Przegląd nowości

W cieniu szubienicy z wisielcem

Opublikowano: środa, 21, październik 2015 19:35

Akcja Trubadura na scenie nowojorskiej Metropolitan Opera, które to przedstawienie 3 października zainaugurowało nowy sezon transmisji do kin (oglądane w krakowskim „Kijowie”, należącym do sieci Apollo-Film) toczy się i spełnia pod znakiem szubienicy z wisielcem, a więc w pejzażu naznaczonym grozą i okrucieństwem. Poza tym w malowniczy sposób rozwiązano scenę, kiedy tytułowy bohater odbija z rąk nieprzyjaciół swoją ukochaną.

Trubadur,MET 1

Na kraty, zamykające scenę w głębi i po bokach, wspina się jego drużyna i mierzy z pistoletów do swych przeciwników. Zgodnie z panującą dzisiaj modą akcję przeniesiono w inne czasy niż te określone w libretcie. Kostiumy wskazywałyby na wiek XVIII, a więc okres wojny sukcesyjnej pomiędzy pretendującymi do tronu hiszpańskiego Habsburgami i Burbonami. Léo Slezak, słynny austriacki tenor, prawdopodobnie nie odznaczał się zbytnią lotnością umysłu, skoro uparcie utrzymywał, że mimo wielokrotnego występowania w tej operze, nigdy nie pojął o co w niej do końca chodzi.


Rzeczywiście, akcja obfituje w liczne perypetie i melodramatyczne spiętrzenia okropieństw (spalona na stosie Cyganka, której córka, w rozpaczy, zamiast syna okrutnego hrabiego, zabije własne dziecko, a tamtego wychowa jako swoje, a ten, gdy dorośnie, rywalizować będzie ze swym nieznanym bratem o względy pięknej Leonory, która, by uchronić się przed niechcianym małżeństwem postanowi wstąpić do klasztoru, skąd natręt będzie usiłował ją porwać, ale w ostatniej chwili udaremni to jej ukochany trubadur, który niebawem sam dostanie się do niewoli, gdy pośpieszy ratować przybraną matkę, a ta ujawni jego prawdziwe pochodzenie dopiero wtedy, gdy nieświadomy pokrewieństwa brat go uśmierci).

Trubadur,MET 2

Ale wszystko to nie odbiega szczególnie od zawiłości z jakimi mamy do czynienia w większości oper romantycznych.

Trubadur,MET 3

Trubadur, drugie ogniwo tzw. trylogii powszechnej (trilogia popolare), wobec okalających je Rigoletta i Traviaty pozostaje o wiele bardziej zachowawcze, nawiązując do numerowej opery belcantowej (arie składają się z lirycznej kawatyny i wirtuozowskiej cabaletty), z główną partią kobiecą przeznaczoną na dramatyczny sopran koloraturowy jak to bywało we wczesnych operach Verdiego. A więc głos o metalicznym brzmieniu, cięższy od tego jakim dysponuje Anna Netrebko, bliższy odmianie lirico spinto. Mimo to w jej śpiewie nie odczuwało się braku odpowiedniej mocy, albowiem została ona zrekompensowana cieplejszą barwą oraz bardzo wyrównanym prowadzeniem frazy.


Może jedynie wokalizy nie były tak perliste jakby się sobie życzyło. W ogóle od strony muzycznej nowojorskie wykonanie odznaczało się niezwykłą kulturą wokalną. Koreański tenor Yonghoon Lee w tytułowej roli trubadura Manrica zadbał o połączenie szlachetnego brzmienia ze znaczną dozą lirycznej ekspresji. Odwołał się w tym celu do całego arsenału środków wokalnych jak pełne subtelności cieniowanie tembru głosu, wsparte zastosowaniem ekspresyjnego falsetu, a także fil di voce, czyli ściszanie, oraz efekt odwrotny, a więc intonowanie dźwięku piano lub mezza voce i jego stopniowe rozszerzanie.

Trubadur,MET 4

Może jedynie „c” na zakończenie stretty sprawiało wrażenie nieco wysilonego, ale fermata trwała imponująco długo na wzór Pavarottiego. Za to pewien wysiłek malował się na jego twarzy, przydając mu o wiele starszy wygląd niż w rzeczywistości, kiedy poza sceną okazał się jeszcze całkiem młodym człowiekiem. Dolorę Zajick, sceniczną Azucenę, pamiętam w tej partii sprzed prawie trzydziestu lat, gdy polska telewizja przeprowadziła bezpośrednią transmisję tej opery z nowojorskiej Met z Luciano Pavarottim, Evą Martón i Sherrillem Milnesem. A zatem rzadki to przykład wokalnej długowieczności. Głos może już nie posiada tego blasku oraz barwy, co przedtem, ale artystka nadal potrafi nim operować w mistrzowski sposób, by za jego pomocą stworzyć pełnokrwistą postać i wyrazic całą gamę sprzecznych uczuć, które nią na przemian targają.


Do doświadczenia i techniki w znacznej mierze odwoływał się też Dmitrij Chorostowski w partii hrabiego Luny, albowiem najlepsze czasy w swojej karierze zdaje się mieć już za sobą. Jego baryton przybrał nieco matowy kolor, a także nie zawsze pozostaje w pełnej zgodzie z tekstem. Z kolei słowacki bas Štefan Kocán w roli Fernanda, zausznika Luny, posiada głos o nie największej rozpiętości, ale w pełni dostosowany do wymagań stylistycznych włoskich oper belcantowych, a nieco demoniczne rysy przydają tylko wiarygodności odtwarzanej postaci.

Trubadur,MET 5

Marco Armiliato ze swej strony zadbał nie tylko o dogodny dla solistów akompaniament, ale wydobył z partytury wszelkie subtelności, wykraczające poza schematyczne zwroty melodyczne i rozwiązania instrumentacyjne (odpowiedzi waltorni zza sceny w otwierającej scenie nocnego czuwania zamkowych straży).

Trubadur,MET 6

Jak na Verdiego przystało w operze tej znaczną rolę odgrywa chór. Nie tylko ten najsłynniejszy – Cyganów, wybijających rytm na kowadłach – ale i rycerzy obydwu zwalczających się stron, wreszcie mnichów jako dochodzące zza sceny posępne Miserere, stanowiące tragiczny refren wielkiej arii Leonory na początku IV aktu i zapowiadające nieuchronny bieg wypadków ku finałowej katastrofie. Tym razem chór nowojorskiej Met w pełni sprostał stawianym mu wymaganiom, przydając swemu występowi znaczną dozę efektowności.

                                                                        Lesław Czapliński