Położone w środkowych Niemczech - w kraju związkowym Saksonia-Anhalt - nad rzeką Soławą miasto Halle zostało zniszczone w czasie II wojny światowej w bardzo niewielkim stopniu i dlatego może się poszczycić jednym z najlepiej zachowanych zespołów staromiejskich wśród dużych miast tego kraju. Ze względu na działalność Uniwersytetu Marcina Lutra, Niemieckiej Akademii Nauk Przyrodniczych, Instytutu Rozwoju Agrarnego czy dajmy na to Centrum Badań Środowiska Naturalnego Halle jest ośrodkiem niezwykle prężnym i o dynamicznie się rozwijającym środowisku studenckim.

Dla miłośników muzyki najważniejszym faktem jest jednak to, że właśnie tutaj 23 lutego 1685 roku urodził się jeden z największych kompozytorów wszechczasów: Georg Friedrich Haendel, który również w tym rodzinnym mieście pobierał lekcje kompozycji, a także gry na organach, klawesynie i skrzypcach u miejscowego organisty, studiował na tutejszym uniwersytecie, a następnie przez rok sprawował funkcję organisty w katedrze. Nic zatem dziwnego, że jednym z ważniejszych miejsc odwiedzanych przez turystów, ale także melomanów i badaczy, jest dom tego kompozytora (Händel-Haus), zawierający ogromne bogactwo pamiątek, dokumentów, partytur i instrumentów. Jest to obiekt doskonale pod względem merytorycznym zorganizowany, prowadzony przez wyjątkowo kompetentny zespół specjalistów. Oczywiście charakterystycznym punktem miasta jest też wznoszący się na centralnym placu pomnik owego muzycznego giganta, ulubione miejsce spotkań i obiekt niezliczonych ujęć fotograficznych.
Za najbardziej godny sposób na uczczenie pochodzącego stąd twórcy trzeba jednak uznać organizowany każdego roku w tym saksońskim mieście już od 1922 roku Festiwal Haendla (Händel-Festspiele Halle), zakrojoną na szeroką skalę i dysponującą sporymi środkami manifestację muzyczną, przyciągającą słuchaczy pochodzących z najróżniejszych stron świata. I choć Halle należy do najliczniej zaludnionego miasta w kraju związkowym, to przecież liczy sobie tylko niecałe ćwierć miliona mieszkańców, natomiast liczba miejsc koncertowych, jakimi dysponuje, może naprawdę zaimponować.

Zresztą wszystkie są maksymalnie wykorzystywane przez dyrekcję rzeczonego Festiwalu: począwszy od funkcjonalnego teatru operowego, poprzez salę Leopoldina, siedzibę tutejszej rozgłośni radiowej, aulę wspomnianego wyżej Uniwersytetu, kameralne sale Händel-Haus, odnowiony niedawno zamek Moritzburg, miejscowe kościoły (na przykład Marktkirche, Moritzkirche, Katedra), aż do urokliwego Goethe-Theater. Zaznaczmy, że w tym ostatnim przypadku chodzi o usytuowany kilkanaście kilometrów od Halle w miejscowości Bad Lauchstädt zabytkowy teatr operowy, w którym młody Richard Wagner debiutował w roku 1834 jako dyrygent prowadząc Don Giovanniego Mozarta. Ponadto niektóre festiwalowe wydarzenia o lżejszym charakterze rozgrywają się na świeżym powietrzu na miejskich placach i w ogrodach. W sumie na całe przedsięwzięcie składa się ponad sto różnego typu wydarzeń artystycznych, co świadczy o ogromie zaangażowanych w nie ze strony organizatorów i władz publicznych pracy i środków.
Pogram tegorocznego wydania Festiwalu, który rozgrywał się od trzydziestego maja do czternastego czerwca, został - tak jak to się dzieje od wielu lat - z niezwykłym znawstwem i artystycznym smakiem wymyślony oraz doskonale i z wielką energią zorganizowany przez jego dyrektora (zarazem dyrektora Fundacji Domu Haendla) Clemensa Birnbauma, prawdziwego spiritus movens całego przedsięwzięcia.

