W spektaklu Jak Nanna swą córeczkę Pippę na kurtyzanę kształciła wg tekstów Pietro Aretino w adaptacji i reżyserii Grzegorza Mrówczyńskiego można się doszukiwać wszystkiego, nawet próby przybliżenia publiczności „klauzuli sumienia“ i pragmatyki najstarszego zawodu świata. Fakt, że w tym celu wybrano prozę XVI-wieczną można uznać tylko za sprytny wybieg, zresztą autorzy sami przyznają, że w dziedzinie damsko-męskich zależności przez ostatnie 500 lat właściwie nic się nie zmieniło.

Reżyser przedstawienia opowiadał nawet po premierze jakie dylematy miała dyrekcja Teatru Rampa, z umieszczeniem na plakacie istotnej informacji „Spektakl tylko dla widzów dorosłych”. Z jednej strony wszystko powinno być jasne, bo sam tytuł zawiadamia z czym mamy do czynienia, zaś dla osób oczytanych dodatkową wskazówką miało być nazwisko Pietra Aretino, którego najsłynniejszym dziełem jest właśnie to o kształceniu kurtyzany.
Z drugiej jednak strony współczesny język i zakres pojęciowy pewnych słów uległ tak znacznym metamorfozom, że być może dla niektórych tytuł sztuki może się wydać zachętą do przyjścia do teatru z dziećmi na sympatyczny i wesoły spektakl „rodzinny” z elementami edukacyjnymi. Wszak chodzi tutaj o przestrogi dla córki.

Coś w tym jest, bo na ostatniej konferencji prasowej nasza miłościwie panująca Pani Minister Kultury i Dziedzictwa Narodowego prof. Małgorzata Omilanowska przyznała, że warto by przetłumaczyć „po nowemu” wiele staropolskich utworów literackich, bo używany tam język dawno stracił swoją komunikatywną funkcję i stanowi dla czytelników barierę nie do przebycia. – Zaręczam państwu powiedziała pani ministra – że nawet „Plastusiowy pamiętnik” byłby dla obecnych dzieci lekturą nie do przebrnięcia, bo przecież nie ma dziś w szkolnych ławkach atramentu ani kałamarzy, nie ma piór ze stalówką i obsadką. Nie ma nawet plasteliny. Tutaj odezwały się czyjeś nieśmiałe słowa – Plastelina jest. Nie zraziło to jednak pani ministry, i nie zmieniło faktu, że być może warto dla większej popularyzacji staroświeckich utworów dokonywać nowych, zrekonstruowanych wydań, gdzie tekst oryginalny sąsiadowałby z wytłumaczeniem znaczenia wszystkich słów. W istocie argumentacja jakiej używają wobec Pippy jej rodzona matka i jej matka chrzestna (w tej roli dawno nie oglądana Magdalena Cwen-Hanuszkiewicz), aby nakłonić dziewczynę do wyboru korzystniejszej drogi życiowej i nie wstępować w związek małżeński, gdzie częstym zjawiskiem jest zdradzający mąż, ani też wstępować do zakonu, jest dosyć racjonalna i mniej utwardzone charaktery mogłaby sprowadzić na manowce.
Aktorzy dwoją się i troją (dosłownie), aby nadać tej historyjce nieco wdzięku, jednak nie zawsze się to udaje, bo chyba jednak reżyser potraktował utwór zbyt dosłownie. Panowie Andrzej Niemirski i Maciej Gąsiorek, którzy stworzyli role bardziej przerysowane wypadają trochę lepiej niż panie, mają też szczęście, że nie musieli tyle śpiewać.

Joanna Górniak próbując dublować nagranie zawodowej śpiewaczki w arii Haendla z opery Rinaldo (z polskim tekstem Grzegorza Mrówczyńskiego) niemiłosiernie fałszuje cieniutkim głosikiem, jej sceniczna córka Dominika Łakomska radzi sobie trochę lepiej, ale i tak zestawienie muzyki klasycznej z estradowymi próbami podśpiewywania jest zabiegiem bardzo ryzykownym. Trzeba jednak przyznać, że Teatr Rampa wyjątkowo rzetelnie informuje o wykorzystanych utworach, czym różni się od innych stołecznych scen, gdzie w programach umieszcza się tylko nazwisko autora oprawy muzycznej, tak jakby on wszystko sam skomponował, zagrał, zaśpiewał i nagrał na taśmę. W spektaklu o edukacji Pippy mamy natomiast podane czarno na białym, że w przedstawieniu wykorzystano utwory Georga Friedricha Haendla, Pietro Metastasio, popularne utwory Mamma mia i Serenata, staropolską piosnkę do słów Mikołaja Reja Cóż chcesz czynić miły bracie - ergo, wiemy, z czego korzystał autor muzyki do spektaklu Tomasz Bajerski. Nie podano jedynie, że w pewnym momencie artyści próbują śpiewać fragment początkowy słynnego Bolera Maurycego Ravela. Warto dodać, że mieszkanie kurtyzany wymodelował w kolorach bordo autor scenografii Jerzy Rudzki – może też zbyt dosłownie, bo na środku sceny stoi ogromne łoże.
Joanna Tumiłowicz