niedopracowany, banalny i miałki pod względem artystycznym sposób.
Na szczęście tak się nie stało w przypadku tej nowej, a przygotowanej przez Opéra du Rhin w Strasburgu inscenizacji, której autorem jest francuski reżyser Vincent Boussard, doskonale już tutaj znany dzięki wcześniejszej pracy nad innymi pozycjami repertuaru. Tym razem jego minimalistyczna, choć nie pozbawiona wizualnych walorów, wizja może nieco rozczarować zastosowaniem wielokrotnie już powielanych i niezbyt oryginalnych rozwiązań.

Otóż wraz ze scenografem Vincentem Lemairem zabudował on całą przestrzeń sceniczną krzywym zwierciadłem, w którym oglądamy zdeformowane sylwetki wszystkich wykonawców.

Oczywiście domyślamy się, że chodzi tutaj o obraz przesiąkniętego hipokryzją, zakłamanego i często okrutnego społeczeństwa, które niejako samo przegląda się w odbijającym jego zepsucie lustrze. Środek sceny zdominowany jest przez fortepian, na którym rozgrywa się finałowy epizod śmierci Violetty, co jest powtórzeniem pomysłu reżysera z prezentowanej przez niego w tym samym miejscu inscenizacji Poławiaczy pereł Berlioza.
Natomiast dość prostym, ale skutecznym dramaturgicznie pomysłem jest wprowadzenie postaci małej dziewczynki, w rzeczywistości tytułowej bohaterki z czasów jej nieszczęśliwego i pozbawionego miłości, ale jeszcze nieskalanego dzieciństwa. Z drugiej strony ten obraz przywołuje także nieustanne dążenie Violetty do czystości i beztroski oglądającego świat niewinnymi oczami dziecka.

Ową czystość odnajduje ona wreszcie w zanurzonej w pełnym świetle (Guido Levi) scenie śmierci, podczas której rozbrzmiewa pełna radości aria „Sempre libera”. Wysuwająca się nawet na proscenium instalacja scenograficzna wzmaga poczucie intymności, co sprawia, że widz może odczuwać rozgrywający się dramat niemalże „na własnej skórze”.

Dzięki temu artyści nie muszą też nadużywać wolumenu głosu i uciekać się do niewskazanych tutaj ekspresjonistycznych porywów. Innym atutem zamysłu reżysera jest zrezygnowanie z tak modnego dzisiaj zabiegu transpozycji czasowej i zręczne odtworzenie oryginalnej atmosfery dzieła przy jednoczesnym nadaniu mu współczesnego wydźwięku. To zapewne dlatego zaprojektowane z fantastycznym smakiem artystycznym przez Christiana Lacroix kostiumy unikają historycznego osadzenia i nawiązują do różnych okresów i epok, co przydaje całemu obrazowi uniwersalny wymiar.
Wszakże wspomniany minimalizm koncepcji Boussarda przede wszystkim sprzyja skoncentrowaniu uwagi widza na grze aktorskiej wykonawców, a trzeba przyznać, ze ta ostatnia została przez reżysera ustawiona niezwykle starannie i interesująco. Uwaga ta dotyczy zresztą w równej mierze działań solistów, co scen zbiorowych z udziałem odgrywającego tutaj ważną rolę, a w dodatku świetnie brzmiącego chóru.

Powodzenie całego przedsięwzięcia spoczywa jednak na wykonawczyni głównej roli, którą w tym przypadku jest wybitna włoska sopranistka Patrizia Ciofi, artystka o wyjątkowej osobowości scenicznej, ujmującej wrażliwości i ogromnym doświadczeniu. Mniej życzliwi puryści mogą jej pewnie zarzucić wyczuwalne już słabości wokalne (na przykład lekkie forsowanie górnych dźwięków czy brak pełnego brzmienia w dole skali), będące przecież normalną konsekwencją upływu czasu w tej trwającej już od wielu lat błyskotliwej karierze. Powiedzmy też jednak od razu, że te słabości kompletnie tracą na znaczeniu wobec niebywałego zaangażowania Patrizi Ciofi i jej pełnego utożsamiania się z subtelnie i i inteligentnie budowaną rolą.
Fenomenalna muzykalność Włoszki oraz jej zatykająca dech w piersiach kreacja wywołuje na widowni szczere wzruszenia i na pewno zostanie na długo przez publiczność zapamiętana. Toteż przykrą wiadomością jest złożona podobno przez artystkę deklaracja jakoby tym występem żegnała się już na zawsze z partią Violetty, którą już od dawna podbija najbardziej prestiżowe sceny świata.

Tym bardziej szkoda, że nie wszyscy towarzyszący jej w Strasburgu soliści stanęli na wysokości zadania, poczynając od Roberta De Biasio, śpiewającego partię Alfreda Germonta, rozczarowującego nie tylko wokalnie, ale również scenicznie. Ostatecznie najbardziej godnym partnerem Patrizi Ciofi okazał się być kanadyjski baryton Etienne Dupuis, wokalista o gęsto nasyconym i bezbłędnie brzmiącym we wszystkich rejestrach głosie. Po raz kolejny uwagę na siebie zwrócił także inny baryton – młody Jean-Gabriel Saint-Martin (Markiz d’Obigny), wykształcony w funkcjonującym przy tutejszym teatrze Studio Operowym.

Na zakończenie dodajmy jeszcze, że na czele prezentującej doskonałą formę Orkiestry Filharmonicznej Strasburga stoi Pier Giorgio Morandi, były szef Royal Opera House w Sztokholmie, który nadaje całej interpretacji odpowiedni puls i w pełni przekonujący teatralny charakter.
Leszek Bernat