Przebiegało ono pod nośnym hasłem „Haendel i jego wykonawcy”, pod którym kryło się aż czterdzieści dziewięć wydarzeń z płatnym wejściem i mnóstwo innych atrakcji darmowych. Wśród tych ostatnich znalazła się atrakcyjna ceremonia przy pomniku Haendla z udziałem miejskiego chóru, czyli Stadtsingechor, a także „Trzynasta noc organów”, rodzinne spotkanie z muzyką na dziedzińcu Domu Haendla, rozmaite prelekcje przed poszczególnymi koncertami, uliczne pokazy teatralne, recitale organowe czy Międzynarodowa Konferencja Akademicka poświęcona twórczości bohatera manifestacji. Szczególnie intrygującą i godną upowszechniania inicjatywą Clemensa Birnbauma jest organizowany corocznie „Festiwal Haendla dla dzieci”, mający na celu upowszechniane muzyki wśród najmłodszej publiczności, wprowadzanie jej w świat dźwięków i wyrobienie nawyków nie tylko biernego słuchania muzyki, ale również jej czynnego praktykowania. W tym roku zadanie to powierzono brytyjskiemu zespołowi rockowemu Marillion, na którego czele stoi wokalista Derek William Dick, zwany Fish. Òw wykorzystujący syntetyzatory, specjalne efekty gitarowe, rozbudowaną perkusję i wokal ansambl wystąpił tym razem wspólnie ze Staatskapelle Halle pod dyrekcją Berndta Rufa, przerzucając w ten sposób mosty pomiędzy muzyką klasyczną i rockową, elektroniczną i orkiestrową.
Inna inicjatywa tego typu, nazwana „Jazz i barok: Haendel i więcej”, również znosiła bariery pomiędzy muzycznymi stylami, a wzięli w niej udział tacy renomowani jazzmani jak wokalista Christian Zehnder, saksofonistka Nicole Jahänntgen, kontrabasista Lars Danielsson i perkusista Magnus Oström. Przedstawili oni między innymi swoją oryginalną wersję Muzyki ogni sztucznych.

Tak jak w poprzednich latach, tak i w tym roku do Halle przyjechały z całej Europy największe „gwiazdy” i ansamble muzyki dawnej, a Festiwal otworzył koncert w George Händel Hall (odpowiedniku filharmonii), z udziałem festiwalowej orkiestry i jednego z najbardziej znanych i najstarszych chórów chłopięcych na świecie (w przyszłym roku będzie on obchodził 800 lat swego istnienia!): Dresdener Kreuzchor. Wraz z solistami Christiną Elbe (sopran), Henriette Gödde (alt), Robertem Selier (tenor) i Julianem Orlishausenem (baryton) wykonali oni słynne Te Deum Marc-Antoine Charpentiera, Glorię Vivaldiego oraz Utrecht Te Deum Haendla, które pod batutą dyrygenta Rodericha Kreilego nabrały klimatu dostojeństwa i odpowiedniego blasku. Òw koncert był transmitowany przez muzyczną stację radiową MDR Figaro, a także został jeszcze raz powtórzony, tym razem w Dreźnie, co jest owocem doskonałej współpracy pomiędzy tymi dwoma miastami, szczycącymi się znanymi na całym świecie festiwalami muzyki barokowej. Pierwszą realizacją operową, jaką mogłem na rzeczonym Festiwalu obejrzeć, była trzyaktowa haendlowska dramma per musica Lucio Cornelio Silla (nie mylić z operą seria Lucio Silla Mozarta), wystawiona w miejscowym teatrze operowym w reżyserii Stephena Lawlessa, w scenografii Franka Philippa Schlösmanna i pod dyrekcją muzyczną Enrico Onorfiego. Chodzi tutaj o najkrótsze dzieło Haendla powstałe do fatalnie skonstruowanego libretta Giacomo Rossiego, grzeszącego przede wszystkim zupełnie niespójną i trudną do scenicznej realizacji intrygą oraz pozbawionymi wiarygodności dramaturgicznej postaciami.
Głównym bohaterem jest oczywiście rzymski dowódca, polityk i dyktator Lucjusz Korneliusz Sulla, przedstawiony tutaj w sposób nasuwający skojarzenia z Benito Mussolinim. Obserwujemy go w scenerii ukazującej znajdujące się w podziemiach jakiegoś domu więzienia, kiedy to sieje wokół siebie prawdziwe spustoszenie usiłując oczarować biorące udział w zorganizowanym naprędce przyjęciu kobiety, zarazem brutalnie pozbywając się utrudniających mu tę rozrywkę rywali. Żeby pomimo miałkości libretta jakoś przyciągnąć naszą uwagę, reżyser rozgrywa całą historię w kontekście przywołującym czasy z połowy dwudziestego wieku, w stylu niemalże filmowym, z szybkimi zmianami kolejnych obrazów. Funkcjonalne dekoracje symbolizują zmieniające się pomieszczenia pustego pałacu, a zręcznie zmontowane przez Ankę Tornow projekcje wideo ukazują toczącą się na zewnątrz tej siedziby dyktatora wojnę. Żadne zabiegi nie były jednak w stanie przykuć uwagi widzów, którzy w miarę upływu czasu coraz bardziej ostentacyjnie zdradzali wyraźne oznaki znużenia. Nie porwała też muzyczna realizacja opery i to niezależnie od zaangażowania dyrygenta oraz dobrego poziomu zespołu solistów z obsadzonym w tytułowej roli Filippo Mineccią na czele. Powiedzmy jednak wprost: dobrze się dzieje, że na poświęconym Haendlowi Festiwalu pojawiają się także i te pozycje, które w innych sytuacjach nie mają nawet najmniejszych szans na publiczne zaistnienie.

