Dyrektor Opery w Marsylii Maurice Xiberras nazywa instytucję teatru chronioną wyspą, ziemią azylu i miejscem wolności. Zważywszy na ogólny kontekst polityczny i podejście wielu decydentów do kultury można jednak uznać, że mamy tu do czynienia z oceną zadziwiająco optymistyczną.

Jeśli jednak pomimo różnego rodzaju ograniczeń budżetowych szef wspomnianej placówki ma powody do zadowolenia, to zapewne dlatego, iż w tym sezonie udało mu się doprowadzić do korzystnego połączenia instytucjonalnego dwóch prestiżowych sal: Odeonu i Opery.

Ta słuszna z organizacyjnego punktu widzenia decyzja, na pewno służąca lepszemu wykorzystaniu środków finansowych, pozwala też interesująco rozszerzyć ofertę repertuarową i przerzucić pomosty pomiędzy dziełami operowymi, pozycjami rozrywkowymi, operetką, recitalami, muzyką symfoniczną i spektaklami dla młodzieży. Miłośnicy sztuki operowej będą na przykład mieli okazję wybrać się na Semiramidę Rossiniego, Dwóch Foskariuszy i Makbeta Verdiego, Orlątko Iberta i Honeggera, Madame Butterfly Pucciniego, Madame Chrysanthème Messagera czy Cosi fan tutte Mozarta.
Jednocześnie w niezbyt odległej Sali Odeonu będą mogli dołączyć do publiczności lepiej się odnajdującej w repertuarze o lżejszym charakterze i bawić się podczas takich przedstawień jak W krainie uśmiechu Lehára, Andaluzja Lopeza, Perichola Offenbacha czy Trzy walce Oscara Straussa. Bieżący sezon rozpoczął się jednak od przypomnienia pokazanej już na tutejszej scenie siedem lat temu pięcioaktowej opery komicznej Julesa Masseneta Manon, w reżyserii Renée Auphan (byłej artystki operowej i późniejszej dyrektorki Opery w Marsylii) i Yves’a Coudray (również śpiewaka i zarazem reżysera).

Już w zamieszczonym w programie słowie wstępnym Renée Auphan wykłada swoje artystyczne credo, opowiadając się przeciwko podejmowaniu jakichkolwiek prób przeprowadzania transpozycji czasowej opowiadanej w libretcie akcji. Można oczywiście się z takim punktem widzenia zgadzać lub nie, chociaż owo tak często dyskutowane zagadnienie jest sprawą dużo bardziej złożoną i skomplikowaną, niżeli by się niektórym komentatorom życia operowego mogło wydawać, bo w przypadku każdego dzieła ów problem wygląda inaczej. Przenoszenie akcji w czasie nie może się przecież sprowadzać do czysto mechanicznego zabiegu, lecz musi być dokonywane ze szczególnym namysłem, w sposób odpowiedzialny i inteligentny, co niestety nie zawsze w praktyce operowej ma miejsce. Z drugiej jednak strony niektóre transpozycje nadają dziełom nową dynamikę, wypełniają je nieprzeczuwanymi nawet wcześniej sensami i tym samym przybliżają je współczesnej widowni. Wszak systematyczne rezygnowanie z aktualizowania tego jednak specyficznego gatunku sztuki – często określanej mianem elitarnej – może prowadzić do jeszcze szybszego starzenia się i tak już niezbyt młodej – jak w przypadku Marsylii – publiczności.
Otóż trzeba przyznać, że wzmiankowana wyżej opinia reżyserki znajduje swoje pełne i konsekwentne odzwierciedlenie w prezentowanej nam wizji Manon, wiernej wszelkim zdefiniowanym przez Masseneta didaskaliom, tradycyjnej, ale jednocześnie atrakcyjnej z plastycznego punktu widzenia.

Przy pomocy scenografa Jacques’a Gabela, kostiumolożki Katii Duflot oraz oświetleniowca Roberto Venturi Auphan opowiada w sposób bardzo czytelny i wręcz oczywisty tragiczną historię zakochanej dziewczyny, której pierwowzorem jest postać z arcydzieła francuskiego pisarza i nowelisty Antoine-François Prévosta. W akcie pierwszym przywołany zatem zostaje zajazd w mieście Amiens, w którym oczekiwany jest przyjazd wiozącego Manon dyliżansu z Arras. W akcie drugim przenosimy się do skromnego paryskiego mieszkania, w którym Manon i zakochany w niej kawaler Des Grieux wiodą skromną egzystencję, nie podejrzewając nawet jeszcze jak ciężkie przeżycia okrutny los postawi na ich drodze.
W tym samym akcie pokazana jest usytuowana w centrum Paryża wytworna promenada Cours la Reine, gdzie odbywa się wielka feta, podczas której królują trzy gracje pod czujnym nadzorem nieznośnego Morfontaine’a. Duże wrażenie wywiera epizod rozgrywany w kościele Saint-Sulpice, miejscu popularnych i porywających tłumy kazań dopiero co wyświęconego księdza, którym okazuje się być załamany i opłakujący swą utraconą miłość Kawaler Des Grieux. Na zakończenie pojawia się Hotel Transylwania – dom gry i niezdrowego hazardu – oraz droga do Hawru, skąd skazana na zesłanie Manon ma wyruszyć do Luizjany.

