Przegląd nowości

Atma w Trzęsaczu

Opublikowano: niedziela, 30, sierpień 2015 17:07

Jedenasty Międzynarodowy Festiwal Muzyczny Sacrum Non Profanum wszedł w kolejny program Muzyki Naszych Czasów. Profesor Bohdan Boguszewski zaplanował, że przez trzy lata dostarczy festiwalowej publiczności propozycji muzycznych stworzonych przez najwybitniejszych polskich kompozytorów współczesnych i będzie to muzyka: Karola Szymanowskiego (2015), Witolda Lutosławskiego (2016) i Andrzeja Panufnika (2017).

Trzesacz 6

Zamierzenie szalenie ambitne i trudne w realizacji, zważywszy, że główne wydarzenia festiwalowe odbywają się w małym kościółku pw. Miłosierdzia Bożego w Trzęsaczu, który w sierpniu odwiedzają głównie żądni plażowania i brązowej skóry wczasowicze. Ale tak już się utarło, że muzyka niełatwa, ale naszych czasów zagościła 200 metrów od bałtyckiego klifu.


W 2015 roku przypadła więc kolej na Karola Szymanowskiego, który sam sobie postawił za cel wprowadzenie polskiej muzyki, trochę już zaskorupiałej i anachronicznej, do światowej ligi nowoczesności, a nawet awangardy. Szymanowskiemu się udało i za życia i po śmierci, bo właśnie teraz kompozytor przeżywa swoją drugą młodość. Jest grany w największych centrach muzycznego świata i do tego dochodzi Trzęsacz, gdzie stoi mały kościółek pw. Miłosierdzia Bożego, którego przestrzeń nadaje się do wykonań utworów kameralnych. Coś jak willa Atma w Zakopanem. Festiwal jednak zainaugurowało wykonanie dużej formy, do czego bardziej odpowiednia była katedra w Szczecinie, zwłaszcza, że w programie znalazło się genialne Stabat Mater. Koncert w Katedrze zawierał też inne pozycje muzyczne, ale sztandarowe dzieło Szymanowskiego zostało wsparte moimi grafikami z cyklu pod tym samym tytułem, które ustawiono w bocznej nawie świątyni. Wernisaż wystawy poprzedzał Mszę Świętą w intencji Festiwalu, który sakralność zawiera w swej nazwie.

Trzesacz 7

Mszę „festiwalową” ozdabiał Chór Akademicki im. Jana Szyrockiego kierowany przez Szymona Wyrzykowskiego, który w niedzielę zachwycił ładnym brzmieniem i zestrojeniem w Motecie Brucknera, zaśpiewał też popularne Ave Verum Mozarta, a na zakończenie zaskoczył fragmentem chóralnym owego Stabat Mater Karola Szymanowskiego, w okrojonej, a właściwie okaleczonej, bo bez solistów, wersji. Z wypowiedzi dyrygenta wynikało, że chciał tylko spróbować w przestrzeni katedry jak zabrzmi ten fragment a’capella, dziwne jednak, że nie zdecydował się, aby włączyć tutaj głosy solistek, które stanowią o niezwykłej urodzie, ale i trudnościach tego fragmentu. No, ale wyszło jak wyszło. Po południu odbył się w sali kameralnej Filharmonii Szczecińskiej krótki recital młodego pianisty Witolda Czerniaka. Na wstępie zagrał Poloneza-Fantazję Chopina, sprawnie, ale bez koniecznej wyobraźni i finezji. Walc Ignacego Paderewskiego ujawnił jednak dużo większą lekkość, płynność i swobodę połączoną z dużą sprawnością pianistyczną.


Na zakończenie Witold Czerniak zagrał jeszcze jedną z Masek Szymanowskiego, jedno z Preludiów i Wariacje b-moll. Wszystko poprawne. Po krótkiej przerwie do sali weszły osoby zasłużone dla ruchu harcerskiego by wysłuchać  bardzo sprawnie zrealizowanej, chociaż nieco przydługiej gawędy Barbary Wachowicz pt. Kto Cię Polsko Będzie Kochał?

