Przegląd nowości

Migawki z Beethovena

Opublikowano: wtorek, 07, kwiecień 2015 14:26

Tegoroczny XIX Wielkanocny Festiwal Ludwiga van Beethovena był nie mniej atrakcyjny niż poprzednie, choć zapowiedziano już, że kolejny XX. ma być jubileuszowym wystrzałem. Dziwić może więc pewna powściągliwość krytyka muzycznego Jacka Marczyńskiego, który typując wydarzenie tygodnia tuż przed Świętami Wielkanocnymi w TVP Kultura nie wymienił Festiwalu, jako pozycji najbardziej wartościowej w tym przedziale czasowym.

Rosie Lomas

Trudno jednemu słuchaczowi ogarnąć wszystkie wydarzenie festiwalowe, które (gdyby się chciało uczestniczyć we wszystkich koncertach) należałoby zrezygnować całkowicie z innych zajęć. Tym większy podziw dla twórczyni Festiwalu Elżbiety Pendereckiej, że nie tylko zaprogramowała tak bogatą w wydarzenia imprezę, zorganizowała występy zespołów i artystów, ale także była obecna na każdym koncercie, a nierzadko odbywały się po dwa jednego dnia. Wielką pomocą dla przeciętnego melomana były transmisje radiowe wybranych wieczorów na antenie niezawodnej „dwójki”.


Oczywiście dźwięk wydobywający się odbiornika nie zastąpi w pełni wrażeń z sali koncertowej, jednak to co można było usłyszeć dawało pewne pojęcie o jakości artystycznej poszczególnych produkcji. Nie ulega więc dla mnie wątpliwości, że występ NOSPR-u pod batutą Leonarda Slatkina na inauguracji Festiwalu był muzyczną perłą, zwłaszcza wykonanie IV Symfonii Gustava Mahlera sięgało wyżyn artyzmu.

Kristjan Jarvi

Wydarzeniem rozgrywającym się w bardzo gorącej atmosferze był „składankowy” koncert Baltic Sea Youth Philharmonic pod dyrekcją Kristjana Järvi. Nietypowo pomyślany wieczór, na który składało się 11 niedługich kompozycji, lub też części większych całości, miał na celu zapoznać słuchaczy z utworami powstałymi we wszystkich krajach nadbałtyckich, bo też w orkiestrze grają młodzi instrumentaliści, którzy morskie kąpiele zażywają w chłodnych i kapryśnym wodach tego samego akwenu. Przyznać trzeba, że Polskę reprezentowało aż dwóch autorów, Kilar i Penderecki, co było nie tylko ukłonem w kierunku „gospodarzy”.


Orkiestra grała cały program z ogromnym zapałem właściwym dla uzdolnionej młodzieży, i to niezależnie od jakości samych kompozycji wstawionych do repertuaru, ale chyba głównym akceleratorem tego wydarzenia był wywodzący się ze znakomitej rodziny kapelmistrzowskiej Kristjan Järvi. To jego niezwykła charyzma sprawiała, że każda fraza i każdy dźwięk był ogromnym przeżyciem nie tylko dla młodych wykonawców, ale także dla młodych i nie tylko słuchaczy. To wielka sztuka, nie każdemu dostępna.

Miłym akcentem był recital dwojga młodych polskich pianistów, którzy już ćwiczą palce przed startem w kolejnym Konkursie Chopinowskim. Julii Kociuban i Szymona Nehringa. Mogłam posłuchać tylko pierwszej artystki, i byłam bardzo pozytywnie zbudowana. O ile Andante spianato i Wielkiego Poloneza Chopina zagrała bardzo poprawnie, ale ze szkolną manierą, i nie wyzbyła się pewnej sztywności także w Sonacie Es-dur Beethovena kończącej się ognistym tańcem rosyjskim, to już w II Sonacie fortepianowej Grażyny Bacewicz pokazała swobodę, wirtuozowski temperament, panowanie nad wieloma płaszczyznami niełatwej partytury, w której motywy ludowe korespondowały w sposób niezwykle twórczy z eksperymentami dźwiękowymi i fakturalnymi.

Wysoką kulturę muzyczną wykazał Alexander String Quartet, zarówno w późnym i mocno eksperymentującym Kwartecie op. 132 Beethovena, jak też wzmocniony przez żywiołowego pianistę Borisa Bermana w Kwintecie Johannesa Brahmsa. Zauważalny był tutaj energetyczny wpływ pianisty na interpretację zespołu smyczkowego. To był zresztą jeden z nielicznych przykładów, kiedy Beethoven brzmiał bardziej nowocześnie niż Brahms.

