Wystawiona w Opera Bastille w Paryżu najnowsza inscenizacja tego mozartowskiego arcydzieła utrzymana została w modnej ostatnio manierze młodzieżowo – urzędniczej subkultury. Unosi się nad nią kult pieniądza, konsumpcji i erotyki oraz niepohamowanych emocji.

Na scenie królują: modne garnitury, garsonki, adidasy, czasami alkohol i maski myszki Miki. Chociaż chwilami trudno to wszystko zaakceptować to przyznać należy, że reżyser jest wyjątkowo konsekwentny w prezentowaniu swojej wizji rozgrywanej w jednym z nowoczesnych drapaczy chmur. Wokół szkło i aluminium potężnych bloków widocznych z okien miejsca gdzie rozgrywa się akcja. Żadnych zbędnych rekwizytów i kilka znakomitych, a przy tym nie pozbawionych humoru, pomysłów reżyserskich. Leporello śpiewa słynną arię katalogową przeglądając w telefonie komórkowym rejestr erotycznych podbojów swego pana.
Świetnie i z humorem rozegrana jest w tym przedstawieniu scena przebierania się Leporella z Don Giovannim, panowie po prostu zamieniają się krawatami. Za udany uważam pomysł wprowadzenia na scenę w końcowej scenie orkiestry, której członkowie zorientowawszy się w jakiej kolacji biorą udział w popłochu uciekają.

No i ten zupełnie zaskakujący finał, żadnych dymów buchających pod niebo czerwonych błysków piekielnych ogni, pękających ścian towarzyszących wejściu Komandora.

W tej inscenizacji Komandor nie wtacza się na scenę jako potężny ponury pomnik, jest wwożony na wózku inwalidzkim, a Don Giovanni nie zapada się w piekielne czeluście ale zostaje wyrzucony przez okno, proste i – przyznaję – efektowne rozwiązanie tej nastawionej na nowoczesność inscenizacji Michaela Haneke prowadzącego przedstawienie zbornie i czytelnie, dbając przy tym o wyrazistość charakteru każdego z bohaterów akcji i relacje między nimi.
Don Giovanni wykreowany przez polskiego barytona Artura Rucińskiego ma błysk w oku i żywiołowy temperament, oraz znakomitą prezencję. Jest przy tym pozbawiony skrupułów, a w myśl zasady: wszystkiego zaznałem, wszystkiego spróbowałem. bierze od życia wszystko co najlepsze nie dając nic w zamian.

Piękny, o bogatym szlachetnym brzmieniu i ciemnej barwie baryton, oraz znakomita technika pozwoliły mu na swobodne pokonanie trudności tej wymagającej wokalnego kunsztu partii zaśpiewanej bardzo muzykalnie i z wysoką kulturą. Linia wokalna zachwycała elegancją i stylowym prowadzeniem frazy.

Partię Leporella zaśpiewał Alessio Arduini, i chociaż podobał się od strony aktorskiej to jednak strona wokalna pozostawiała co nieco do życzenia, szczególnie w zakresie dynamiki, wolumenu oraz gęstości brzmienia w dolnym rejestrze. Mimo tego obaj panowie stanowili duet, którego słuchało się z dużą satysfakcją. Świetnie, w sensie aktorskim i wokalnym odnalazły się tej inscenizacji trzy panie, ofiary sercowych podbojów Don Giovanniego.
Maria Bengtsson (Donna Anna), Karina Deshayes (Donna Elvira) oraz Gaëlle Arquez (Zerlina), zaprezentowały pięknie, wyrównane w każdym rejestrze brzmienia i pewne prowadzenie głosów o dużej sile wyrazu, co pozwala wystawić im wysoką ocenę. Równie wysoko należy się odnieść do dokonań Matthev Polenzaniego w partii Don Ottavia. Nieco bezosobowym okazał się Fernando Radó jako nieco misiowaty Masetto.

Oglądanym przeze mnie przedstawieniem (6 październik) dyrygował Marius Stieghorst, który przejął je po Particku Lange. Przyznaję, że nieco zaskoczył mnie w uwerturze poprowadzonej majestatycznie, i jak na mój gust, zbyt ciężkim dźwiękiem.

Jednak powoli jakby nabrał wiatru w żagle i po nieco niefortunnym początku w muzyce pojawiła się właściwa Mozartowi finezja i elegancja. Nie można też odmówić dyrygentowi umiejętności wyeksponowania dramatycznego pulsu muzyki i dbałości o przejrzystość ansambli. Chociaż czasami zbyt ponosił go temperament, a wtedy brzmienie orkiestry przykrywało śpiewaków zmuszając ich do forsownego prowadzenia głosu.
Adam Czopek