Trzesacz 8

Następnego dnia odbyła się już oficjalna inauguracja Festiwalu w Katedrze i tutaj, zgodnie z tradycją recital organowy poprzedził część wokalno-instrumentalną. Kilka kompozycji Jana Sebastiana Bacha wykonał Wiktor Łyjak. Wygląda na to, że artysta nie zapoznał się dobrze z potęgą brzmienia głosów pedałowych tego instrumentu, bo w prawdziwym arcydziele baroku, słynnej Passacagli c-moll skutecznie zagłuszył „nogami” cudowne figuracje grane na manuałach. Wykonanie kolejnych pozycji programu wieczoru także nie obyło się bez drobnych usterek. Widoczne to było zwłaszcza w Beatus Vir Henryka Mikołaja Góreckiego. Tutaj zawiódł Chór im. Jana Szyrockiego, który śpiewał forte brzydkim, wykrzyczanym, mało nośnym dźwiękiem. Było słychać, że chór 60 osobowy nie może wydobyć z siebie ani potężnego brzmienia w forte, ani nie robi zdecydowanych kontrastów dynamicznych gdy ma śpiewać piano, a te różnice są podstawą dobrego wykonania tego utworu, który w katedrze szczecińskiej wypadł dosyć monotonnie. Dyrygent chóru Szymon Wyrzykowski tłumaczył, że spora część zespołu jest na wakacjach, szukano więc na gwałt ludzi po innych grupach wokalnych, przyjęto nawet kilku obcokrajowców. Według chórmistrza  ten naprędce zebrany zespół po wykonaniu Góreckiego bardzo się zmęczył i w Stabat Mater już był w gorszej kondycji. Ponoć nawet  proponowano, by zamienić kolejność utworów i Beatus Vir dać na końcu. Ale to byłby błąd, bo Stabat Mater jest arcydziełem tej klasy, że tylko ono może pięknie zamknąć wieczór. Dobrze więc, że prof. Bohdan Boguszewski, który kierował całością na taką zamianę się nie zgodził. Na wyróżnienie natomiast zasłużył solista, baryton Leszek Skrla, który jakoś nie osłabł po wykonaniu Beatus Vir i śmiało stawiał czoła niebotycznym trudnościom jakie na niego czekały w dziele Szymanowskiego. Nie dał się pokonać forte orkiestry i chóru. W tych dramatycznych chwilach nie przestał być solistą, nie utonął w potoku dźwięków.


Oto co znaczy dobra emisja i higiena głosu. Na to powinni też zwrócić uwagę pedagodzy chóru szczecińskiego. W Stabat Mater do barytona dołączyły dwie panie, Barbara Kubiak i Ewa Marciniec. Obie  doskonale zgrane głosowo zdecydowanie utrzymały intonację w dosyć trudnym dla śpiewaków fragmencie Spraw niech płaczę. Barbara Kubiak zaczęła ten fragment bardzo jasnym głosem i wysoką pozycją, co pomogło całemu chórowi w utrzymaniu intonacji. Stabat Mater zawsze robi duże wrażenie, choć w jednej recenzji pojawiło się stwierdzenie, że nastąpiła w wykonaniu przewaga elementów wizualnych nad muzyką. To oczywista bzdura. Pomysł stosowany przez gwiazdy rocka, powielany podczas Festiwalu, jest efektowny, ale wymaga większego wyczucia, tzn. korelacji kolorów i puszczanych dymów, z narracją muzyczną. 

Trzesacz 9

Następny koncert odbywał się już w Trzęsaczu, i tutaj od razu usłyszeliśmy zespół z najwyższej półki. Camerata Silesia kierowana przez Annę Szostak jest teraz zespołem miasta Katowice. Wspaniały chór kameralny złożony z dobrze przygotowanych głosowo śpiewaków, na forte miał silniejsze brzmienie niż „składankowy” zespół w Szczecinie. A stanowiące clou programu Pieśni Kurpiowskie z misternie utkaną harmonią przez Karola Szymanowskiego dały poczucie niezwykłej uczty muzycznej. Występ Cameraty poprzedził młody pianista ze Szczecina Maciej Skowronek.Zagrał dosyć szkolnie, jakby się zasłuchał w nagraniu Glena Goulda, jedno z Preludiów i fug Bacha, oraz pierwszą część wczesnej Sonaty Beethovena, w której pokazał, że potrafi zbudować klasyczną formę. Szkoda, że na koncert nie pofatygował się Szymon Wyrzykowski. Może wtedy doceniłby jak ważną dla zespołu śpiewającego jest emisja głosu, która pozwala nie tylko na śpiew forte i piano bez wysilania gardła, ale umożliwia pokazanie różnych barw ludzkiego głosu. Kolejnego dnia recital rozpoczął doskonały organista Karol Gołębiowski, który do wykonania swoich utworów zastosował zestawy rejestrów świadczące o wyobraźni, i sprawnie przenosił nas w różne światy muzyczne. Np. w tańcach z Tabulatury Jana z Lublina mieliśmy prawdziwą kapelę dworską. Kolejny wykonawca Łukasz Długosz grający na flecie, także dowiódł swoich najwyższych kompetencji w posługiwaniu się tym instrumentem.


Udało mu się nie tylko grać, ale śpiewać na flecie. Jego główne atuty, to piękny, miękki dźwięk, umiejętność zmiany barwy instrumentu, muzykalność i ogromne zaangażowanie w realizację programu, którego obowiązkową pozycją były miniatury Karola Szymanowskiego, transkrypcje Pieśni Kurpiowskich na flet i fortepian (Andrzej Jungiewicz). Pewnym zaskoczeniem było wykonanie zupełnie nieznanej kompozycji Janusza Bieleckiego, który głównie zajmuje się biznesem, ale komponuje w stylu Francisa Poulenca, i robi to całkiem nieźle. 