Jeszcze więcej nowoczesności zaprezentowali wybrani muzycy z zespołu Filharmonii Narodowej (tylko 13 instrumentalistów) i 5 solistów śpiewaków w koncertowym wykonaniu nieznanej u nas opery Benjamina Brittena The Turn of the Screw, co niektórzy tłumaczą jako „obrót śruby” czy wręcz „dokręcanie śruby”, a była to historia oparta na trzymającej w napięciu powieści W kleszczach lęku autorstwa: Henry Jamesa.  Muzycznie opera typowa dla Brittena, z kilkoma stylizacjami, z wieloma efektami dźwiękonaśladowczymi, ze znakomitym wykorzystaniem barwy instrumentów dętych blaszanych i drewnianych. Z podziwem słuchaliśmy ekwilibrystycznych efektów waltornisty Tomasza Bińkowskiego, który ze swego instrumentu wydobywał tony właściwe dla trąbki, świetna była grająca na oboju i rożku angielskim Aleksandra Rojek, ale nie dało się pominąć także dwójki koncertmistrzów skrzypiec Marii Machowskiej i Krzysztofa Bąkowskiego. Wśród solistów absolutną rewelacją były śpiewające dzieci, doskonale przygotowane muzycznie, ale co najważniejsze, intonujące idealnie czysto, co w wieku młodzieńczym jest coraz rzadsze. Dominic Lynch śpiewający dyszkantem i Rosie Lomas, dojrzała, choć wyglądająca dziewczęco sopranistka nie tylko wykonywali bezbłędnie zapisane w partyturze partie, w sporej części z pamięci, ale także starali się oddać przeżycia kreowanych postaci, a były tam poza pozbawieniem miłości rodzicielskiej także o wiele dramatyczniejsze przejścia, molestowanie przez pedofila czy straszenie duchami. Opera kończy się tragicznie, co chłopiec stojący na estradzie Filharmonii Narodowej także w subtelny sposób starał się zasygnalizować. Rosie Lomas w dialogach z guwernantką (bardzo sprawny sopran Emily Workman), starała się nie tylko dorównać dynamiką głosu swej partnerce, ale dostosowywała swój dźwięczny wolumen do jej barwy. Zachwyty nad brytyjskimi wykonawcami wydają się tym bardziej uzasadnione, że nie dalej jak kilka dni po tym koncercie mieliśmy w Warszawie małą uroczystość – inaugurację nowego kanału Polskie Radio Dzieciom, podczas której wystąpiła grupa śpiewających dzieci ze studia wokalnego przy Warszawskiej Szkole Filmowej Mała Filmówka.


Dwójka solistów w prościutkiej piosence z mocnym podkładem pop tak niemiłosiernie fałszowała, że należało się poważnie zastanowić, czy takie produkcje nadają się na antenę rozgłośni dziecięcej. Nie chodzi o to, by kompletnie wykluczać takie rozrywkowo-popularne zespoły, ale nie powinna to być propozycja „zamiast” czegoś bardziej wartościowego, a chyba w założeniach programowych nowej stacji leży właśnie edukacja, również muzyczna.

Borowicz Lukasz

Mamy przecież setki ambitniejszych piosenek dla dzieci, jest twórczość Blocha, Lutosławskiego, Góreckiego. Stefan Kisielewski też pozostawił kilka takich zabawnych utworów, nie wspominając już o kompletnie zapomnianych ale uroczych, prostych i bardzo wartościowych piosenkach do słów Marii Konopnickiej z cyklu Cztery Pory Roku Zygmunta Noskowskiego. Pozostali soliści w operze Brittena przygotowanej muzyczne przez Łukasza Borowicza byli solidnie poprawni. Z ciekawostek – Diane Montague śpiewająca ładnym głosem, ale dosyć siłowo, zastąpiła niedysponowaną w tym dniu Agnieszkę Rehlis, która jednak wystąpiła w Dies illa Pendereckiego na zakończenie Festiwalu.


Z wokalnych wydarzeń wymienić należy piękny recital mezzosopranowy Janiny Baechle przy akompaniamencie Markusa Hadulla. Śpiewaczka zaproponowała pieśni dwóch kompozytorów, Brahmsa i Mahlera, które interesująca przeplatały się podczas tego niedzielnego koncertu. Janina Baechle operowała głosem w sposób nienaganny, doskonale przechodząc od forte do piano, filując fermaty w sposób mistrzowski. Jej subtelna gra aktorska, np. przy Pieśniach wędrującego czeladnika Mahlera, była doprawdy ujmująca i świadcząca o tym, że mieliśmy do czynienia z wykonawstwem liryki wokalnej najwyższej próby.

Leonard Slatkin

Finałowy koncert zakończony efektowną kompozycją Dies illa Krzysztofa Pendereckiego znów był na żywo transmitowany w radiu. Warto w przyszłości zastanowić się, czy takie wydarzenia muszą przenosić w eter także tasiemcowe przemówienia końcowe i podziękowania dla licznych sponsorów, wszak Polskie Radio nie jest jeszcze na razie instytucją komercyjną ale misyjną.

                                                              Joanna Tumiłowicz