Z zupełnie innym, bo wręcz entuzjastycznym, przyjęciem spotkała się inna opera głównego protagonisty Festiwalu, a mianowicie trzyaktowy Alessandro do libretta Paolo Antonio Rolli według Ortensia Mauro. Akcja dzieła, skomponowanego w 1726 roku dla londyńskiej Royal Academy of Music, jest skoncentrowana na postaci Aleksandra Wielkiego, którego fałszywe mniemanie na temat własnego pochodzenia skłania do uwierzenia, iż jest on synem samego boga Jupitera.
Zaślepiony próżnością protagonista wymaga od wszystkich podwładnych, aby go traktowali jak bóstwo, ale macedońscy wodzowie mają już dosyć tego zarozumialstwa i postanawiają przywołać Aleksandra do rzeczywistości. Jednocześnie dwie księżniczki, Lisaura i jej branka Rossane, rywalizują o względy i miłość tytułowego bohatera, co daje okazję do licznych zwrotów akcji. Ta wystawiona w intymnej atmosferze wzmiankowanego już Goethe-Theater w Bad Lauchstädt opera przyciągnęła festiwalowych gości przede wszystkim za sprawą fantastycznej obsady solistów, w której znalazły się dwie gwiazdy wykonawstwa barokowego, słynny kontratenor Max Emanuel Cencic (Aleksander) oraz charyzmatyczna i czarująca mezzosopranistka Blandine Staskiewicz (Rossane).

Oprócz nich zaprezentowali się też sopranistka Dilyara Idrisova (Lisaura), śpiewający altem Xavier Sabata (Tassile) i Vasily Khoroshev (Cleone), bas Pavel Kudinov (dowódca Clito) oraz tenor Juan Sancho (Leonato). Świetny poziom wokalny, energiczna i wysmakowana dyrekcja muzyczna George’a Petrou w połączeniu z bezpretensjonalną i opartą o precyzyjnie ustawioną grę aktorską reżyseria Lucindy Childs zapewniły tej pozycji niebywały sukces. Podobnie zresztą jak pokazana nieco później w tym samym miejscu nowa, opracowana według źródeł przez znanego muzykologa Alana Curtisa, wersja Semiramidy. Ten spektakl przyjechał na Festiwal z Theater an der Wien, a jego warstwę muzyczną z fantastycznym wyczuciem i profesjonalizmem realizował prestiżowy zespół Bach Consort Wien, pod dyrekcją niezawodnego argentyńskiego szefa Rubén Dubrovsky’ego. Tym razem treść libretta Pietro Metastasio scenicznie ciekawie ilustrował Francesco Micheli, a w międzynarodowym castingu swą sztuką wokalną błyszczeli między innymi turecka sopranistka Çiğdem Soyarslan (Semiramida), śpiewająca również sopranem, a pochodząca z Izraela Gan-ya Ben-gur Akselrod (Tamiri) czy norweska mezzosopranistka Gaia Petrone (Sibari).
Prawdziwym rarytasem okazało się przedstawienie miejscowego teatru operowego, który w swojej sali wystawił niezwykle rzadko pojawiającego się na scenie Arminio (chyba ostatni raz pokazanego na Festiwalu w Siennie piętnaście lat temu pod dyrekcja niestrudzonego Alana Curtisa). W Halle odpowiedzialność za muzyczną warstwę realizacji wziął na siebie Bernhard Forck, a za przygotowaną pomysłowo i z wielką starannością inscenizację i kreację kostiumów - Nigel Lowery. Dodajmy, że partię germańskiego wodza Arminio interesująco śpiewał Benno Schachtner, a w otaczającej go plejadzie artystów znalazł się również dysponujący świetnie ustawionym, gęsto nasyconym i szlachetnie brzmiącym basem polski artysta Tomasz Raff.

