Przegląd nowości

Dyptyk werystyczny w MET, czyli tragifarsa brzydkich ludzi w naiwnym teatrze

Opublikowano: czwartek, 30, kwiecień 2015 16:50

Zapowiadało się bardzo obiecująco, skoro na scenie, otwartej, zanim rozpoczęło się przedstawienie, można było dostrzec po środku niej prostokątny podest otoczony przez koliście ustawione krzesła. A zatem należało się spodziewać, iż rzecz cała rozegra się pomiędzy protagonistami niczym na arenie, na oczach lokalnej społeczności, przejmującej rolę nieubłaganego Fatum. Niestety bardzo szybko okazało się, że podest posłuży do inscenizacji rodzajowych scenek z okazji Wielkanocy, w okresie której rozgrywa się akcja opery Pietro Mascagniego.

Pajace,MET 1

Poza tym wszystkiego w przedstawieniu w MET (25 kwietnia, oglądanym w krakowskim kinie „Kijów) jest za dużo: wygłupów, przepraszam gagów (trójka tancerzy-mimów w „Rycerskości” ni to w stylu flamenco, ni to stepowaniem naśladujących galopujące rumaki w trakcie arii Alfia, w „Pajacach” będących już bardziej na swoim miejscu), grymasów, ruchu scenicznego, czyli teatru głuchoniemych chóru, gdy akurat nie śpiewa, a co za tym idzie wypełnia czas wzajemnym poklepywaniem się i obłapianiem, jakby widzowi nie wystarczyło skupić się na solistach, czy rozbrzmiewających właśnie ustępach orkiestrowych.


Wypełnianie każdej minuty przedstawienia działaniami scenicznymi prowadzi niekiedy wręcz do „zatupania” i samej muzyki. O ile „Rycerskość wieśniacza” rozgrywa się w bliżej nieokreślonej przeszłości, to „Pajace” Ruggiera Leoncavalla za sprawą ciężarówki, którą przybywa trupa komediantów, oraz kostiumów, wyraźnie osadzona jest w realiach lat pięćdziesiątych. Przy okazji w tych drugich powrócono do pierwotnej, przewidzianej przez kompozytora wersji wypowiadania znamiennej konkluzji – „la commedia è finita” (przedstawienie dobiegło końca) – przez Tonia, wykonującego również prolog, a nie jak się potem przyjęło tytułowego pajaca, czyli Cania.

Rycerskosc wiesniacza 1

Obydwa przedstawienia zawisły na głosie Marcela Alvareza, ale tylko głosie, bo scenicznie pozostawał nieznośnym, by nie powiedzieć żałosnym komediantem. A przecież potrafi tyle wygrać głosem! W zależności od sytuacji i okoliczności dobiera odpowiedni jego tembr, różnicuje natężenie (nie jest włoskim tenorem, skupionym wyłącznie na efekcie swego występu). Podobnie George Gagnidze, co raziło zwłaszcza w przypadku Alfia, bo w „Pajacach” tłumaczyło się przynależnością do wędrownej trupy komediantów właśnie.


Zawiodła Eva-Maria Westbroek, odtwórczyni Santuzzy. Co prawda poprawnie zaśpiewała tekst nutowy, ale brzydkim, by nie powiedzieć odstręczającym dźwiękiem.

Pajace,MET 2

Najlepiej, obok głównego protagonisty, zaprezentowali się odtwórcy partii drugoplanowych, czy zgoła epizodycznych: a więc Ginger Costa-Jackson, operująca szlachetnym mezzosopranem w roli Loli, Andrew Stenson jako Beppo, a także Jane Bunnell w roli Łucji, matki Turiddu. 

Pajace,MET 3

Trzeba jednak przyznać, że mezza voce Patricii Racette i Lucasa Meachema w duecie miłosnym  Neddy z Silviem robiło znaczne wrażenie. Ze swej strony Fabio Luisi wydobył z partytury Leoncavalla wszelkie subtelności jak zgoła impresjonistyczne plamy dźwiękowe.


Wydaje mi się, iż  uświęcone przez powszechną praktykę zestawianie tych oper w ramach jednego wieczora posiada paradoksalny charakter.

Rycerskosc wiesniacza 2

Arcydzieło Mascagniego mimo numerowej budowy wydaje się być zrodzonym z symfonizmu, zapewniającego ciągły rozwój wydarzeń, oparty na nieustannej progresji napięcia. Bardziej otwarty charakter partytury Leoncavalla, fascynującego się Wagnerem, nie chroni przed wrażeniem znacznej konwencjonalności: ballada Neddy z koloraturami, jej duet z Toniem, a potem z Silviem, onomatopeiczny chór naśladujący bicie kościelnych dzwonów, wzywających na nabożeństwo, tym razem z okazji święta Wniebowzięcia.

Rycerskosc wiesniacza 3

Na tle „Rycerskości wieśniaczej” „Pajace” tym bardziej wydają się straszną ramotą. Dlatego lepiej by zestawiać tę pierwszą  z bardziej pokrewną jej estetycznie i fabularnie „Dziewczyną z Nawarry” Jules’a Masseneta. Zresztą tak czyniła przed pierwszą wojną światową Opera Lwowska. Wtedy ta sama śpiewaczka mogłaby też wykonywać pokrewne charakterologicznie i wokalnie partie głównych bohaterek: Santuzzy i Anity.

                                                                         Lesław Czapliński