Znakiem rozpoznawczym hiszpańskiego reżysera Calixto Bieito jest rozgrywanie dzieł operowych we współczesnych, precyzyjnie zdefiniowanych i wymykających się abstrakcji przestrzeniach. Ma on też w zwyczaju przepowiadanie niezbyt optymistycznej przyszłości, tak jak w tej nowej inscenizacji Tannhäusera, w której usiłująca odnaleźć samą siebie ludzkość zmierza ostatecznie do nieuniknionej katastrofy.

Główny wątek sensu kreacji artystycznej ustępuje bowiem tutaj miejsca trudnemu do wytrzymania napięciu pomiędzy naturą i kulturą oraz chaosem i porządkiem społecznym, a Bieito zdaje się także snuć refleksję na temat skłonności gatunku ludzkiego do odrywania się od swego naturalnego środowiska. Konsekwencją takiej koncepcji jest ukazanie miłości głównie jako ciemnego obszaru kobiecego pożądania.
Już podczas uwertury całą scenę wypełniają podwieszone do sufitu i pozostające w ciągłym ruchu, a przywołujące świątynię cielesnych rozkoszy drzewa (pomysłowa scenografia Rebecki Ringst), których gałęzie o antropomorficznych cechach zmysłowo pieszczą ubraną na czarno i w zapamiętaniu się temu lubieżnemu dotykaniu poddającą Wenus. Kiedy usiłuje ona do owej ponętnej gry wciągnąć Tannhäusera, staje się to początkiem przyjmującego bestialski charakter spektaklu zachodzących pomiędzy nimi interakcji: gestów miłości i nienawiści, delikatnego głaskania i brutalnego szarpania, czułego przytulania i niemalże zwierzęcej kopulacji, zakończonej rozpaczliwym uderzaniem się przez Wenus ręką w krocze, pewnie dla wyciszenia niekontrolowango podniecenia. Kiedy później dołącza do niej Elżbieta, jasna blondynka à la Marilyn Monroe, wspólnie czerpią pełnymi garściami ziemię i dosłownie wypełniają sobie nią zachłannie usta, jakby dla zilustrowania pożerającego je pożądania.

Dochodzący z oddali zza kulis podniosły, ale pozbawiony żarliwości śpiew niewidzialnych pielgrzymów wywołuje wrażenie jakby jego religijny klimat był zupełnie obcy tym odrzucającym wszelką transcendencję mieszkańcom budzącej się na wiosnę do życia krainy.
To zapewne z tego powodu dawni towarzysze Tannhäusera z drużyny Hermanna, ubrani w myśliwskie stroje i upojeni tyleż alkoholem, co utoczoną krwią zabitych zwierząt, oddają się jakiemuś pogańskiemu rytuałowi rozochoconych samców, witając przyjaciela obleśnymi pocałunkami i niewybrednymi zaczepkami oraz smarując sobie torsy czerwoną farbą.

Wizualnym kontrapunktem dla tej ponurej scenerii są dwa pozostałe akty, umieszczone w stylizowanym za pomocą białych kolumn wnętrzu zamku Wartburg, zalanym oślepiającym światłem, chociaż w finale ponownie wypełniającym się wzbudzającą niepokój roślinnością i przypominającą o odwiecznym obracaniu się wszystkiego w proch ziemią. Elegancko odziani młodzieńcy na widok Elżbiety przeistaczają się w żądną krwi zgraję, a śpiewaczy turniej przypomina raczej jakąś inicjacyjną ceremonię, której uczestnicy padają twarzą na podłogę, podczas gdy Landgraf bawi się z dzieckiem, jednocześnie nieprzyzwoicie lustrując otaczające go kobiety. Kiedy Tannhäuser przyznaje się do wizyty w grocie Wenus, wściekli mężczyźni zdzierają z niego odzienie i jakby w obrzędzie puryfikacji upokarzają, biczując zielonymi gałązkami (to nawiązanie do prologu), zarazem siłą przytrzymując na ziemi protestującą przeciwko tej karze Elżbietę.
W akcie trzecim owa targana wewnętrznie poczuciem winy siostrzenica Landgrafa o dziwnie poranionej twarzy usiłuje popełnić samobójstwo poprzez gwałtowne rwanie paznokciami żył i zapychanie sobie ust ziemią. Aby wyzwolić Elżbietę od miłosnego szaleństwa Wolfram najpierw poi ją podawaną w dłoniach wodą, a następnie bezskutecznie próbuje udusić szalem, po czym, zdesperowany, samemu sobie kopie grób i niezdarnie się w nim przysypuje garścmi ziemi, intonując w tym samym czasie słabnącym głosem słynną pieśń do niedostępnej gwiazdy.

Pojawienie się Tannhaüsera, szukającego ratunku po tym, jak papież odmówił mu rozgrzeszenia, wywołuje przerażającą agresję nadciągającego zewsząd i zachowującego się wobec niego jak wściekłe stado psów tłumu. Nie ma tu zatem mowy o wieńczącym jego wędrówkę odkupieniu, bo popadający w tym zdewastowanym pejzażu w obłęd i zupełnie osamotniony bohater staje nagle w obliczu totalnego upadku ludzkiej cywilizacji. I tylko wyciszona już i radośnie witana przez wszystkich Wenus odnosi zwycięstwo nad przeżartymi hipokryzją pseudo-wartościami pokazywanego nam społeczeństwa.
Podobnie jak w przypadku realizacji Lady Makbet mceńskiego powiatu i Turandot, tak i tym razem Calixto Bieito testuje wytrzymałość widza w obsesyjnym ukazywaniu najciemniejszych czeluści ludzkiej natury, z jej bestialstwem, sadyzmem i najgorszymi perwersjami, i tylko szkoda, że czytelność jego artystycznych zamiarów wzbudza różnorakiej natury wątpliwości. Jeśli jednak moc oddziaływania tej szokującej wizji jest tak zniewalająca, to dzieje się tak za sprawą bezgranicznie zaangażowanych, także na granicy fizycznych możliwości, wykonawców ze śpiewającym zmęczonym wprawdzie już tenorem, ale bezbłędnym aktorsko Burkhardem Fritzem w roli tytułowej i czarującą doskonale brzmiącym na całej szerokości skali sopranem Annette Dasch w partii Elżbiety na czele. Nie sposób też nie wspomnieć o kreującej postać Wenus Litwince Ausrine Stundyte, która scenicznie i wokalnie potrafi utożsamiać magnetycznie-zwierzęcą siłę seksualnego pożądania.

O tym, że mamy tu do czynienia z operą romantyczną przypomina nam jednak wyłącznie stojący na czele Orkiestry Symfonicznej Opera Vlaanderen rosyjski dyrygent Dmitri Jurowski. To przede wszystkim jego wyrafinowana i urzekająca rozległą paletą barw dźwiękowych interpretacja, sugestywnie eksponująca całe bogactwo myśli muzycznych oraz płynne przechodzenie od ostrzejszych kontrastów dynamicznych do epizodów o poruszającym liryzmie dostarcza niezapomnianych teatralnych przeżyć.
Leszek Bernat