Richard Wagner dwukrotnie przywoływał świat niemieckich poetów-pieśniarzy: rycerskich minnesängerów w „Tannhäuserze” oraz cechowych meistersingerów w „Śpiewakach norymberskich”.

O ile Heinrich Tannhäuser jest w znacznej mierze postacią fikcyjną, to występujący w operze (transmisja z nowojorskiej Metropolitan Opera oglądana 31 października w krakowskim kinie „Kijów”, należącym do Apollo-Film) jego przyjaciel, a zarazem konkurent Wolfram von Eschenbach istniał naprawdę. Przegrawszy turniej poetycko-śpiewaczy z Klingsorem, zemścił się, oczerniając go poprzez przedstawienie jako czarnoksiężnika w swojej wersji legendy o Parsifalu, do której Wagner odwoła się w swym ostatnim dziele scenicznym (skądinąd zapowiedzi słynnego Credo drezdeńskiego z niego dosłuchać się można w chórze powracających z Rzymu pielgrzymów „Beglückt darf nun dich, o Heimat, ich schauen” w trzecim akcie „Tannhäusera”). Autor opery romantycznej, jak określił „Tannhäusera”, był protestantem, ale cierpiącym na typowo katolicki kompleks winy, wynikający z temperamentu seksualnego.
Stąd obsesyjne występowanie w jego dziełach motywu miłości fizycznej, przeciwstawianej duchowej, oraz potrzeba odkupienia. Obydwie połączył we wspomnianym „Parsifalu” w jednej osobie – Kundry – personifikacji wiecznej kobiecości, stąd i inscenizatorów „Tannhäusera” kusi, niekiedy, by obsadzać Wenus i Elżbietę przez tę samą śpiewaczkę mimo różnic rejestrów, na które przeznaczone są ich partie.

W omawianym przedstawieniu nowojorskim wystąpiły jednak dwie artystki. Mezzosopran Michelle DeYoung wcieliła się w tę pierwszą, nie wyszła jednak poza poprawność wykonania wokalnego. Skądinąd sama Wenus i bachanalia w ujęciu Wagnera wyzbyte są wszelkiej zmysłowości, tak że bez większego uszczerbku dla przyzwoitości mogłyby się one odbyć w murach klasztornych, a sama bogini miłości jawić wręcz jego przeoryszą!...

Jako nieskalana, dziewicza Elżbieta, której czysta miłość zbawi od wiecznego potępienia Tannhäusera, pojawiła się Holenderka Eva-Maria Westbroeck. W jej otwierającej drugi akt arii Dich, teure Halle dają jeszcze znać o sobie nieśmiałe wokalizy.
Przez większą część przedstawienia nic nie zdawało się rekompensować masywnej acz niskiej sylwetki Johana Bothy, typowego tenora z zamierzchłej już epoki. Dopiero w przejmującym monologu Inbrunst im Herzen, wie kein Büßer noch o odmowie udzielenia przez papieża rozgrzeszenia w trzecim akcie, wspiął się na wyżyny wokalnej interpretacji.

Bardzo dobrym Wolframem okazał się Peter Mattei, zarówno w pieśni konkursowej Blick ich umher, wychwalającej miłość duchową w drugim akcie, jak i w słynnej Pieśni do gwiazdy (O du mein holder Abendstern) w trzecim. Bardzo korzystne wrażenie wywarł na mnie Günther Groissböck w roli Hermanna, landgrafa Turyngii i stryja Elżbiety, a także Ryan McKinny w stosunkowo drugoplanowej partii Biterolfa. Schorowany James Levine zdaje się nie do końca panować nad dramaturgicznym nerwem tak potężnych partytur jak wagnerowskie. Już ubiegłoroczni „Śpiewacy norymberscy” pozbawieni byli żywszych temp. Teraz powtórzyło się to w odniesieniu do „Tannhäusera”. Co prawda uwertura zagrana została jeszcze ze znacznym ożywieniem, o której nowatorstwie najlepiej świadczyć mogła reakcja po jej wysłuchaniu Verdiego, który o jej autorze wyraził się krótko i dobitnie: To wariat!.
Mieliśmy do czynienia z wersją paryską, a więc z następującym po uwerturze baletowym divertissement bachanaliów w grocie Wenus, dopisanym na życzenie teatru, ale umieszczonym przez kompozytora na początku, a nie w trzecim akcie, jak to było w zwyczaju, co więc nie zadowoliło paryżan i stało się jedną z przyczyn niepowodzenia całego przedsięwzięcia.

Inscenizacja Otto Schenka pozostaje bardzo pietystyczna w odtworzeniu czasu akcji. Scenografia Günthera Schneider-Siemssena stylizowana jest na malarstwo epoki, a więc na przykład sceneria drugiej odsłony pierwszego aktu przywodzi sztafaż obrazów Pietera Bruegela starszego, tyle że drzewa pozbawione są kruków, a wieśniaków zastąpili rycerze (stylizowane na średniowieczne malarstwo kostiumy Patricii Zipprodt). W trzecim akcie odniesienia te ulegają pewnemu zatarciu za sprawą oświetlenia, przydającego scenerii chłodnej tonacji kolorystycznej.
Lesław Czapliński