Przegląd nowości

Pigmalion śpiewa i tańczy

Opublikowano: środa, 21, październik 2015 19:23

Kiedy się ogląda operę Jean-Philippe Rameau w inscenizacji Warszawskiej Opery Kameralnej to mimowolnie nasuwają się skojarzenia z popularnym musicalem My fair lady i największym przebojem tego dziełka Przetańczyć całą noc. Ten sam mit stał się podstawą dla muzycznego twórcy wspartego przez librecistę.

Pigmailon

Oczywiście nie chcę stawiać na szali utworu Rameau z muzyką Fredericka Loewe do musicalu opartego na bardzo dobrej komedii George'a Bernarda Shawa – inna epoka, inny gatunek, inne podejście itd. Jednak jedno co łączy oba widowiska, w ich zapamiętanej przeze mnie realizacji, to żywioł tańca. Rameau tworzył opery, których równorzędnym dla śpiewu składnikiem były tańce i to się udało także na scenie WOK. Krótkie, jednoaktowe dzieło nosi w podtytule nazwę „acte do ballet”. Oczywiście musiało to mieć konsekwencje także dla występujących na scenie śpiewaków, którzy choć w żaden sposób nie dorównywali członkom zespołu Baletu Dworskiego „Cracovia Danza” – Romanie Angel, która odpowiadała za cały układ choreograficzny, oraz Alicji Petrus, i Dariuszowi Brojkowi, ale przynajmniej starali się ich naśladować.


Karol Kozłowski w roli tytułowej staje w szeregu tancerzy razem ze swoją wybranką – ożywioną statuą Barbarą Zamek, i wykonuje staroświeckie pas. Ta para raczej się jednak głównie tylko do siebie przytula. Co wydaje się zrozumiałe.  Dość dobrze tanecznie przygotowana jest Julita Mirosławska grająca rolę Miłości, choć w śpiewie jej sopran brzmi, jak na ironię szorstko i nieprzyjemnie. O wiele bardziej wyrównany głos ma Iwona Lubowicz – w roli Cephise, czyli dotychczasowej ukochanej Pigmaliona. Wreszcie zadania taneczne podejmuje zaludniający scenę w finale Warszawski Chór Kameralny. Karol Kozłowski śpiewa chyba najlepiej z całej obsady, ma elastycznie prowadzony głos tenorowy i nie boi się ani forte, ani  barokowych ozdobników. Barbara Zamek otrzymała  rolę głównie pantomimiczną, choć pozwolono jej na kilka fraz pokazujących, że śpiewać też potrafi i głos ma przyjemny, choć subretkowy. Całość od strony muzycznej wypełnia bardzo sprawnie i z temperamentem  orkiestra Musice Antiquae Collegium Varsoviense grająca na starych instrumentach, a dyryguje nią przybyły aż z Australii Beniamin Bayl. Niektórzy nie dowierzali, iż artysta przybyły z Antypodów może w profesjonalny sposób zagłębić się w specyfikę francuskiego baroku, jednak ten kapelmistrz zasiadający jednocześnie przy klawesynie okazał się nie tylko skuteczny, ale i muzycznie wyedukowany.

Kilka zdań trzeba poświęcić inscenizacji Pigmaliona. Reżyser Natalia Kozłowska ma już ustalony chwyt sceniczny, aby osobom wprowadzającym dłuższe komentarze recytatywne wręczać do ręki notes, w którym zawarte są jakoby uwagi dotyczące dalszej akcji. Absolwentowi Akademii Sztuk Pięknych, który jednocześnie występował w roli tytułowej kazała zamarkować pracę rzeźbiarza, najpierw przygotowującego szkice swego dzieła a potem profesjonalnie trzymając dłuto i młotek zaczął obkuwać bryłę marmuru. Autorka scenografii multimedialnej Olga Warabida wypełniła otoczenie kompozycjami na wskroś nowoczesnymi, używając zarówno powyginanych rurek neonów, jak i płaszczyzn pokrytych niedbale wymalowanymi znakami w przyciemnionych kolorach. Taka dekoracja nie przeszkadza w rozwoju akcji, która raczej stoi w miejscu. Z kolei kostiumy, które zaprojektowała para Martyna Kander i Aleksandra Gąsior to pełna dowolność, od współczesnego kombinezonu roboczego z obowiązkowymi zabrudzeniami po eleganckie stroje z różnych epok skopiowane z obrazów starych mistrzów, jak Piero della Francesca, Rembrandt, itp. itd. Nie wiem która z pań się przyznaje do kostiumu ożywionej statui. Tutaj zagrała kompletna bezmyślność i brak estetyki. Uwolniona z kamienia piękność powinna być albo naga (umownie), albo w jakimś szczególnie wyrafinowanym stroju podkreślającym jej urodę. W przedstawieniu dano jej jakby biustonosz zrobiony z podpasek i za szerokie szorty. Dodatkowo Barbarze Zamek przykazano, by poruszała się niezdarnie i naśladowała mimiką wioskowego głupka. A może twórcy spektaklu chcieli w ten sposób podważyć słuszność wyboru Pigmaliona, który dla postaci z pomnika porzucił swą kochankę? Pytania takie jednak nie nurtują zbytnio publiczności, która do opery przychodzi słuchać głównie muzyki.

                                                                                  Joanna Tumiłowicz