Pomysł zorganizowania festiwalu operowego na pustyni wydaje się karkołomny. A jednak The Israeli Opera, przy wsparciu Ministerstwa Turystyki, na Masadę ściąga od kilku lat tysiące widzów. Masada to jedno z najważniejszych miejsc Izraela. Do ruin twierdzy zbudowanej na płaskowyżu na wschodnim krańcu Pustyni Judejskiej ściągają szkolne wycieczki, młodzi ludzie z flagami Izreala, wreszcie turyści z całego świata. Twierdzę zbudował tu Herod, ale symbolem stała się w czasie powstania zelotów przeciwko Rzymianom – w 73 roku była jednym z trzech ostatnich punktów oporu przeciwko okupantowi. Według opisu żydowskiego historyka Józefa Flawiusza, powstańcy, otoczeni przez wojska Flawiusza Silwy, zdecydowali o zbiorowym samobójstwie – taką propozycję przedstawił przywódca zelotów Eleazar ben Jair. Zginęło 960 powstańców – każdy mężczyzna zabił najpierw swoją żonę i dzieci, a później wylosowano 10 zelotów, którzy zabili wszystkich pozostałych przy życiu. Jak chce mit, żydowscy buntownicy zostawili w twierdzy zapasy żywności, by pokazać Rzymianom, że wybrali wolność, choć bronić się mogli długo.

W muzeum u stóp płaskowyżu, na który wjeżdża się kolejką linową, każdy turysta ogląda film opowiadający nie tylko o buncie Żydów (ilustrują go fragmenty amerykańskiego miniserialu „Masada” z 1981 roku, w którym Peter O'Tool zagrał Silwę), ale też archiwalne zdjęcia z prowadzonych tu wykopalisk, współczesne komentarze izraelskich historyków i archeologów. Masada to miejsce szczególne dla izraelskiego mitu narodowego, czy też, używając polskiej terminologii, polityki historycznej. Tym ciekawszy jest więc projekt realizowany przez The Israeli Opera, która od kilku lat organizuje u stóp płaskowyżu z ruinami twierdzy festiwal operowy.
The Israeli Opera Masada International Festival to wydarzenie, które ściąga na pustynię tysiące turystów, na spektakle dowożonych autokarami z hoteli ulokowanych nad Morzem Martwym. Wydarzenie wspiera i promuje Ministerstwo Turystyki Izraela, między innymi po to, by świat dostał jasny komunikat – Izrael to nie tylko Jerozolima, Via Dolorosa i zabytki wielkich religii monoteistycznych czy konflikt z Palestyńczykami, ale też wypoczynek i kultura. Stąd też i poważne nakłady finansowe na to przedsięwzięcie. Pięć milionów dolarów – takiej sumy wydanej na jeden festiwal naprawdę można pozazdrościć. I naprawdę zarówno pomysł, jak i jego realizacja są imponujące, a sam festiwal to zarówno megawidowisko u stóp płaskowyżu, jak i premiera na dziedzińcu twierdzy krzyżowców w Akce (w 2014 roku był to „Don Giovanni”), realizowana już własnymi siłami opery w Tel-Avivie, a więc z jej śpiewakami.

Wróćmy jednak na pustynię. W tym roku wyrósł na niej XIX-wieczny Paryż. Turyści (bo nie wszyscy widzowie kolejnych spektakli to wielcy fani opery, o czym organizatorzy mówią otwarcie, podkreślając jednocześnie, że każde megawidowisko to realne możliwości zwiększania liczby widzów już w budynku opery) mogli przysiąść w kawiarenkach stylizowanych na te z Montmartre'u, zjeść francuskie naleśniki, a o tym, że za chwilę obejrzą „Traviatę” Giuseppe Verdiego przypominała im wielka, dmuchana brama z tancerkami mistrza Degasa.

Wystawianie opery na pustyni to karkołomne przedsięwzięcie. Spektakl zaczyna się o godzinie 22 – w końcu to plener. Ale dla kogoś, kto pustynię zna z obrazków i filmów, największym zaskoczeniem okazuje się... wiatr. Gorący, silny, wymagający od śpiewaków ogromnej wprawy i wyczucia tak, by nie było go słychać w mikrofonach.
„Traviatę” na pustyni wyreżyserował Michał Znaniecki, świetnie znany we Wrocławiu, który do współpracy zaprosił Kielecki Teatr Tańca i znakomitego reżysera świateł Bogusława Palewicza. Za pulpitem dyrygenckim stanął Maestro Daniel Oren (miał 13 lat, gdy Leonard Bernstein wybrał go do solowej partii w Chichester Psalms, a 20, kiedy w 1975 roku zdobył pierwszą nagrodę w pierwszym konkursie dyrygenckim organizowanym przez fundację Herberta von Karajana).
Tytułową Traviatę rewelacyjnie zaśpiewała Rumunka, Aurelia Florian a o spektakularnym wydarzeniu donosiła m.in. Agencja Reutersa. W spektaklu Znanieckiego było to, co widzowie plenerów kochają najbardziej, a więc nie tylko emocje, ale też spektakularne efekty i rozwiązania. Były więc świetne multimedia, fajerwerki, powóz z prawdziwymi końmi, a na scenie wyrósł nawet magiczny XIX-wieczny Paryż.

To zresztą duża sztuka wyczarować na piaskach przestrzeń w znacznej części dzieła Verdiego jednak intymną, bo przecież tylko scena balu daje szansę na rozmach, jakiego nie sposób przypisać choćby do śmierci Traviaty. Znanieckiemu udało się połączyć wymagania, jakie stawia przed reżyserem widowisko plenerowe, które oglądać będzie publiczność nie zawsze chodząca do opery, z bardzo emocjonalnym i zarazem intymnym przekazem o miłości nieszczęśliwej, która staje się ofiarą konwenansów. A sam festiwal to przedsięwzięcie wyjątkowe. Dwa lata temu na premierze „Carmen” na Masadzie był prezydent Izraela Simon Peres, co najlepiej pokazuje znaczenie wydarzenia wymyślonego przez lubiącą wyzwania Hanę Munitz, dyrektor opery w Tel Awiwie. Po „Traviacie” Munitz zaprosiła melomanów i turystów za rok – w 2015 Michał Znaniecki wystawi na pustyni „Carminę Buranę”, a po kantacie Carla Orffa widzowie zostaną zaproszeni na „Toskę”.
Katarzyna Kaczorowska
(Gazeta Wrocławska)