Wreszcie inna opera, jaką miałem jeszcze się podczas tego wydania Festiwalu okazję delektować, był trzyaktowy Imeneo, tym razem wykonany w wersji koncertowej przez zespół Europa Galante pod dyrekcją jego szefa Fabio Biondiego. Słynny włoski muzyk zaprosił na tę okoliczność do współpracy takich wybitnych wokalistów specjalizujących się w muzyce dawnej jak: bas Magnus Staveland (Imeneo), alt Ann Hallenberg (Tirinto), sopranistki Monica Piccini (Rosmene) i Cristiana Arcari (Clomiri) oraz bas Fabrizio Beggi (Argenio). Wykonanie to miało miejsce w tutejszej Filharmonii, co ostatecznie okazało się dla odbiorców dość dużym problemem, albowiem znaczne rozmiary sali powodowały, iż dość skupiony dźwięk zespołu instrumentalnego i duże fragmenty wokalnych popisów tej kameralnej interpretacji gubiły się w przepastnej przestrzeni nie nadającej się do tego typu wydarzeń instytucji muzycznej. Słuchacze odczuwali spory dyskomfort i tym samym nie mogli należycie docenić włożonej przez artystów pracy.
Docenili natomiast i nagrodzili burzliwymi brawami koncert ansamblu I Turchini, z Antonio Florio na czele, który w pięknej sali Leopoldinum wystąpił z programem zatytułowanym „Il Castrato del Granduca” poświęconym ulubionemu przez Haendla kastratowi Gaetano Berenstadtowi. Niejako w jego rolę wcielił się włoski kontratenor Filippo Mineccia, demonstrujący swój nieprzeciętny talent w wymagających niezawodnej wirtuozerii utworach Haendla, Giovanni Battisty Bononciniego, Leonardo Vinciego, Antonio Lottiego, Giovanniego Marii Capelliego i Giovanni Antonio Giaya.

Niezależnie jednak od entuzjastycznych reakcji publiczności, precyzyjnej gry orkiestry Antonio Florio i niewątpliwie imponującej techniki i muzykalności solisty, mnie ten koncert nie zachwycił, a nawet głęboko rozczarował brakiem pełnej współpracy pomiędzy szefem, a pozbawionym koniecznego wsparcia śpiewakiem. O tym, jak wspaniałe taka współpraca może przynieść rezultaty można się było przekonać przy okazji zorganizowanego w katedrze koncertu młodej jeszcze, a już niemalże legendarnej hiszpańskiej sopranistki Nurii Rial. Z towarzyszeniem zespołu Concerto Melante podbiła ona szczelnie wypełniającą kościelną nawę publiczność zjawiskową interpretacją utworów Domenico Gallo, Giuseppe Torelliego, Arcangelo Corelliego, Giovanniego Battisty Pergolesiego, no i oczywiście bohatera Festiwalu. Piękne brzmienie jej czarującego, niezwykle plastycznie prowadzonego, ciepłego i w każdej chwili przykuwającego uwagę inteligentnym eksponowaniem najdrobniejszych nawet, a w dodatku ściśle związanych z tekstem, szczegółów i detali głosu złożyły się na wymykające się prawom czasu i przestrzeni zjawisko, przenoszące nas jakby w inną, uduchowioną rzeczywistość.
Ponieważ zaś wspominałem wyżej o inicjatywach mających na celu przerzucanie mostów pomiędzy różnymi gatunkami i stylami muzyki, nie mogę jeszcze na zakończenie tego sprawozdania nie wspomnieć o dwóch podejmujących tego właśnie typu niezwykle udane inicjatywy koncertach. Pierwszy z nich to fascynujące spotkanie z młodym i wręcz porażającym swą dźwiękową wyobraźnią kompozytorem - i zarazem fagocistą - Burakiem Őzdemirem oraz czwórką współpracujących z nim instrumentalistów: Daniel Gubatz (skrzypce), Chang Yun Yoo (altówka), Linda Mantcheva (wiolonczela), Matthew Jones (teorba).

Przeplatający jego przeznaczone głównie na elektronikę oraz intrygujące oryginalną kolorystyką i niebanalną inwencją kompozycje z utworami Haendla (i jednym Purcella) program „Baroque Lounge” stał się ekscytującą przygodą ze współczesną wizją kreacji muzycznej, skierowaną w dużej mierze do młodej publiczności i z pewnością posiadającą wyjątkowe cechy inicjacyjne. Ten sam komentarz można też odnieść do drugiego podobnego typu koncertu „Messiah for 4”, podczas którego mogliśmy podziwiać niesamowitą pomysłowość, werwę, żywiołowość i artystyczną bezpośredniość szwedzkiego ansamblu Odd Size, który z porywającą swobodą „przeinterpretował” na swój sposób haendlowskiego Mesjasza, wykonując go w stylu folkowo-jazzowym, z energią oraz wysokiej próby poczuciem humoru. Oba te programy nadają się idealnie dla posiadającej jeszcze jakiekolwiek uprzedzenia w stosunku do tak zwanej muzyki poważnej młodzieżowej publiczności. Festiwal Haendla w Halle się już zakończył, ale wyniesione z niego pozytywne wrażenia pozostaną na cały rok. Jestem pewien że podczas przyszłego wydania tej zasłużonej manifestacji jej dyrektor Clemens Birnbaum zadba o to, aby jego goście opuszczali miejsce urodzin autora Juliusza Cezara, Agrippiny czy Rinaldo z równie bogatymi wrażeniami i tak samo wzbogaceni o nowe przeżycia artystyczne.
Leszek Bernat