Współcześni Gaetano Donizettiego obdarzyli go frywolnymi przydomkami „Maestro orgasmo” i „Dozzinetti” (Tuzinki), co oczywiście miało związek z jego legendarną łatwością tworzenia i wprost nieprawdopodobną ilością napisanych dzieł. Wystarczy powiedzieć, że w wieku 27 lat, obok utworów z zakresu muzyki sakralnej i wokalnej, ten włoski kompozytor miał już w katalogu około siedemdziesięciu oper.

Nic zatem dziwnego, że – poruszając się równie swobodnie w konwencji tragedii jak i komedii – to właśnie on zdominował włoską operę w czasie rozpiętym pomiędzy śmiercią Belliniego i ujawnieniem się geniuszu Verdiego (Rossini przestał już wówczas komponować). W ogromnym dorobku Donizettiego nie wszystkie dzieła posiadają tę samą wartość i obok pozycji sytuujących się na szczytach inspiracji figurują również kompozycje konwencjonalne, często pisane tylko ze względów czysto komercyjnych.
Wystarczy jednak posłuchać takich arcydzieł jak Łucja z Lammermooru, Anna Bolena, Don Pasquale czy Napój miłosny, aby docenić wkład rzeczonego twórcy w rozwój języka romantycznej opery we Włoszech i poza ich granicami.

Tę ostatnią pozycję umieściła obecnie z wielkim powodzeniem na afiszu Opéra Bastille, w znanej i wielokrotnie już chwalonej inscenizacji francuskiego reżysera Laurent Pelly’ego, pokazanej po raz pierwszy na tej samej scenie w 2006 roku, później jeszcze wielokrotnie tu wznawianej, a w zeszłym roku „eksportowanej” także do londyńskiej Covent Garden.

Przypomnijmy, że libretto Napoju miłosnego (napisane przez Felice Romaniego) opowiada ujętą w formę dwóch aktów i eksponującą zaledwie czterech protagonistów historię miłosnych perypetii Nemorino, nieco naiwnego i biednego chłopca, który zakochał się bez pamięci w bogatej i bardziej doświadczonej kokietce Adinie.
Do akcji wchodzi jeszcze zarozumiały i pewny siebie sierżant Belcore, którego pojawienie się w roli konkurenta, zabiegającego o rękę Adiny, wzbudza u pałającego gorącym uczuciem nastolatka wielki niepokój. Nabywa on zatem u sprytnego szarlatana Dulcamary rzekomy eliksir miłości, a w rzeczywistości zwykłe wino, mające mu dodać odwagi i wzniecić zazdrość u beztroskiej dziewczyny.

Na podstawie tak zarysowanej intrygi powstała (w rekordowym tempie miesiąca) pełna zabawnych sytuacji i nagłych zwrotów akcji komedia, będąca perłą gatunku opera buffa, której narracja – wbrew pozornej banalności libretta – jest przeprowadzona w wyjątkowo zręczny i subtelny sposób.

W podobnie finezyjnym i błyskotliwym stylu Laurent Pelly prowadzi swoją inscenizację – osadzoną w atrakcyjnej pod względem plastycznym scenografii Chantal Thomas – brawurową i pogodną, wszak niejednokrotnie podszytą pewną dozą smutku czy refleksji i melancholii.
Otóż całą akcję rozgrywa on gdzieś na spokojnej i zanurzonej w słonecznych promieniach (zjawiskowa gra świateł Joëla Adama) włoskiej prowincji z lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku, przywołanej tutaj za sprawą piramidy wiązek siana, małej trattorii, rozległej perspektywy żółtych pól, po których biega pies (prawdziwy), a na rowerach i skuterach ściga się rozbawiona młodzież.

Wykreowana w ten sposób sielankowa, a nawet czarująco-poetycka rzeczywistość kojarzy się nieodparcie z filmami De Sica, Comenciniego czy nawet Viscontiego, a emanująca z niej atmosfera wprowadza jednoznacznie erotyczne konotacje.

Taki też charakter mają w ujęciu Pelly’ego zachodzące pomiędzy Nemorino i Adiną relacje. On jest sympatyczną i śmieszną niezdarą, której upór i spryt doprowadzają do szczęśliwego finału, ona zaś – w gruncie rzeczy równie nieśmiałą i strojącą miny trzpiotką, czekającą tylko na to, aż on ją zdecydowanie i ostatecznie zdobędzie.
Sława tej opera comica Donizettiego i nieprzeciętne walory inscenizacji francuskiego reżysera stały się niewątpliwie przyczyną wzmożonego zainteresowania ze strony publiczności ową repertuarową propozycją. Jeśli jednak widzowie przypuścili zmasowany atak na kasy teatru, to przede wszystkim ze względu na obecność w obsadzie dwóch gwiazd operowych światowego formatu (również pary w życiu prywatnym) w osobach występującej po raz pierwszy na scenie Opery Paryskiej Aleksandry Kurzak (Adina) i Roberto Alagna (Nemorino).

Powiedzmy od razu, że polska sopranistka wzruszyła słuchaczy fantastyczną muzykalnością oraz pięknem, świeżością i intonacyjną precyzją swego lirycznego, aksamitnego i klarownego jak źródlana woda głosu. Jego powab, czar i zdolność do niuansowania, a także giętkość i cieniowanie frazy w połączeniu z talentem aktorskim pozwalającym na budowanie przekonywującej postaci scenicznej złożyły się na wybitną kreację, którą zauroczona publiczność nagrodziła entuzjastycznymi owacjami.

Wielką klasą błysnął również partnerujący jej, imponujący intensywnie nasyconym i soczystym dźwiękiem tenor Roberto Alagna, porywający wirtuozowskim ogniem, niesamowitym zaangażowaniem i brawurową vis comica, wymagającą zresztą od niego wyjątkowej sprawności fizycznej.
Dzięki tej dwójce artystów takie magiczne epizody jak wykonana z głęboką wrażliwością przez Aleksandrę Kurzak aria „Prendi per me sei libero” czy słynna aria Nemorina „Una furtiva lagrima”, interpretowana przez Alagnę z wykorzystaniem szerokiej palety barw wokalnych, wywoływały na sali rzadko kiedy spotykane skupienie i przenikniętą emocjami ciszę.

Obok nich doskonale się sprawdzili baryton Mario Cassi, występujący jako lokalny don żuan sierżant Belcore, baryton-bas Ambrogio Maestri w roli wędrującego szarlatana i znachora, który mami wieśniaków cudownymi eliksirami na każdą chorobę, oraz sopranistka Mélissa Petit w drugoplanowej, wszakże uroczej partii Giannetty. Nie zawiódł też przyczyniający się do tworzenia pogodnej i ciepłej atmosfery tej utrzymanej na najwyższym poziomie realizacji chór, pracujący obecnie pod kierunkiem swego nowego szefa José Louisa Basso.

Całe przedstawienie sugestywnie i z werwą poprowadził stojący na czele Orkiestry Opery Paryskiej włoski dyrygent Donato Renzetti, porywający kalejdoskopem kolorów i nastrojów, pulsującą wewnętrznym nerwem narracją muzyczną i tak bardzo tutaj potrzebną, a przecież niełatwą do osiągnięcia, naturalną prostotą.
Leszek Bernat