Przegląd nowości

„Celebracje “ na Festival d’Ambronay (Trzeci weekend)

Opublikowano: wtorek, 07, październik 2014 00:28

Trzeci i nieco przedłużony weekend (25 - 28 września) francuskiego Festiwalu w Ambronay rozpoczął się już w czwartek w odległym zaledwie o dwadzieścia kilometrów od tego benedyktyńskiego opactwa Pérouges. Chodzi tutaj o średniowieczne miasteczko, wpisane na listę najpiękniejszych obiektów turystycznych Francji, w którym między innymi znajduje się dysponujący świetną akustyką kościół św. Marii Magdaleny. Podczas zorganizowanego w nim koncertu wystąpił młody, ale cieszący się już zasłużonym poważaniem zespół Les Surprises, w którego wykonaniu zabrzmiały utwory Jean-Féry Rebela (Caractères de la danse) - ojca, obszerne fragmenty Ballet de la Paix François Rebela - syna, a także tańce Rameau.

Festival Ambronay 7

Na Festiwal dotarłem jednak dopiero dnia następnego, aby uczestniczyć w niecierpliwie tutaj oczekiwanym wydarzeniu, jakim był wieczór poprowadzony przez często w Ambronay goszczącego Jordi Savalla. Tym razem stojący na czele zespołu Hespèrion XXI artysta zaproponował program zatytułowany „Muzyczna Europa, 1500-1700”, zawierający utwory powstałe na dworach Włoch, Hiszpanii, Francji, Niemiec i Anglii. Słuchaliśmy więc kolejno anonimowych kompozycji z okresu weneckiego Renesansu oraz utworów takich twórców jak John Dowland, Orlando Gibbons, William Brade, Luis de Milàn, Antonio de Cabezón i Diego Ortiz. Zaś po przerwie kompozycje Philidora, Samuela Scheidta, Guillaume’a Dumanoire, Henry Purcella, Joana Cabanillesa, Jana Sebastiana Bacha i Antono Valentego. Za pośrednictwem kolejnych pozycji programu Savallowi udało się ukazać ewolucję muzyczną w Europie lat 1550-1650, w której - pomimo krążenia po całym kontynencie rozmaitych stylów i tendencji - każdy kraj potrafił zachować jemu tylko właściwą charakterystykę języka dźwiękowego.


Kataloński maestro chciał też wyraźnie zademonstrować dokonujący się od połowy szesnastego wieku proces zmniejszania się dystansu pomiędzy wysoce artystyczną muzyką wokalną i „rozrywkową” muzyką instrumentalną, przeważnie wykorzystywaną do tańca. Tym samym linie melodyczne stawały się bardziej skomplikowane, a kontrapunkt bardziej wyszukany, zaś na dworach i salonach, a niekiedy nawet i w kościołach, zapanowała moda na złożone i wirtuozowskie polifonie instrumentalne. Zresztą często przyjmowały one choreograficzny charakter, o czym można się było przekonać podczas tego prezentowanego przez zespół czterech viol da gamba, violone, teorbę, gitarę i perkusję koncertu w Ambronay.

Festival Ambronay 8

Dzięki interpretacji grającego również na sopranowej viola da gamba Savalla poddaliśmy się ponurej melancholii muzyki z szekspirowskiej Anglii (na przykład Lacrimae Pavan Dowlanda) czy elegancji, a zarazem zmysłowości utworów francuskich. Warto zaznaczyć, że niektóre z tych ostatnich powstały niegdyś na konkretne zamówienie, z okazji oficjalnych uroczystości. Z kolei niemalże wszystkie zaprezentowane nam kompozycje twórców hiszpańskich zostały napisane pod wyraźnym wpływem manieryzmu, ważnego kierunku artystycznego szesnastowiecznej Europy, i zdradzają zdecydowane wpływy ludowe. Savall potrafił po mistrzowsku wydobyć z nich efekty oparte na grze pomiędzy światłem i ciemnością, uwydatnić skomplikowaną i wykorzystującą ostre kontrasty polifonię oraz dysonanse, a także nasycić je religijną i pełną modlitewnego zapamiętania atmosferą.


Następnie słuchacze chętnie poddali się tanecznym rytmom muzyki niemieckiej, niezwykle precyzyjnie i racjonalnie zaplanowanej, aby w finale koncertu dać sie porwać szczerej radości i fantazji utrzymanych w diabelskich rytmach utworów włoskich. Jeszcze raz mogłem się przekonać o tym, jak niezapomnianym przeżyciem duchowym i artystycznym jest spotkanie ze sztuką interpretacyjną Jordi Savalla. Następnego dnia miłym zaskoczeniem okazało się spotkanie z młodym zespołem l’Aura Riculente, który w kameralnej Sali Monteverdiego popisywał się swoimi niemałymi już umiejętnościami w programie złożonym z sześciu sonat: Michele Mascittiego (niesłusznie przez długi czas ignorowanego, a dziś powoli powracającego do bieżącego repertuaru), Tomaso Giovanniego Albinoniego i Arcangelo Corelliego.

