W 17 kinach sieci Multikino w całej Polsce mogliśmy zobaczyć zjawiskową Normę Vincenzo Belliniego, retransmisję styczniowego przedstawienia na scenie Gran Teatre del Liceu w Barcelonie. Była to inscenizacja w zasadzie przygotowana przez Amerykanów, jako wynik kooperacji Opery z Barcelony z San Francisco Opera, Chicago Lyric Opera oraz Canadian Opera Company.

W międzynarodowej obsadzie solistów przeważali Amerykanie na czele ze wspaniałym sopranem Sondrą Radvanovsky, która specjalizuje się we włoskim repertuarze bel-canta. Już tylko dla tej śpiewaczki warto było spędzić ponad trzy godziny z tą szalenie trudną wykonawczo operą, bo ta solistka wykonuje partię Normy ze szczególną dbałością o nieśmiertelne melodie.
Włoski dyrygent Renato Palumbo poprowadził najsłynniejszą jej arię Casta diva w tempie tak wolnym, że dobre wykonanie graniczyło z niemożliwością, tymczasem Sondra Radvanovsky wręcz rozpływała się w figuracjach przechodząc od zupełnego piano do forte bez najmniejszego wysiłku i doskonale gospodarując swym oddechem. Jej aksamitny głos wznosił się ponad sceną w iście czarodziejski sposób, co podkreślała dosyć surowa, ale sugestywna scenografia.

Do roli Adalgisy zaangażowano renomowany mezzosopran z Rosji Ekaterinę Gubanovą, która na stałe osiadła w Niemczech. I choć ta artystka w niczym nie ustępowała sztuką wokalną i urodą głosu wykonawczyni partii tytułowej to jednak publiczność hiszpańska największymi owacjami witała każdą scenę z Normą, Adalgisę traktując jako artystkę drugiego planu, tak samo jak świetnego tenora amerykańskiego Gregory Kunde występującego w roli Pollione. Wśród dobrych głosowo wykonawców trzeba też zauważyć amerykańskiego basa Raymonda Aceto w roli Oroveso. Powiernica Normy Clotilda (Ana Pche) oraz przyjaciel Pollione Flavio (Francisco Vas) kreowali rzeczywiste role drugoplanowe, choć przyznać trzeba, że robili to bez zarzutu.
Na wyróżnienie zasługuje scenografia Davida Korinsa, prosta, nawet prymitywna, ale świetnie korespondująca z dosyć schematycznie zarysowaną akcją dramatyczną w tej operze i stanowiąca odniesienie do przeżyć bohaterów. Świetnie rozwiązano pierwszą scenę w świętym gaju Druidów, którzy odprawiają modły przy ściętym drzewie, na którym pozostały jeszcze owoce. Kostiumy zaprojektowane przez Jessicę Jahn nie były rodzajem syntezy strojów historycznych z elementami nowoczesnej prostoty i stylizacji. Natomiast reżyseria Kevina Newbury w zasadzie była niezauważalna, statyczna i radykalnie tradycjonalistyczna. Widać to było w sposobie operowania chórami, które po prostu ustawiały się na scenie w dwóch rzędach, jak na estradzie filharmonii, natomiast jedynym elementem dramaturgicznym dialogów Polliona z Flaviem było popychanie tego ostatniego tak, aby się przewrócił, co zresztą ten robił w sposób sztuczny i wymuszony. Gdyby nie zbliżenia kamery na twarze artystów, ich mimikę, moglibyśmy wątpić, czy w tej operze dzieje się cokolwiek istotnego.

Mieliśmy więc na ekranie Multikina rzeczywiste przeniesienie spektaklu operowego, bez jakichś większych aranżacji filmowych, ale za to mogliśmy się rozkoszować pięknym śpiewem i muzyką. Orkiestra i chór Gran Teatre del Liceu dawały też powody do estetycznej satysfakcji. Miękkość brzmienia kwintetu smyczkowego oraz świetni instrumentaliści grający na flecie, klarnecie i oboju byli także bohaterami tego wykonania, choć w partiach waltorni trafiały się niewielkie nieczystości. Spektakl pozwalał jednak podziwiać sztukę włoskiego bel canta we wzorcowym wykonaniu i doskonałej obsadzie jaką nie często udaje się zgromadzić w jednym miejscu i czasie.
Tą retransmisją Multikino zakończyło sezon operowy przed wakacjami. Z niecierpliwością czekamy na wydarzenia jesieni na wielkim ekranie.
Joanna Tumiłowicz