Do spektakli wagnerowkich Opery Wrocławskiej w największych dostępnych obiektach można przykładać rozmaite miary. Po pierwsze są to przykłady doskonale prowadzonej popularyzacji klasycznej sztuki wyższej w tych obszarach naszego społeczeństwa, które z muzyką poważną i europejskim kanonem kulturowym miało dotąd nikłe kontakty.

Po drugie jest to artystyczny bodziec do wspólnego wznoszenia się w rejony sztuki ambitniejszej, trudniejszej percepcyjnie i wykonawczo. Przypomnijmy, że pod batutą dyrektor Ewy Michnik Wrocław (i okolice) miał okazję wysłuchać w ramach operowych superprodukcji w Hali Stulecia całego cyklu Pierścień Nibelunga, który jest dostępny z uwagi na ogrom trudności wykonawczych tylko najlepszym zespołom na świecie.

Wreszcie trzeci aspekt wykonywania Wagnera właśnie we Wrocławiu to dowód mądrości historycznej i budowania mostów międzykulturowych polsko-niemieckich, a nawet wręcz szczycenie się spuścizną cywilizacyjną i artystyczną tych ziem dziś polskich, o której przez długie dziesięciolecia kazano nam zapominać.
To przecież wcale nie bez znaczenia, że przed 1939 rokiem we Wrocławiu wystawiano z dużym powodzeniem dzieła Ryszarda Wagnera i jego apologety Ryszarda Straussa, i jest wspaniałą zdobyczą naszej wolności i demokracji, że potrafimy się dziś szczycić tradycjami, które w tym miejscu budowali inni, bo jak proroczymi słowami obdarował nas Schiller i wyśpiewał Beethoven – wszyscy ludzie będą braćmi.

Wiele czasu trzeba było, aby w to uwierzyć, ale dziś wydaje się to naturalne. Opera Wrocławska jest jednym z chwalebnych przykładów takiego rozumienia dziedzictwa kulturowego, ale sprawy zaszły już na tyle daleko, że to polsko-niemieckie otwarcie należy dziś powszechnie do dobrego tonu.

Oto dokładnie wtedy, gdy na pergoli przy Hali Stulecia wystawiano Latającego Holendra Ryszarda Wagnera, w odległym o 100 km od Wrocławia Kamieńcu koło Kłodzka oddano do użytku podniesiony z ruiny przez nowych właścicieli piękny zabytkowy pałac, na którego murach widnieje data 1780. Podczas prac renowacyjnych wydobyli oni spod zmurszałego progu list pisany przez byłego „pana na Kamieńcu” z hrabiowskiej rodziny von Seherr-Thoss.
Zainteresowali się znaleziskiem do tego stopnia, że odnaleźli w Niemczech potomków dawnych właścicieli, którzy przysłali do Polski archiwalne zdjęcia i plany architektoniczne całej posiadłości bardzo pomocne przy rekonstrukcji zabytku. A jeden z przedstawicieli rodu przyjechał osobiście na uroczyste otwarcie pałacu, by podziękować za pietyzm w rekonstrukcji tej perełki architektonicznej, która znów będzie obiektem podziwu i zachwytu służąc ludziom jako elegancki pensjonat.

Wracając do premiery Holendra rozłożonej na 6 wieczorów po 3,3 tysiące widzów każdy. Tutaj także można było usłyszeć mowę niemiecką, nie tylko w tekście libretta, ale wśród publiczności. Dyrektor i dyrygent Ewa Michnik nie kryła zdziwienia, jak wielką popularność także poza Wrocławiem wyrobiły sobie megaprodukcje operowe.

Przyjeżdżają tutaj i wykupują bilety do ostatniego miejsca widzowie indywidualni i zbiorowi z najdalszych zakątków naszego kraju, nie licząc bliskiej zagranicy. Pojawiają się autokary nie tylko z Dolnego Śląska i Opolszczyzny, które mają tutaj stosunkowo blisko, ale także ze Szczecina, nawet z Rzeszowa. Recepta na sukces wielkich produkcji wydaje się prosta. Inscenizacja powinna być oryginalna, ale nie odbiegająca zbytnio od oryginału stworzonego przez kompozytora i librecistę.
Powinna być atrakcyjna wizualnie, bo na dużej przestrzeni musi się coś dziać, potrzebne są monumentalne dekoracje, efekty specjalne, światła, statyści, tancerze, nawet akrobaci. Potrzebne jest perfekcyjne nagłośnienie orkiestry, chóru i solistów, którzy muszą być dobrze słyszalni, ale bez rockowej przesady. Potrzebna jest równowaga wszystkich głosów, aby słuchacze mieli wrażenie, że to wielka scena operowa, a nie występy pod gołym niebem.