Festival Ambronay 9

Członkowie rzeczonego ansamblu zdradzali pewne niedociągnięcia w zakresie stopliwego brzmienia wszystkich instrumentów czy precyzyjnego realizowania licznych tutaj ornamentów, wszak normalne w tak młodym wieku mankamenty rekompensowali z powodzeniem żywiołowością gry, entuzjazmem i udzielającą się słuchaczom radością ze wspólnego muzykowania. Podobna radość emanowała od występującego wieczorem w głównej nawie opactwa włoskiego zespołu Ghislieri&Consort, który pod dyrekcją charyzmatycznego szefa Giulio Prandiego - i z udziałem solistek Racheli Redmond (sopran) i Marty Fumagalli (alt) - interpretował Beatus Vir Niccolò Jommelliego oraz Dixit Dominus HWV 232 Georga Friedricha Haendla.


Pełna blasku partytura pierwszej kompozycji rozpoczyna się instrumentalnym ritornello - utrzymanym we włoskim stylu koncertującym - po którym następuje wirtuozowskie solo sopranu punktowane przytłaczającymi interwencjami chóru. Nie sposób też nie poddać się rozedrganej materii orkiestrowej z piątej części czy lekkiemu i radosnemu klimatowi finału. Kapelmistrzowski talent Giulio Prandiego wzbudzał również najwyższe uznanie w Haendlowskim Dixit Dominus, będącym ukoronowaniem sztuki polifonicznej tego kompozytora i zapowiadającym już potężne freski chóralne z późniejszego okresu jego twórczości.

Festival Ambronay 10

Zarówno włoski dyrygent jak i doskonale wyczuwający jego muzyczne zamierzenia i interpretacyjne intencje chór oraz solistki wzniecili spontaniczny entuzjazm publiczności artystyczną bezpośredniością, najwyższej próby kunsztem wykonawczym i niezwykłą barwnością rozległej palety dźwiękowej. To był jeden z tych koncertów, które się na długo zachowuje w pamięci. Wierzę zatem, iż będzie mi wybaczone, że po tak niezwykłych przeżyciach nie zdecydowałem się na uczestniczenie w rozpoczynającym się zaraz po tym koncercie – czyli około jedenastej wieczorem – wykonaniu Trois Leçons de Ténèbres Alessandro Scarlattiego (zespół Les Folies Françoises pod dyrekcją Patricka Cohën-Akenine’a), kompozycji powstałych z okazji celebracji Wielkiego Tygodnia. Dobrowolne poddanie się ostremu zderzeniu tak odmiennych w klimacie i charakterze utworów, na przestrzeni zaledwie jednego wieczoru, wydało mi się przedsięwzięciem z góry skazanym na porażkę. Pobyt w urokliwym opactwie Ambronay zakończyłem niemalże mistyczną przygodą ze sztuką założonego w 1999 roku i do dzisiaj prowadzonego przez dyrygenta Geoffroy Jourdaina zespołu Les Cris de Paris.


Oto bowiem paryscy muzycy przyjechali na omawiany Festiwal z sakralnym repertuarem Renesansu, złożonym z utworów Josquina Despreza, Giovanni Gabrieliego, Hansa Leo Hasslera, Thomasa Tallisa i Johannessa Ockeghema, które ciekawie uzupełniono Hora est Felixa Mendelssohna i Tempus fugit, toucher d’ombre – kreacją francuskiego kompozytora Auréliena Dumonta, urodzonego w 1980 roku. Ponieważ jednym z ważniejszych parametrów muzycznych wymienionych kompozycji jest ich specyficzna architektura, Geoffroy Jourdain postanowił dokonać swoistej specjalizacji dźwięku, rozstawiając członków swego zespołu w różnych miejscach głównej nawy opactwa, wytyczając im ściśle przemyślaną „marszrutę” wokół publiczności, pojedyncze lub grupowe przemieszczanie się po całej przestrzeni sakralnego obiektu.  Festival Ambronay 11

Dzięki temu osiągnął wprost niesamowite efekty wędrowania dźwięku, wytwarzał krzyżujące się ze sobą plany dźwiękowe i zanurzał w nich poddających się w skupieniu tej swoistej ceremonii czy misterium słuchaczy. Zakończyło się ono w ten sposób, że członkowie zespołu powolnym krokiem opuszczali nawę główna, a ich oddalający się coraz bardziej śpiew stopniowo zanikał, aż w końcu pogrążył się w kompletnej ciszy, będącej wszakże owej muzyki naturalnym przedłużeniem. Pozostaje mi już zatem tylko życzyć każdemu czytelnikowi tych słów, aby od czasu do czasu miał taką jedyną w swoim rodzaju okazję oderwania się od zgiełku życia codziennego i bezlitośnie pochłaniającej naszą uwagę i energię rzeczywistości, w celu przeniesienia się w sferę oczyszczającego wyciszenia i potrzebnego nam jak powietrze, a przecież niekoniecznie religijnego uduchowienia. 

                                                                                     Leszek Bernat