Monodram Jestem swoją własną żoną zaczyna się od krótkiego wykładu z historii fonografii. A więc w 1877 roku powstało pierwsze urządzenie nagrywające i odtwarzające dźwięk: fonograf, konstrukcji Thomasa Edisona. Jest mowa o woskowych walcach i szybkoobrotowych płytach ebonitowych, o gramofonach, które miały różnego rodzaju tuby.
Dowiadujemy się, że zbudowane z drewna były lepsze do odtwarzania głosu ludzkiego, zaś metalowe dobrze oddawały brzmienie orkiestry, zwłaszcza instrumentów dętych. Narrator wprowadza nas w świat swojej kolekcji i przyznaje, że lubi słuchać starych płyt. Mało tego, dzięki jego staraniom uratowały się setki nagrań także zakazanych twórców, jak Offenbach czy Mendelssohn. Płyty były starannie zapakowane i ukryte, a po wojnie z ocalonych przedmiotów powstało prywatne Muzeum Rzeczy Codziennych.
Spektakl jest oparty na historii autentycznej postaci Charlotte von Mahlsdorf, która urodziła się jako Lothar Berfelde w 1928 roku. W pewnym momencie chłopiec odkrył, że jest inny, że lubi się przebierać w dziewczęce ubrania i nie ma pociągu do płci odmiennej. Wyznania tego dokonuje aktor Adam Pater i przez bitą godzinę w ogromnym napięciu śledzimy jego relację. Choć na scenie jest tylko on jeden, w skromnej czarnej sukience ozdobionej snurem pereł, w ciemnych pończochach i lakierkach na obcasiku, to co chwilę mamy złudzenie, że pojawiają się coraz to inne osoby, np. hitlerowscy naziści, agenci Stasi, znajomi, rodzina, wreszcie przyjaciel i życiowy partner. Oni wszyscy biorą udział w spoektaklu, czasami nawet czynnie, kiedy kopią czy popychają narratora, albo prowadzą z nim długie dyskusje.

Monodram Douga Wrighta w tłumaczeniu Bogusławy Plisz-Góral wyreżyserowała Karolina Kirsz, umowną scenografię stworzyła: Aleksandra Szempruch, ale przecież bez koncertowego udziału Adama Patera przedstawienia by nie było. Ktoś policzył, że aktor odtwarza ponad 40 różnych postaci, i przeistacza się w nie prawie niezauważalnie. Mistrzostwo, a właściwie magia nie wynikają tylko z doskonałego aktorskiego warsztatu, nienagannej dykcji, sprawności fizycznej, umiejętności wypowiadania się od czasu do czasu w języku niemieckim czy wykonywania szalika na drutach, ale w talencie kreacyjnym, niesamowitej zdolności budowania postaci, począwszy od bardzo wydawałoby się charakterystycznego geja-transwestyty, który jednak w sposób całkiem naturalny staje się jednym z nas. Charlotte jest świadkiem okrutnej historii, na którą stara się, o ile to tylko możliwe mieć jakiś wpływ. Czasem przegrywa, rzadziej zwycięża, ale wciąż pozostaje sobą. Charlotte von Mahlsdorf zmarła w 2002 roku, doczekała upadku muru berlińskiego, a więc także końca towarzyszącego jej przez całe życie społecznego wykluczenia. Niebawem powstała sztuka o niej, która zdobyła wiele nagród na świecie. Teraz możemy spektakl oglądać w Teatrze WARSawy.
Joanna Tumiłowicz