Trzesacz 10

Bohaterami kolejnego wieczoru byli organista (i pianista) Julian Gembalski, oraz muzyk jazzowy Włodzimierz Nahorny. Nicią łączącą obu artystów miała być improwizacja. Julian Gembalski w ten sposób uzupełnił niedokończone kompozycje Jana Sebastiana Bacha, jedną z fug i Fantazję C-dur, w której użył nawet słynnego tematu z tak niefortunnie zagranej w Szczecinie Passacagli. Julian Gembalski wystąpił też przy fortepianie prezentując własną improwizację na temat góralski z Harnasi Szymanowskiego, w której próbował skorzystać z doświadczeń figuratywnych Strawińskiego. Sextet Włodzimierza Nahornego, w składzie fortepian, dwoje skrzypiec i wokal, kontrabas, saksofon, perkusja prezentował jazzowe transkrypcje Chopina, Szymanowskiego, Maciejewskiego i na bis Karłowicza. Najtrudniejszy okazał się Szymanowski, którego tkanka dźwiękowa i aura nijak nie przystawała do dosyć ogranych zwrotów używanych przez jazzmanów. Tylko temat podawany na skrzypcach dawał poczucie, że chodzi o naszego największego po Chopinie. Natomiast całkiem udane były transkrypcje różnych tematów, głównie ludowych wziętych z Chopina. Oryginalnym przykładem autorskiego opracowania było równoległe wykonanie jednego z Preludiów na fortepianie przez Włodzimierza Nahornego zestawione z zupełnie innym Preludium wykonywanym przez pozostałych członków sekstetu. Niepotrzebne też było tak mocne nagłośnienie w tym niewielkim kościółku. Powodowało ono nadmierne dudnienie dźwięku. Koncertem bez organisty był wieczór sygnowany jako Dzień Europejskiego Centrum Muzyki Krzysztofa Pendereckiego. Wypełniła go muzyka na smyczki.


Koreański skrzypek Jae-hong Yin pięknym brzmieniem instrumentu wprowadził nas w zawiłości Sonaty Ysaye'a, a recital zakończył arcytrudnymi Kaprysami Paganiniego. Bardzo soczyste brzmienie wydobywał ze swej wiolonczeli Tomasz Szczęsny, który przy współpracy pianisty Sławomira Wilka zagrał transkrypcję skrzypcowej Sonaty a-moll Karola Szymanowskiego. A na zakończenie cztery młode Brytyjki tworzące Jubilee Quartet wykonały z wyczuciem arcypolski II Kwartet smyczkowy Karola z Atmy. 

Trzesacz 11

Finał festiwalu to znów najwyższe rejony sztuki. Wyśmienity organista Joachim Grubich udowodnił, że na niewielkim instrumencie trzęsackiej świątyni można z powodzeniem zagrać znane pozycje z repertuaru romantycznego, w tym słynną Fantazję chorałową Cezara Francka. Rozkoszowaliśmy się też muzyczną finezją w Preludiach Maryjnych Juliusza Łuciuka. Na koniec pojawiła się znów „duża forma” – muzyka z baletu Harnasie, ale w transkrypcji na dwa fortepiany dokonanej przy aprobacie samego Szymanowskiego przez Grażynę Bacewicz. Realizacja tego zamierzenia, już uwieńczona na płycie firmy DUX przez Joannę Domańską i Andrzeja Tatarskiego, znów zbudziła ogromny aplauz. Jak powiedziała prof. Halina Lorkowska, która prowadziła we wspaniałym stylu większość koncertów, był to jedyny możliwy finał Festiwalu, który za czołową postać obrał Karola Szymanowskiego. Czemu jednak wnętrze niewielkiej świątyni w Trzęsaczu nie zostało wypełnione do ostatniego miejsca, choć przecież na pobliskiej plaży wylegiwały się każdego dnia tysiące wczasowiczów? Może trzeba by było bardziej aktywnie zachęcić potencjalną publiczność, wyjść z tą muzyką i dźwiękową informacją nawet na morski brzeg i deptak w Trzęsaczu, który jest ułożony jak na ironię z fortepianowej klawiatury i fragmentów muzycznej partytury? A może należało znów zaangażować amatorski chór z Rewala do wspierania niektórych wykonań? Daje też o sobie znać brak dobrze prowadzonych lekcji muzyki w szkołach, które obudziłyby w Polakach potrzebę obcowania ze sztuką wyższą, która buduje przecież nasze człowieczeństwo. Sposobów na zachęcenie publiczności jest jeszcze wiele, i zapewne niektóre z nich będą w użyciu podczas następnego Festiwalu w 2016 roku.

                                                                      Joanna Tumiłowicz