Przegląd nowości

Mozart plenerowy z dodatkiem deszczu

Opublikowano: wtorek, 04, sierpień 2015 11:01

Na zakończenie jubileuszowego XXV Festiwalu Mozartowskiego w wykonaniu artystów Warszawskiej Opery Kameralnej wystawiono w amfiteatrze Parku Sowińskiego semi-koncertowo Czarodziejski Flet. Koncertowo, bo na pierwszym planie umieszczono Orkiestrę Warszawską Sinfoniettę pod dyrekcją Rubena Silvy. Nie była to zupełnie oryginalna inscenizacja, raczej adaptacja ubiegłorocznego spektaklu plenerowego na dziedzińcu Pałacu w Wilanowie.

Mozart,plakat 1

Tutaj jednak wciśnięto ją w przestrzeń niewielkiej sceny, za to wykorzystano z wielkim powodzeniem brezentowy dach nad amfiteatrem. Rok temu w Wilanowie dachu nad publicznością nie było i przedstawienie nękane deszczami znacznie się opóźniało. W Parku Sowińskiego można było nie zważając na opady grać, a dodatkowo brezentowe sklepienie doskonale spełniało rolę sferycznego ekranu dla wideoanimacji, które non-stop towarzyszyły muzyce i były jej równorzędnym, choć nie równowartościowym partnerem.


Najcenniejsza w spektaklu była oczywiście muzyka, w wykonaniu plenerowym wspierana elektronicznym nagłośnieniem. Generalnie mikro-mikrofony artystów działały bez zarzutu, poza falstartem Tamina na samym początku, także orkiestra i chór były słyszalne w odpowiedniej proporcji do głosów solistów.

Mozart,plakat 2

Trzeba jednak przyznać, że nie było to mistrzostwo akustyczne, jak na znakomitych superprodukcjach w Operze Wrocławskiej, bo np. smyczki brzmiały w forte zbyt ostro i piskliwie. Na szczęście tytułowy flet  (tutaj trzeba by wymienić nazwisko pani pysznie grającej na tym instrumencie, jednak nie miała ona takiego szczęścia do układających listę obsadową jak jej koleżanka grająca na celeście – Dagmara Dudzińska) został odpowiednio wyodrębniony z grona innych instrumentów. Ruben Silva prowadził orkiestrę pewnie, choć niektóre sekwencje, np. wstępne takty uwertury zbytnio rozwlekał, a czasami ponosił go nadmiernie południowy temperament. Mozart to trudny partner dla muzyków, mimo swej pozornej prostoty.


Na szczęście obsada solistów został dobrana perfekcyjnie i nie było śpiewaka, który by ranił swoim głosem zachwycające frazy. Przeciwnie, wielu budziło podziw swoim poziomem przygotowania wokalnego i jakością wolumenu. Aleksander Kunach jako Tamino z absolutną lekkością pokonywał meandry tenorowej partii, i choć jego głos nie należy do szczególnie pięknych stanowił jeden z najmocniejszych filarów opery. Podobnie Tomasz Rak – Papageno z całkowitą swobodą poruszał się w tej jakże uroczej partii barytonowej. Bardzo ładny głos i dobre jego opanowanie charakteryzowały Paminę – Annę Mikołajczyk.

WOK,Flet 2

Królowa Nocy Tatjany Hempel bezproblemowo trafiała w koloraturowe staccata, gorzej poszło wykonanie obiegników legato w wysokich partiach popisowej roli, ale pokazała głos piękny, brzmiący w górze i średnicy. W maleńkiej roli Papageny usłyszeliśmy sympatyczny sopran Justyny Stępień. Trzy damy (Małgorzata Rodek, Mirosława Tukalska i Dorota Lachowicz) były klasą samą dla siebie i ładnie razem współbrzmiały. Trzej chłopcy nazwani trzema geniuszami nie tworzyli tak spoistego zespołu, ale że często powierza się te role fałszującym dyszkantom dziecięcym, więc mogliśmy się także czuć usatysfakcjonowani. Dariusz Górski w roli Sarastra imponował spokojem i dobrym osadzeniem basowego głosu. Sławomir Jurczak jako Zapowiadacz i jeden z kapłanów cieszył ucho piękną barwą bas-barytonową. Bogdan Śliwa znany z ogromnego temperamentu tutaj wyraźnie się hamował i przybierał wraz ze swym głosem kolor tła, jako pierwszy Kapłan. Za to najbardziej zauważalną postacią jawił się Monostatos Wojciecha Parchema, nie tyle może z powodu całkiem przyzwoitego operowania głosem, ale roli aktorskiej drobiazgowo opracowanej reżysersko. Na poprowadzenie pozostałych postaci już nie starczyło pomysłów Jerzemu Lachowi, więc robiły one wszystko według własnego uznania i snuły się po scenie czasem bez uzasadnienia.

