Ostatnio mamy wysyp polskich oper. Sięgając wstecz były to m.in. Madame Curie, opera Elżbiety Sikory, Space Opera Aleksandra Nowaka, Operetka Michała Dobrzyńskiego, ostatnio zaś Requiem dla ikony Katarzyny Głowickiej i Voyager Sławomira Kupczaka. Teraz na premierę czeka Olga Bo Marcina Błażewicza.

Ta przydługa wyliczanka, z pewnością nie obejmująca wszystkich nowych pozycji, nie uwzględnia też dawnych utworów odnalezionych współcześnie. Od wielu lat poszukiwał najstarszej polskiej opery dyrektor Warszawskiej Opery Kameralnej Stefan Sutkowski, podejrzewając, iż stworzył ją nadworny kapelmistrz Zygmunta III Wazy i Władysława IV Wazy Marco Scacchi. Niestety prace archeologiczne nie przyniosły rezultatów. Nazwisko Scacchiego pada jednak ze sceny w nowym programie Kabaretu Na Koniec Świata, który ostatnio na Scenie Przodownik zaprezentował się w celu uczczenia 250. lecia teatru publicznego w Polsce. A jak teatr, to oczywiście i opera, z tym, że gdyby odkopano jakiś „polski” utwór Scacchiego to mielibyśmy nie 250., ale 380. rocznicę teatru w Polsce, co prawda niezupełnie publicznego.
Żarty jednak na bok, twórcy Kabaretu Na Koniec Świata, reżyser Wawrzyniec Kostrzewski oraz prowadzący i piszący teksty Paweł Domagała, postanowili jakoś ubogacić teatralny jubileusz i przygotowali odnalezioną jakoby niedawno operę Rejwach, Czyli Polowanie Na Szynszyla. Muzycznie „zrekonstruował” dziełko kierownik muzyczny Kabaretu Mateusz Wachowiak, członek znakomitego Warszawskiego Kwintetu Akordeonowego. Powstała oczywiście parodia opery z dawnych czasów Rzeczpospolitej, zbudowana z recytatywów, duetów, arii i scen zbiorowych, gdzie chyba najpełniej dał o sobie stać talent Mateusza Wachowiaka, który przy akordeonie z towarzyszeniem kontrabasu i perkusji stworzył całkiem sensowną tkankę dźwiękową towarzyszącą solistom. Dodatkowo posługiwał się dosyć sprawnie pianinem oraz zagrał kilkanaście dźwięków na trąbce, co nadało utworowi prawdziwie uroczysty charakter.

Nie zważając na prześmiewczy charakter wydarzenia trzeba jednak stwierdzić, że opera to poważna sprawa. Jeśli chce się wykonać choćby najprostszą frazę muzyczną należy operować wyrównanym i brzmiącym głosem, a tego niestety współczesnych polskich aktorów nikt nie uczy. W omawianym Polowaniu na Szynszyla pojawia się np. całkiem wyraźny cytat ze słynnego Marsza Toreadora z Carmen Georga Bizeta, czego „ot tak sobie”zaśpiewać się nie da. Skoro już jesteśmy przy jubileuszu 250. teatru publicznego w Polsce, to przypomnijmy, że jedna z legend polskiej sceny Ludwik Solski z niejakim powodzeniem występował w roli Jontka w operze Halka Stanisława Moniuszki. Który z dzisiejszych artystów sceny dramatycznej dałby radę takiemu wyzwaniu?
Mieliśmy zatem w kabaretowym wykonaniu „parodię parodii”, artyści śpiewali surowymi głosami, a przy tym niemiłosiernie fałszowali. Niestety gromadnie przybyła publiczność nie zauważyła tych niedoskonałości, bo tak jak zawodowych aktorów, tak samo widzów i słuchaczy nikt dziś nie informuje ani muzycznie nie edukuje, jak powinien brzmieć dobrze szkolony głos, w operze, na estradzie, przy śpiewaniu pieśni, piosenek itd.

Nie ma już kanonu śpiewu, nie ma reguł, śpiewać każdy może..., ale prawie nikt już nie śpiewa. Dlatego też we wpisach internetowych na Facebooku pojawiły się głosy pełne zachwytu i ... niewiedzy. Oto próbka: Wspaniałe przedstawienie [jak zawsze!] !!! Opera reeeeweeeelacjaaa!!. Świetna zabawa dla ludzi z poczuciem humoru. Aktorzy kolejny raz pokazali kunszt swoich wokalnych możliwości. Ogromne brawa dla Olgi Sarzyńskiej. Wspaniały głos i olbrzymi potencjał!! Wszyscy zasługują na owacje na stojąco!!!.
Czy był to rzeczywiście „kunszt wokalnych możliwości”? Aktorka Olga Sarzyńska na pewno ma materiał głosowy, który mogłaby doskonalić, ale o ileż ciekawiej i śmieszniej wypadłaby ta operowa scenka, gdyby wykonawców przygotował profesjonalny wokalista.
A poza tym, kabaret warto zobaczyć.
Joanna Tumiłowicz