Łódzki Teatr Wielki po niemal dwudziestoletniej przerwie wrócił - i to w pięknym stylu – do Trubadura Giuseppe Verdiego. Zaprezentowane przedstawienie jest powtórzeniem krakowskiej inscenizacji z 2013 roku wyreżyserowanej przez Laco Adamika, ze scenografią Barbary Kędzierskiej. Oczywiście przeniesienie nie jest identycznym powtórzeniem krakowskiego przedstawienia, bo jednak reżyser dokonał kilku retuszy i wymyślił też nowe zakończenie, w którym Manrico ginie z poderżniętym gardłem przez Ferranda przypominającego pochodzącego ze wschodu wojownika, najbliżej mu do Tatara.

Trubadur, mimo, że jego prapremiera w Teatro Apollo w Rzymie w styczniu 1853 roku zakończyła się wielkim sukcesem (bisowano finał trzeciego aktu i cały czwarty), budzi od samego początku swojej scenicznej historii krańcowo odmienne, często zupełnie się wykluczające opinie. Massimo Mila określił Trubadura jako: najbardziej absurdalny i najbardziej szalony w melodramatów. Z kolei Edward Hanslick napisał, że: „Muzyka Trubadura jest jednocześnie pełnym wyrazem artystycznego nieokrzesania Verdiego, jak i intensywności jego talentu.”
Z kolei Temistocle Solera, pierwszy librecista Verdiego napisał wręcz: „Cammarano napisawszy libretto do Trubadura zasłużył sobie na dożywotnie galery.” Wszystko to w żaden sposób nie przeszkodziło w zdobywaniu popularności tej opery jednakowo lubianej przez śpiewaków i publiczność. Ci pierwsi cenią sobie partie dające okazję do zaprezentowania wokalnego mistrzostwa i ekspresji.

Drudzy kochają Trubadura za pełne dramatycznego wyrazu i głębi arie oraz dynamiczne sceny zbiorowe.Za życia Verdiego była to najczęściej wystawiana jego opera. W 1857 roku przed wystawieniem Trubadura w Operze Paryskiej kompozytor dokonuje rewizji partytury i dopisuje niezbędną dla tego teatru scenę baletową. ...Czy to w środku Afryki, czy w Indiach słyszy się wszędzie i stale Trubadura – pisał kompozytor w 1862 roku w liście do hrabiego Arrivabene.

Dzisiaj uważa się, że partytura Trubadura jest świetnie zinstrumentowana, a wielokroć powtarzane schematy rytmiczne są podstawowymi środkami budującymi sugestywność, wyrazistość i swoisty koloryt muzyki. Mamy tutaj do bólu tradycyjny układ zamkniętych numerów: aria, duet, scena ansamblowa, chór, zbiorowe finały typu concertato.
Muzyka zaś została potraktowana jako prosty akompaniament, tyle, że niezwykle melodyjny, barwny i nabierający momentami tanecznych rytmów, jednak nie pozbawiony bezpośredniej ekspresji i wielkich emocji. Wszystko to nie zmienia faktu, że jeżeli ktoś szuka w operze bogactwa pięknych melodii (pod tym względem już się Verdi nie powtórzył), wielkich emocji, efektownych scen zbiorowych i wspaniałych arii rozpisanych na piękne głosy to koniecznie powinien się wybrać na Trubadura, którego akcję rozpoczyna krótki orkiestrowy wstęp, doskonale zapowiadający atmosferę ponurego dramatu. Jest też ta opera opowieścią o miłości, zazdrości i zemście.

W przygotowanym w Łodzi przez Laco Adamika przedstawieniu wszystkie elementy zostały harmonijnie ze sobą połączone zapewniając przedstawieniu nie tylko zwartość dramaturgiczną, ale i narastający z minuty na minutę dramatyzm akcji prowadzący do tragicznego finału. Reżyser dbając o czytelność scenicznego przekazu i wykorzystując walory techniczne łódzkiej sceny płynnie przenosi akcję z miejsca na miejsce, dbając zarazem o wyrazistość kreślenia charakteru postaci dramatu i dynamikę scen zbiorowych. W budowaniu klimatu tej inscenizacji istotną rolę odegrała interesująca plastycznie scenografia Barbary Kędzierskiej i oświetlenie nadające każdej ze scen właściwy wymiar.
Siłą łódzkiego Trubadura jest jego obsada, w której brylowały dwie panie, Anna Lubańska jako Azucena i Dorota Wójcik w partii Leonory. Pierwsza z nich imponuje siłą brzmienia pięknego mezzosopranu oraz żywiołową, pełną dramatyzmu i pasji interpretacją.

Jej budowana oszczędnymi środkami sugestywna postać Azuceny jest trochę zbyt histeryczna, jakby pogrążoną w obłędzie, ale ma w sobie tkliwość matki i nienawiść córki, której matkę okrutnie skrzywdzono. Lubańska zachwyca przy tym pewnym prowadzeniem frazy i płynnym legato oraz znakomitą techniką belcantową.

Druga z pań okazała się prawdziwą Verdiowską heroiną prezentując głos o mocnym i wyrównanym w każdym rejestrze brzmieniu.Śpiewaczka operując nim z dużą swobodą nasycając partię Leonory wieloma odcieniami barw i ekspresji ujmując zarazem znakomitym legato, pięknymi pianami, świetnie wytrzymywaną górą. Jest przy tym bardzo wiarygodna aktorsko. Mikołaj Zalasiński stworzył świetną aktorsko kreację okrutnego hrabiego di Luny. I chociaż na początku był nieco spięty to jednak z minuty na minutę nabierał pewności siebie, a jego głos blasku, mocy i szlachetnego brzmienia, któremu w momentach o dużym natężeniu dramatycznym nadawał ciemną barwę.
Stawiającą wysokie wymagania partię Manrica zaśpiewał utalentowany Dominik Sutowicz, o którym można powiedzieć, że mimo niewielkiego doświadczenia w kreowaniu tego typu partii wywiązał się znakomicie z nałożonych na niego zadań wokalnych i aktorskich. Zaprezentował głos o interesującym oraz wyrównanym w rejestrach brzmieniu i dużej mocy.

Niestety, nie do końca przekonał mnie tym razem dyrygujący premierą Eraldo Salmieri, któremu przede wszystkim zabrakło zegarmistrzowskiej precyzji w prowadzeniu ansambli i dużych scen zbiorowych.

A zaczęło się to już od I aktu, gdzie w finale tercetu Luny, Leonory i Manrica zabrakło nie tylko budowania narastającego dramatyzmu ale właśnie precyzji w prowadzeniu poszczególnych głosów. Powtórzyło się to w dużej scenie zbiorowej w obozie Cyganów. Zabrakło mi też większej pasji i temperamentu w prowadzeniu całego przedstawienia przez co muzyka pod jego batutą nie pulsuje namiętnościami dramatycznych emocji targających bohaterami dramatu.
Adam Czopek