Można oczywiście się zżymać na to, że przywoływanie za pomocą – jako się rzekło - nie pozbawionej walorów plastycznych scenografii wyżej wymienionych miejsc nie buduje dramaturgicznej narracji, lecz zaledwie służy ilustrowaniu zawartej w libretcie akcji. Takie jednak jest wyjściowe założenie realizatorów, a ich intencje na pewno zadowalają miłośników tradycyjnych inscenizacji, choć szukająca elementów współczesnego teatru publiczność mogła się poczuć nieco zawiedziona. Jeżeli wszakże na koniec spektaklu rozlegają się gromkie oklaski, to jest to przede wszystkim zasługa prezentującej wysoki poziom obsady wykonawczej. Niepodważalną gwiazdą wieczoru jest śpiewająca tytułową partię i bardzo we Francji ceniona sopranistka Patrizia Ciofi. Trudno nie zauważyć, że w ostatnim czasie jej tak niegdyś bezbłędnie i perfekcyjnie brzmiący głos o wręcz nieograniczonych możliwościach zaczyna zdradzać pewne oznaki zmęczenia, dające o sobie znać szczególnie w górze skali. Natomiast wrażliwość włoskiej artystki, jej zaangażowanie sceniczne i umiejętność przekazywania rozległej palety uczuć wzbudza coraz większy podziw.
W jej kreacji Manon jawi się początkowo jako młoda i naiwna dziewczyna, która stopniowo odkrywa jak wielkie wrażenie wywiera na mężczyznach i bawi się tym nie zważając na czyhające na nią niebezpieczeństwa.

Jej głównym celem jest wzniesienie się ponad przeciętną egzystencję i sprzeciwienie się rodzinnemu zamiarowi zamknięcia jej w klasztorze. Następnie obserwujemy przyspieszone dojrzewanie tej nastolatki, pełne wiary w przyszłość odkrywanie żarliwej pasji miłosnej i wreszcie doświadczanie wywołanego przez te namiętne uczucie cierpienia zakończonego tragiczną śmiercią.

Pełne identyfikowanie się Patrizii Ciofi z nieszczęśliwą bohaterką, sugestywne ukazywanie kolejnych zmian stanów ducha i umiejętność odmalowywania ich środkami wokalnymi składają się na niezapomnianą kreację sceniczną. Wiarygodnym aktorsko jest również partnerujący jej w roli Kawalera Des Grieux tenor Sébastien Gueze, nieco jednak rozczarowujący często jakby zakleszczonym dźwiękiem i brakiem swobody wokalnej.
Tego typu problemu na pewno nie mają baryton Christophe Gay doskonale sobie radzący w partii De Brétigny’ego, występujący jako Lescaut Etienne Dupuis i wkraczający dosyć późno, ale za to skutecznie, do akcji bas Nicolas Cavallier, wcielający się w postać Hrabiego Des Grieux. Wszyscy oni stanowiązgrany i dobrze ze sobą współpracujący zespół solistów, uzupełniony ponadto przez tenora Rodolpha Brianda - niepotrzebnie przerysowującego cechy charakteru starego bogacza Guillota de Morfontaine’a – oraz bawiące nas w rolach trzech aktorek Jennifer Michel (Poussette), Antoinette Dennefeld (Javotte) i Jeanne-Marie Levy (Rosette). Nie zawodzi też dobrze brzmiący we wszystkich scenach, na codzień pracujący pod kierunkiem Emmanuela Trenque’a, chór. Dodajmy jeszcze, że do pierwszej odsłony aktu trzeciego wprowadzona została scena baletowa, ale opracowane z tej okazji przez Juliena Lestela dziwaczne układy choreograficzne niespodziewanie nabierają wręcz karykaturalnych i tym samym irytujących cech.

Prawdziwą satysfakcję sprawia słuchanie Orkiestry Opery w Marsylii, która pod dyrekcją Alexandre’a Joela oddaje pełną sprawiedliwość partyturze Masseneta, wypełnia ją mieniącymi się najrozmaitszymi odcieniami barwami, pozwalając nam delektować się wysmakowaną instrumentacją i niezwykle bogatą inwencją. Dzięki subtelnej i starannie dopracowanej interpretacji mamy okazję po raz kolejny przekonać się do walorów tego emanującego muzyczną elegancją, ale także i silnie odczuwaną zmysłowością, a nawet porywami pewnej brutalności, dzieła.
Leszek Bernat