O kostiumach Katarzyny Nesteruk można powiedzieć, że były zbieraniną nie do końca przemyślanych pomysłów. Trafiały się tutaj stroje z rewii i z rzymskiego Forum Romanum, garnitury pracowników korporacji łączyły się z szatą Matki Boskiej Ostrobramskiej i sukniami z prowincjonalnego balu  small-biznesu wraz z jasełkowymi aniołkami. Jak bajka to bajka, a jej atrybutami okazały się nie tylko kostiumy, ale przede wszystkim wyświetlane na wszystkich możliwych płaszczyznach kolorowe animacje wideo nazwane scenografią multimedialną.


Autorzy tej oprawy wizualnej – Sylwester Łuczak i Urszula Milanowska – z pewnością bardzo się napracowali gromadząc ogromnie bogaty materiał ikonograficzny powyciągany z rozmaitych szuflad. Były więc wzory roślinne, astronomiczne, ornitologiczne. Były zdjęcia ruin zamków i piramidy, do tego bogata w ornamenty sztuka Egiptu i Azteków, rysunki kabalistyczne i znaki astrologiczne. Autorzy tej quasi-scenografii z pewnością się zapoznali z librettem opery Mozarta.

WOK,Flet 2

Przygotowali zwoje jakiegoś kolorowego węża, dziesiątki zdjęć ptasich, ale tego wszystkiego wydawało się zbyt mało w zestawieniu z muzyką, która ciągle trwała i się zmieniała. Zapętlone animacje musiały powtarzać się wielokrotnie, a mniej więcej od połowy spektaklu jeszcze raz powracało to, co było na początku. Nawet w pewnym momencie dla urozmaicenia ptaki zaczęły latać do tyłu. Autorom oprawy wizualnej nie przyszło do głowy, że skoro w animacjach jest ruch to powinien on choć trochę być skoordynowany z tempami muzycznymi, nie mówiąc już o zrytmizowaniu ruchomych obrazków. Scenografia multimedialna nie towarzyszyła więc genialnej muzyce Mozarta, ale tworzyła własną, kiczowatą operę z mnóstwem rozmaitych szczegółów, które albo za szybko, albo za wolno przesuwały się po ekranach. Drobne wpadki, jak choćby wyświetlenie na wielu ekranach całkiem banalnego  zdjęcia paszportowego Anny Mikołajczyk, bez cienia uśmiechu i makijażu, które miało spowodować natychmiastowe zakochanie się w niej Tamina, nie zrobiły tyle spustoszenia, co beznamiętne pokazywanie zapętlonych filmików z jakiegoś tunelu. Dla kontrastu – wizerunek demonicznego Monostatosa – Wojciecha Parchema został o wiele lepiej zaaranżowany na ekranie, bo obrazek był niepokojący, w kolorze i ruchomy.  Monostatos wygrał więc z Paminą, ale tylko w wersji video. Jak wiadomo język oryginału Czarodziejskiego fletu to niemiecki. Czasami śpiewacy porozumiewali się w bliżej nieokreślonym slangu, a tłumaczenie wyświetlane na tablicy świetlnej często stosowało niezgrabną polszczyznę.

W podsumowaniu warto wyrazić zadowolenie, że jedna ze sztandarowych imprez kulturalnego lata muzycznego w Warszawie przetrwała chwile burzy i naporu, i że Festiwal Mozartowski nadal świadczy o tym, że jesteśmy w centrum Europy, a nie gdzieś na szarym końcu.

                                                                                    Joanna Tumiłowicz