Wreszcie superprodukcja nie oznacza taryfy ulgowej dla wykonawców. To nie może być płytki spektakl dla mas, ale wykonanie na najwyższym możliwym poziomie artystycznym, którego nie powinna się wstydzić żadna szanująca się opera.

W ostatniej produkcji Opery Wrocławskiej spełniono wszystkie te warunki. Słowa podziwu należą się wielkiemu demiurgowi teatru muzycznego Waldemarowi Zawodzińskiemu. On to na brzegu wrocławskiej pergoli wybudował scenę spełniającą rolę nabrzeża, do którego przybijają statki, i tutaj przycumował raczej skromny żaglowiec Dalanda oraz przesadnie zdobny, niczym okręt królewski statek Holendra Tułacza. Bardzo sugestywne kostiumy dla holenderskiej załogi zaprojektowała Małgorzata Słoniowska. Były to ubrane w długie, połyskliwe płaszcze koloru bordo ludzkie szkielety. Oczywiście przedstawienie na wolnym powietrzu zawsze stanowi pewne ryzyko.
W dniach premiery nad Dolnym Śląskiem przetaczały się burze z piorunami i ulewy, na szczęście błyski widać było z oddali, a sceniczną zawieruchę morską na początku spektaklu stworzono z pomocą fontanny i licznych reflektorów, którymi kierował reżyser świateł Sergiy Czernikov.

Dodatkowo na brzegu podczas nocnej morskiej burzy pojawili się ludzie z pochodniami, aby żeglarzom próbującym dotrzeć do lądu wskazać właściwy kierunek. Wykorzystano przy tym sztukę żonglowania płonącymi żagwiami, co było atrakcyjne i logiczne zarazem. Bardzo interesująco rozwiązano wizualnie scenę z chórem prządek, które na całą długość sceny rozciągały zwoje włóczki, bawiąc się, śpiewając i tańcząc. Reżyserowi zabrakło jedynie pomysłu przy spotkaniu i duecie Senty i Holendra, bo dla sopranistki i barytona przyniesiono dwa fotele, na których soliści zasiedli.

Pochwalić trzeba możliwości obsadowe Opery Wrocławskiej, bo jedynie wykonawca roli tytułowej Richard Haan wystąpił gościnnie. Był to śpiewak solidny, dobrze przygotowany, choć muzycznie nie dorastający do bodaj najlepszego wykonawcy tej partii Dietricha Fischer-Diskaua. Wizualnie przypominał nieco naszego Andrzeja Hiolskiego, zaś głosowo czasami odzywał się jak Bernard Ładysz.
Partię basową Dalanda bardzo dobrze zrealizował Tomasz Raff, który w megaprodukcji operowej pokazał się po raz pierwszy. Ozdobą przedstawienia była Senta – Magdalena Barylak. Jej mocny głos wzbijał się swobodnie na najwyższe tony, artystka nie stosowała żadnych uników, cofania emisji. Był to więc prawdziwie europejski poziom wykonawstwa w tej trudnej, popisowej partii.

Jako Eryk wystąpił tenor Nikolay Doroshkin dobrze sobie radzący zarówno aktorsko jak i głosowo, choć nie jest to głos typowo wagnerowski, raczej liryczny. Podobnie ze sternikiem Igorem Stroinem, który miał do odegrania rolę odpowiedzialną, choć drugoplanową, tak samo jak piastunka Senty Mary – Barbara Bagińska. W tych dosyć skomplikowanych warunkach krajobrazowych i pogodowych podziw mogła budzi robota inżynierów dźwięku.

Doskonale nagłośniona była orkiestra, co dało się usłyszeć już w brawurowo zagranej Uwerturze. Głosy śpiewaków z początku wydawały się trochę za mocne w stosunku do orkiestry, ale szybko ich dynamikę skorygowano. Jak wyjawiła Ewa Michnik, każdy solista wyposażony był w dwa mikrofony na wypadek jakiejś awarii. W tych przedstawieniach trzeba być przygotowanym na rozmaite niespodzianki. Szkoda jedynie, że okręty stojące przy nabrzeżu w finałowej scenie nie odpłynęły, ale pergola jest zbyt płytka dla takich ewolucji.
Joanna Tumiłowicz